Blog > Komentarze do wpisu

Od galaretki do bretońskich naleśników

Obierałam wczoraj czerwone porzeczki do galaretki na zimę. Lubię robić konfitury, powidła, czy galaretki, bo … w głębi ducha jestem ze wsi.

Na tej mojej wsi był drewniany dom z ażurowym gankiem, była spiżarnia, a w dużej kuchni pod nogami plątały się koty.

Latem kisiło się kapustę w beczce, kroiło jabłka na dżem, zasypywało maliny cukrem i w słojach stawiało na nasłonecznionym oknie, by puściły sok.

Spędzałam tam każde lato w dzieciństwie.

Dziś ten dom już nie należy do mojej rodziny, nowy właściciel porąbał ganek i obmurował drewniane ściany. Ale ja rok w rok, w środku lata, zaczynam szykować się do zimy. Obojętnie gdzie mieszkam - przy Piotrkowskiej w Łodzi, czy w centrum, spoconej, zdyszanej Warszawy.

Tak mi zostało i niech tak będzie.   

A wracając do kuchni, obieranie porzeczek, to nudna robota. Dla rozrywki, starałam sobie przypomnieć książki czy historie, których bohaterki/bohaterowie smażyli dżemy czy gotowali kompoty na zimę.

Efekty były marne. Na pewno w „Smażonych zielonych pomidorach” Fannie Flagg, w którymś z opowiadań Anne Proulx, i prawdopodobnie u Jane Austen - tego nie pamiętam, ale w książce „Księga potraw Jane Austen” jest przepis na „marmeladę z moreli”. No i jeszcze przypomniała mi się prywatna wytwórnia konfitur, którą Mrożek z żoną Susaną mieli w Meksyku.

Mało. Na pewno było tego dużo więcej - plątały mi się po głowie, cienie innych kuchni, smaków, zapachów, ale nie chciały lepiej wypłynąć z pamięci.

Gdy wrzuciłam porzeczki do garnka, sięgnęłam po ściągę. Kiedyś „Wyborcza” wydała zeszyt „Dla moli książkowych” - zbiór kilkunastu przepisów na potrawy, które pojawiały się w książkach i do tego stosowne cytaty. Wygrzebałam go spod sterty papierów i zaczęłam szukać.

Niestety, tam z przetworów przywołali tylko „Smażone zielone pomidory”.

Ale ja przeglądając, zapomniałam o dżemach. Ku swojemu zdumieniu znalazłam tam ślad Bretanii - zdziwiło mnie to, bo w polskiej literaturze i prasie Bretania jest bardzo słabo opisana.  

A tu proszę - w zeszycie kulinarnym był przepis na bretońskie naleśniki czyli crepes. Crepes jedli bohaterowie książki Haliny Auderskiej „Miecz syreny”. W życiu bym nie pomyślała, że Auderska pisała kiedyś o Bretanii... Skąd jej to wzięło? Dlaczego wstawiła Bretanię do swojej książki? Sprawdzę to później...

Bo najbardziej podoba mi się, że moja wieś z dzieciństwa spotkała się z Bretanią. Z Bretanią do której od jakiegoś czasu nie wiedzieć czemu mnie ciągnie. A gdy tam jestem natrętnie przypomina mi się Kornica.

Nie prosiłam o to, nie szukałam specjalnie, sprawdzałam tylko kto pisał o  galaretkach  i powidłach. 

piątek, 16 lipca 2010, kminek1

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu: