Blog > Komentarze do wpisu

Wiedeń - Jonathan Carroll

Moja koleżanka M., która niedługo jedzie do Wiednia, spytała mnie dziś rano w pracy, czy nie mam jakiejś książki o Wiedniu.

Przypomniałam sobie, że z 15 lat temu czytałam którąś z książek Joanthana Carrolla i chyba jej bohater mieszkał w Wiedniu. Niewyraźnie po głowie kołatały mi się sceny jak wchodzi do kawiarni, zamawia kawę i sachertorte… Tytułu nie pamiętałam.

Obiecałam sprawdzić w domu (o Austro-Węgrzech pisał też chyba Andrzej Kuśniewicz, ale jego książek nie mam).

Później M. powiedziała, że coś jej nie gra z nazwami ulic wiedeńskich ulic - długie, z niczym się nie kojarzą, nie wiadomo jak je wymawiać.

A potem gadałyśmy o czymś innym.

Ledwo wróciłam do domu, sięgnęłam do biblioteki po książki Carolla. Miałam szczęście, pierwszą z brzegu było „Śpiąc w płomieniu” - właśnie o tej książce myślałam rano. Ponieważ sama kilka tygodni temu byłam w Wiedniu, zaczęłam z ciekawości przypominać sobie co Carroll o nim pisał.

I już pierwsze „wiedeńskie” zdanie mnie rozbawiło. Cytuję: „Jedną z pierwszych rzeczy, które mnie w Wiedniu zaskoczyły, było śmieszne brzmienie nazw ulic: Schulz-Strassnitzkigasse, Ottakringer Strasse (…). Trzeba było brać głęboki wdech, zanim zaczęło się coś takiego wymawiać; w przeciwnym wypadku mogło nie starczyć powietrza w połowie wypowiadania nazwy”.   

Taka heca! Przecież dokładnie to samo parę godzin wcześniej mówiła M.!

A kolejne zdanie z Carrolla ucieszyło mnie osobiście. Cytuję: „W tym mieście nie trzeba się niczego bać. Spacerowanie tutaj jest nadal wielką przyjemnością dla oka, w kawiarniach podaje się prawdziwą śmietanę”.

Toż ja, gdy wróciłam z Wiednia i dumałam przy pisaniu bloga, co jest najważniejszym wyznacznikiem Wiednia, pomyślałam - spacerowanie.

I o czym świadczy ta podwójna zbieżność obserwacji?

O niczym szczególnym.

Że np. właśnie w Wiedniu tak dokładnie jest - skoro to samo zauważają trzy różne osoby. Albo, że Caroll, M. i ja podobnie odbieramy miejsca. Albo też, że żadne z nas nie jest szczególnie wnikliwym obserwatorem - po prostu zauważamy rzeczy oczywiste.

I nie ma to większego znaczenia.

A może jedyne znaczenie ma, to delikatne, migotliwe spotkanie dwóch redaktorek i pisarza z Ameryki - przecież ten Wiedeń niespodziewanie nas w obserwacjach połączył. Nie znamy się, a patrzymy podobnie.

Ale żeby nikt nie pomyślał, że to duża i głęboka sprawa, to dodam, że my z M. Wiednia nie znamy, ja wszystkiego byłam tam trzy - cztery dni, a M. przejeżdżała, jak jechała na narty.   

 

wtorek, 03 sierpnia 2010, kminek1

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu: