Blog > Komentarze do wpisu

Ewa Waliszewska: Kolory Bretanii

Dlaczego tak lubię przewodnik Ewy Waliszewskiej „Kolory Bretanii”?

Po pierwsze Waliszewska jest dla mnie wiarygodna - zajmuje się Bretanią od lat (pracuje w poznańskim „Domu Bretanii”), to jej kolejna książka o tym regionie. Przełożyła i przygotowała do druku m.in. bretońskie baśnie i opowiadania bożonarodzeniowe, była współautorką innego przewodnika.

Po drugie - nie mam poczucia, że jak niektórzy autorzy przewodników, albo książek związanych z podróżami, ślizga się po powierzchni. Nie wstawia banałów typu: na przepastnych plażach znajdzie się miejsce dla miłośników plażowania, którzy wieczorem mogą z nich  podziwiać zachody słońca.

Pisze konkretnie - zaczyna od podstawowych informacji o Bretanii, ale jestem pewna, że musiała przez wiele źródeł się przekopać, by takie „podstawowe” informacje napisać. To nie jest szybka, depeszowa wiedza z byle encyklopedii, tylko rzetelne ale lekko napisane teksty o historii, języku, kuchni, muzyce czy religii Bretończyków.

Weźmy język - Waliszewska sięga do jego celtyckich korzeni, a kończy na czasach współczesnych, znajdując miejsce nawet na mapkę, która pokazuje zasięgi bretońskiego dziś i przed wiekami. Przy czym nie pisze akademickiego podręcznika, wciąż  konsekwentnie trzyma się formuły przewodnika.       

Później opowiada o miejscach wartych obejrzenia (a jest ich wiele na półwyspie bretońskim!) - zaczyna od północnego wschodu, dochodzi na zachód do Atlantyku i „wraca” dołem, opisując południową część Bretanii.

W tej niedużej książce są wykorzystane nawet marginesy - nie tylko na mapki, czy zdjęcia, ale na drobne z głębokiej szafy wydłubane informacje - np. o legendach, odpustach, świętych czczonych przez Bretończyków, korsarzach, czy pisarzach z Bretanii.

Nawet po zdjęciach widać, że autorka koniecznie chce pokazać czytelnikowi Bretanię z każdej strony - są na nich zabytki, granitowe domy (fasady i detale), wiadukty, mostki, bretońskie czepce i omszałe krzyże, a także lasy, skały na wybrzeżu i tak charakterystyczne dla Bretanii hortensje. I nie tylko!

Taka to książka. Jak dla mnie kanon przewodnika (z Lonely Planet wezmę chyba rozwód - ale o tym kiedy indziej).

Gdybym miała się czepiać, to napisałabym, że przydałoby się trochę osobistych opinii, ale nie będę się czepiała, bo nie ma po co. Tak jak jest, też jest dobrze, po prostu taka konwencja.

To książka, która całą stronę poświęca bretońskiej pogodzie! I nie tylko rozprawia się na niej ze stereotypem iż w Bretanii ciągle pada, nie tylko pisze o tym co w Bretanii bardzo ważne - czyli o kolorach nieba, ziemi, chmur. Ta książka tak docenia wagę bretońskiej pogody i kolorów, że o niej nie mówi już autorka z Poznania, tylko rodowity Bretończyk, pisarz Louis Guilloux, który jednocześnie bardzo przyjaźnie do Bretanii zaprasza.

A tak marginesie - mnie się wydaje, że w Bretanii naprawdę ciągle pada. Zdaje się, że ja wciąż jestem na etapie stereotypów turystki :-)    

Kończę już, bo dochodzi północ. A tę notkę młodym i starym autorom szybkich, płytkich  książek skrojonych w dwa miesiące życzliwie dedykuję. 

wtorek, 27 lipca 2010, kminek1

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu: