Blog > Komentarze do wpisu

Łyżwy na Stegnach I - czyli jestem swoim nogami

Bardzo lubię zimę, mróz, śnieg i lód - jego fakturę, odcienie kolorów, skrzypienie, no i mam fioła na punkcie łyżew.

Dlatego - wreszcie! - od dwóch tygodni niemal codziennie jeżdżę wieczorem, po półtorej godziny  na warszawskich Stegnach. I to jest duża frajda!

Stegny to 400-metrowy tor do szybkiej jazdy, można się świetnie rozpędzić, dobrze spocić. Ale nie tylko to jest fajne.

Tam przychodzi sporo ludzi, którzy doskonale jeżdżą. Choć nie lubię oglądać łyżwiarstwa figurowego w telewizji - bo to kicz (ta muzyczka, sukieneczki, cekiny i błysk, ratunku), to na Stegnach z przyjemnością przyglądam się łyżwiarzom. Dziś widziałam dziewczynę, która chyba nie jest po żadnej szkole, bo jeździła dość niedbale, bez specjalnej techniki. Za to z lekkością, niemal jakby frunęła po  lodzie. Jakby jej łyżwy w ogóle go nie dotykały.

Tego chyba nie da żadna szkoła łyżwiarska, z tym trzeba się urodzić.

Z kolei do pasji doprowadza mnie kilku facetów, którzy jeżdżą świetnie, ale jakoś dziwnie - zygzakiem w poprzek toru, jakby wykonywali dziwny taniec, okrążając jadących przed siebie ludzi. Raz, że mnie wkurzają, bo boję się, że na nich wpadnę (to się dziś stało, zderzyłam się jednym z nich i poleciałam na bandę, pyskiem, brzuchem. Dobrze że banda z gąbki:-). Dwa, że ich ruchy przypominają mi owadzi taniec godowy. No trudno, nic na to nie poradzę.

Jest też czterech facetów, chyba zawodników, którzy jeden za drugim - jak gąsienica - zasuwają w tym samym rytmie, po wewnętrznej krawędzi toru. I tak non-stop przez półtorej godziny. Nikt ich nie dogoni. Dziś podpatrywałam jak jadą i usiłowałam naśladować ich krok i rytm.

I to mi dobrze zrobiło. Bo oprócz tego, że jestem uzależniona od łyżew,  leczę na lodowisku smutek i … walczę z własną głową, która najchętniej by ten smutek i jego przyczyny zanalizowała pod każdym kątem i przenicowała na wylot. To do niczego nie prowadzi, ale nie mogę się powstrzymać. A na łyżwach jest czas by myśleć i się tak katować.

Dziś - dzięki tym facetom, którzy suną jak jedna gąsienica - udało się to powstrzymać!

Po prostu zaczęłam naśladować ich krok i na tym się skoncentrowałam. Prawa łyżwa, lewa łyżwa, prawa łyżwa, lewa łyżwa… prawa…

I nagle zorientowałam się, że przyspieszam jak cholera, że głowa jest wolna od myśli, że są tylko nogi i lód, że jestem lżejsza. Czułam się jakbym była tylko nogami. I już było dobrze, przez półtorej godziny, lekka, szybka, kogo mogłam, wyprzedzałam.

A z łyżwami jest chyba jak z nartami (tak sobie kombinuję ) im szybciej jedziesz, tym łatwiej wszystko zrobić. Skręcić tak czy śmak, wyminąć, lawirować między ludźmi. Jakby człowiek nabierał lekkości. I o to chodzi.

 

PS. O łyżwach pisała Bodil Malmsten w „Moim nowym życiu”, Tove Janson - od muminków - w książce o swoim dzieciństwie i Joe Nesbo w kryminale „Pierwszy śnieg” (mały chłopak z tej książki trzymał swoje ukochane łyżwy w lodówce, bo podobno tak lepiej dla łyżwy - sprawdzę to). Wszystko Skandynawowie, Szwedka, Finka i Norweg.    

 

czwartek, 27 stycznia 2011, kminek1

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu: