Zakładki:
czwartek, 27 stycznia 2011

Bardzo lubię zimę, mróz, śnieg i lód - jego fakturę, odcienie kolorów, skrzypienie, no i mam fioła na punkcie łyżew.

Dlatego - wreszcie! - od dwóch tygodni niemal codziennie jeżdżę wieczorem, po półtorej godziny  na warszawskich Stegnach. I to jest duża frajda!

Stegny to 400-metrowy tor do szybkiej jazdy, można się świetnie rozpędzić, dobrze spocić. Ale nie tylko to jest fajne.

Tam przychodzi sporo ludzi, którzy doskonale jeżdżą. Choć nie lubię oglądać łyżwiarstwa figurowego w telewizji - bo to kicz (ta muzyczka, sukieneczki, cekiny i błysk, ratunku), to na Stegnach z przyjemnością przyglądam się łyżwiarzom. Dziś widziałam dziewczynę, która chyba nie jest po żadnej szkole, bo jeździła dość niedbale, bez specjalnej techniki. Za to z lekkością, niemal jakby frunęła po  lodzie. Jakby jej łyżwy w ogóle go nie dotykały.

Tego chyba nie da żadna szkoła łyżwiarska, z tym trzeba się urodzić.

Z kolei do pasji doprowadza mnie kilku facetów, którzy jeżdżą świetnie, ale jakoś dziwnie - zygzakiem w poprzek toru, jakby wykonywali dziwny taniec, okrążając jadących przed siebie ludzi. Raz, że mnie wkurzają, bo boję się, że na nich wpadnę (to się dziś stało, zderzyłam się jednym z nich i poleciałam na bandę, pyskiem, brzuchem. Dobrze że banda z gąbki:-). Dwa, że ich ruchy przypominają mi owadzi taniec godowy. No trudno, nic na to nie poradzę.

Jest też czterech facetów, chyba zawodników, którzy jeden za drugim - jak gąsienica - zasuwają w tym samym rytmie, po wewnętrznej krawędzi toru. I tak non-stop przez półtorej godziny. Nikt ich nie dogoni. Dziś podpatrywałam jak jadą i usiłowałam naśladować ich krok i rytm.

I to mi dobrze zrobiło. Bo oprócz tego, że jestem uzależniona od łyżew,  leczę na lodowisku smutek i … walczę z własną głową, która najchętniej by ten smutek i jego przyczyny zanalizowała pod każdym kątem i przenicowała na wylot. To do niczego nie prowadzi, ale nie mogę się powstrzymać. A na łyżwach jest czas by myśleć i się tak katować.

Dziś - dzięki tym facetom, którzy suną jak jedna gąsienica - udało się to powstrzymać!

Po prostu zaczęłam naśladować ich krok i na tym się skoncentrowałam. Prawa łyżwa, lewa łyżwa, prawa łyżwa, lewa łyżwa… prawa…

I nagle zorientowałam się, że przyspieszam jak cholera, że głowa jest wolna od myśli, że są tylko nogi i lód, że jestem lżejsza. Czułam się jakbym była tylko nogami. I już było dobrze, przez półtorej godziny, lekka, szybka, kogo mogłam, wyprzedzałam.

A z łyżwami jest chyba jak z nartami (tak sobie kombinuję ) im szybciej jedziesz, tym łatwiej wszystko zrobić. Skręcić tak czy śmak, wyminąć, lawirować między ludźmi. Jakby człowiek nabierał lekkości. I o to chodzi.

 

PS. O łyżwach pisała Bodil Malmsten w „Moim nowym życiu”, Tove Janson - od muminków - w książce o swoim dzieciństwie i Joe Nesbo w kryminale „Pierwszy śnieg” (mały chłopak z tej książki trzymał swoje ukochane łyżwy w lodówce, bo podobno tak lepiej dla łyżwy - sprawdzę to). Wszystko Skandynawowie, Szwedka, Finka i Norweg.    

 

niedziela, 22 sierpnia 2010

Fragment z „Kształtu wody” Andrei Camillerego:

„Teraz będę się smytłać – pomyślał, kiedy tylko wrócił do domu. Lubił czasownik „smytłać się”, który oznaczał tyle, co „łazić bez celu po domu, zajmując się niepotrzebnymi rzeczami”. I tak właśnie zrobił. Ułożył książki, uporządkował rzeczy na biurku, wyprostował wiszący na ścianie rysunek, wyczyścił palniki kuchenki gazowej. Smytłał się. Nie był głodny, nie poszedł do restauracji i nawet nie zajrzał do lodówki, żeby zobaczyć, co przygotowała Adelina”.

 

To tłumacz, Jarosław Mikołajewski "zrobił" ten kawałek. Dobrze, że użył  słowa "smytłać się" zamiast zwyczajnego "obijać się" albo innego równie zużytego, bo wtedy fragment by się rozmazał.  

Przy okazji, komisarzowi Montalbano nierzadko zdarza się w domu poprawiać, przekrzywiony rysunek na ścianie. Nie z pedanterii, raczej odruchowo, trochę bezmyślnie. A mnie za każdym razem ta czynność rozbraja. Dlatego, że ja nawet nie zauważam, że u mnie obrazki wiszą krzywo, i dlatego, że sporo w niej bezcelowości, wdzięku i lekkości.  

niedziela, 15 sierpnia 2010

 Zepsuła mi się walizka na kółkach. Celowo piszę „zepsuła się”, choć oderwała się od niej tylko rączka, a reszta walizki jest w dobrym stanie.

Zepsuła się – bo co mi po walizce, której nie uda się podnieść? Nikt mi tej rączki przecież nie naprawi, bo niby kto i gdzie?

Potrzebny byłby lutowacz albo ślusarz, a w mojej okolicy nie ma takich punktów (tylko jeden szewc został, drugi chyba umarł, bo jego mały zakład ostatnio ciągle jest zamknięty). A ja nie mam czasu na szukanie lutowacza albo ślusarza.

Dlatego muszę wyrzucić dobrą walizkę, po kilkunastu wyjazdach i jednorazowych obciążeniach sięgających maksymalnie ok. 22 kilogramów.

Tak jak ja wyrzucam walizkę, wywalamy dobre komórki, gdy siądzie bateria, wywalamy dziurawe skarpetki, rajstopy, walkmeny, programy komputerowe, telewizory, tanie meble z Ikei, komputery… Tak będziemy wyrzucać buty, kiedy umrze ostatni szewc w naszym mieście (niewielu szewców ma uczniów).

Wszystko jest w miarę tanie, dlatego łatwiej kupić nowe, niż naprawiać.

I to jest właśnie kultura tektury w której żyjemy. Kultura tymczasowości.

Produkujemy szybko, tanio, dużo. Mnóstwo rzeczy, zwykle słabej jakości (walizka), na trochę, na chwilę … bo zaraz wejdzie nowe, modniejsze, lepsze.

A jak to się wiąże z obserwacjami Billa Brysona, autora książki „Ani tu, ani tam. Europa dla początkujących i średniozaawansowanych”? Cytowałam je w poprzedniej notce, teraz przypomnę - Bryson uważa, że poprzednie pokolenia pozostawiały po sobie piękne katedry, domy, kamienne mostki, my zostawiamy tylko hipermarkety, a w najlepszym razie budowle użyteczne.

Jaki to ma związek z moją walizką? No ma. Los walizki wyprodukowanej na trochę, na kilkanaście podróży to w mikroskali to samo co dzieje się w szerszym wymiarze, np. architekturze (choć nie tylko).

Kiedyś katedry i ważne budowle stawiano przez dziesiątki, albo i setki lat. Teraz -  w rok, albo dwa.

Budujemy szybko i bez zbędnych ceregieli.

I chyba także na trochę. No bo czy ktoś wierzy, że Złote Tarasy w Warszawie przetrwają sto lat? Po co? Potrzebne będzie co innego, to Złote Tarasy się zburzy i już.

To jest właśnie nasza cywilizacja tymczasowości. Czy "na chwilę", "na szybko" nie charakteryzuje też trochę obecnych relacji społecznych, związków między ludźmi? Albo choćby naszych codziennych aktywności?

Weźmy mnie samą, zachłannie wyjeżdżam gdzie mogę, ale potem nie znajduję czasu, by ten wyjazd przetrawić, by się obczytać po uszy, aby to co widziałam, było bardziej zrozumiałe i zostawiło we mnie mocniejszy ślad. Jeżdżę dużo, na krótko, na płytko. Jeden wyjazd nie przetrawiony, a już go przykrywa kolejny...

I czy to wszystko razem wzięte do kupy, nie jest odpowiedzią, dlaczego nikt już nie robi ceregieli z budowaniem pięknych katedr, kościołów?

W tym zdyszanym świecie, zajęci zarabianiem na te wszystkie rzeczy i aktywności (wyjazdy!), które są w zasięgu ręki, często nie mamy czasu na katedry. Ani na ich piękne budowanie, ani na chodzenie do nich. Zapominamy, że są ważne.  

Wszystko szybko i bez jakości. 

A tę notkę, składającą się z słusznych intuicji, ale powierzchowną i nie uporządkowaną -  pisałam 45 minut. Bo teraz pisze się szybko.

 

 

Czarny diament - biblioteka w Kopenhadze

Powyżej - przykład architektury współczesnej, budynek biblioteki w Kopenhadze, zwany Czarnym Diamentem. Ja nawet nie mogę powiedzieć, czy mi się podoba, czy nie. We mnie ten sterylny budynek nie wzbudza żadnych emocji. A Akropol w Atenach mnie poruszył, podobnie jak stare kościoły w Prowansji, czy katedra w Kolonii. Może więc w tym Czarnym Diamencie jest tylko doskonała forma, ale duch gdzieś się zagubił? Tak się tylko zastanawiam.   

 

wtorek, 10 sierpnia 2010

Amerykanin Bill Bryson pisze dobrze, lekko, bardzo  śmiesznie, ale … płytko.  Jego książka o Anglii „Zapiski z małej wyspy” pewnie dlatego wydaje mi się lepsza od książki o jego podróży po Europie („Ani tu, ani tam. Europa dla początkujących i średniozaawansowanych”), bo Bryson siłą rzeczy musiał skupić się na mniejszej powierzchni.  I pewnie tylko dzięki temu miałam złudne poczucie, że lepiej i głębiej opisuje jedno miejsce.

Ale jednocześnie ten powierzchowny, zabawny  Bryson ma czasem trafne spostrzeżenia. Gdy przejeżdżał przez (powinnam napisać - przebiegał przez) Danię i minął nudny krajobraz ze schludnymi wiatrakami, zauważył: - „Przez stulecia ludzkości bez problemu udawało się zdobić krajobraz konstrukcjami, które pasowały do otoczenia - małymi, sklepionymi mostkami, gospodarstwami rolnymi z kamienia, kościołami, wiatrakami, krętymi drogami - a teraz nie umie ona stworzyć niczego, co nie byłoby dla natury szpecącym ją dodatkiem. Dzisiejsze konstrukcje w najlepszym razie są proste i użyteczne, jak te pozbawione polotu, ale praktyczne wiatraki, które zostawały z tyłu, a w najgorszym - tandetne i prowizoryczne, jak te pełniące funkcje hipermarketów blaszane budy i hangary na obrzeżach każdego, średniej wielkości miasta. Kiedyś budowaliśmy cywilizacje, teraz budujemy centra handlowe”.   

I ja się z Brysonem zgadzam. Przypomina mi się też, jak kiedyś spierałam się ze znajomym - miłośnikiem nowinek technicznych i gadżetów. Twierdziłam wtedy, że teraz żyjemy w kulturze tektury i płyty pilśniowej - produkujemy tanio, dużo i na chwilę. Jak Bryson wzdychałam do katedr przodków, a także do solidnych stołów z prawdziwego drewna przy których mieści się cała rodzina i wielu innych rzeczy, które już nie wrócą.  

Tyle, że Bryson mógłby pomyśleć głębiej. Chciałabym, żeby napisał dlaczego jego zdaniem tak jest jak pisze, z czego to wynika, jak użyteczność lub prowizorka w architekturze ma się do współczesnych zachowań ludzi i zwyczajów, co ze współczesną architekturą - bo przecież jednak coś powstaje i nie zawsze szpetne…

No ale nie napisał. Ja może spróbuję - jak znajdę więcej czasu :-)

 

Dwa poniższe zdjęcia pokazują chyba, że Bryson ma rację, nasi przodkowie ciekawiej budowali. Na pierwszym zdjęciu XV i XVI wieczne domy w bretońskim Dinan, na drugim po prawej stronie - współczesne planetarium w Kopenhadze

Dinan 2010

Tyho Brahe Planetarium - Kopenhaga

A to poniższe zdjęcie z bretońskiego Dinan pokazuje, że Bryson niekoniecznie musi mieć rację. Można ładnie łączyć stare z nowym - bo ten śliczny most jest chyba jednak starszy od wiaduktu.

Bretania, Dinan, 2010

 

wtorek, 03 sierpnia 2010

Moja koleżanka M., która niedługo jedzie do Wiednia, spytała mnie dziś rano w pracy, czy nie mam jakiejś książki o Wiedniu.

Przypomniałam sobie, że z 15 lat temu czytałam którąś z książek Joanthana Carrolla i chyba jej bohater mieszkał w Wiedniu. Niewyraźnie po głowie kołatały mi się sceny jak wchodzi do kawiarni, zamawia kawę i sachertorte… Tytułu nie pamiętałam.

Obiecałam sprawdzić w domu (o Austro-Węgrzech pisał też chyba Andrzej Kuśniewicz, ale jego książek nie mam).

Później M. powiedziała, że coś jej nie gra z nazwami ulic wiedeńskich ulic - długie, z niczym się nie kojarzą, nie wiadomo jak je wymawiać.

A potem gadałyśmy o czymś innym.

Ledwo wróciłam do domu, sięgnęłam do biblioteki po książki Carolla. Miałam szczęście, pierwszą z brzegu było „Śpiąc w płomieniu” - właśnie o tej książce myślałam rano. Ponieważ sama kilka tygodni temu byłam w Wiedniu, zaczęłam z ciekawości przypominać sobie co Carroll o nim pisał.

I już pierwsze „wiedeńskie” zdanie mnie rozbawiło. Cytuję: „Jedną z pierwszych rzeczy, które mnie w Wiedniu zaskoczyły, było śmieszne brzmienie nazw ulic: Schulz-Strassnitzkigasse, Ottakringer Strasse (…). Trzeba było brać głęboki wdech, zanim zaczęło się coś takiego wymawiać; w przeciwnym wypadku mogło nie starczyć powietrza w połowie wypowiadania nazwy”.   

Taka heca! Przecież dokładnie to samo parę godzin wcześniej mówiła M.!

A kolejne zdanie z Carrolla ucieszyło mnie osobiście. Cytuję: „W tym mieście nie trzeba się niczego bać. Spacerowanie tutaj jest nadal wielką przyjemnością dla oka, w kawiarniach podaje się prawdziwą śmietanę”.

Toż ja, gdy wróciłam z Wiednia i dumałam przy pisaniu bloga, co jest najważniejszym wyznacznikiem Wiednia, pomyślałam - spacerowanie.

I o czym świadczy ta podwójna zbieżność obserwacji?

O niczym szczególnym.

Że np. właśnie w Wiedniu tak dokładnie jest - skoro to samo zauważają trzy różne osoby. Albo, że Caroll, M. i ja podobnie odbieramy miejsca. Albo też, że żadne z nas nie jest szczególnie wnikliwym obserwatorem - po prostu zauważamy rzeczy oczywiste.

I nie ma to większego znaczenia.

A może jedyne znaczenie ma, to delikatne, migotliwe spotkanie dwóch redaktorek i pisarza z Ameryki - przecież ten Wiedeń niespodziewanie nas w obserwacjach połączył. Nie znamy się, a patrzymy podobnie.

Ale żeby nikt nie pomyślał, że to duża i głęboka sprawa, to dodam, że my z M. Wiednia nie znamy, ja wszystkiego byłam tam trzy - cztery dni, a M. przejeżdżała, jak jechała na narty.   

 

piątek, 30 lipca 2010

Dom Karen Blixen, Rungsted, Dania

Od dawna chciałam pojechać do duńskiego domu Karen Blixen, autorki Pożegnania z Afryką.

Udało się kilka tygodni temu. Dom stoi w małym miasteczku Rungsted, przy pięknej nadmorskiej drodze, łączącej Helsingor z Kopenhagą. Jego wnętrze jest zachowane mniej więcej tak, jak w czasach, gdy mieszkała w nim Blixen.

Ciekawie było zobaczyć jej pokój pracy, czy jadalnię... Wrażenie robiła troska z jaką dbają o te wnętrza pracownicy muzeum - np. codziennie układają bukiety świeżych kwiatów, dlatego, że przed laty tak robiła Karen Blixen.

Ale jednak  zdziwiło mnie, że oglądam to wszystko na chłodno. Z ciekawością, ale bez emocji.  

Autentycznie poruszyła mnie dopiero biblioteka Karen Blixen. Bardzo się ucieszyłam. gdy zobaczyłam w niej sporo książek autorów, których sama lubię - Andersen, James M. Barry, Steinbeck, czy Carson McCullers...

Nie to było jednak najważniejsze. Gdy tak stałam w tej sporej bibliotece i przepatrywałam książki Blixen, nagle poczułam bliskość, której nie mogłam odczuć gdy patrzyłam na jej meble i wiernie zachowane wnętrza.

Miałam przed oczami książki, które ona wybierała, kupowała, czytała, kładła na poduszce, trzymała, wielokrotnie przewracała w nich kartki... I to mnie poruszyło. Nie miałam poczucia, że wchodzę jak intruz w jej prywatny świat, ale miałam wrażenie, że ona jest gdzieś bardzo blisko mnie.  Nic się nie wydarzyło, żadne tam duchy, po prostu bardzo silne, trudne do opisania, poczucie bliskości.

Ot i tyle.     

Na zdjęciu powyżej dom Blixen, poniżej zdjęcia z biblioteki

Fragment biblioteki Karen Blixen, Rungsted, Dania

Fragment biblioteki Karen Blixen, Rungsted, Dania

 

wtorek, 27 lipca 2010

Dlaczego tak lubię przewodnik Ewy Waliszewskiej „Kolory Bretanii”?

Po pierwsze Waliszewska jest dla mnie wiarygodna - zajmuje się Bretanią od lat (pracuje w poznańskim „Domu Bretanii”), to jej kolejna książka o tym regionie. Przełożyła i przygotowała do druku m.in. bretońskie baśnie i opowiadania bożonarodzeniowe, była współautorką innego przewodnika.

Po drugie - nie mam poczucia, że jak niektórzy autorzy przewodników, albo książek związanych z podróżami, ślizga się po powierzchni. Nie wstawia banałów typu: na przepastnych plażach znajdzie się miejsce dla miłośników plażowania, którzy wieczorem mogą z nich  podziwiać zachody słońca.

Pisze konkretnie - zaczyna od podstawowych informacji o Bretanii, ale jestem pewna, że musiała przez wiele źródeł się przekopać, by takie „podstawowe” informacje napisać. To nie jest szybka, depeszowa wiedza z byle encyklopedii, tylko rzetelne ale lekko napisane teksty o historii, języku, kuchni, muzyce czy religii Bretończyków.

Weźmy język - Waliszewska sięga do jego celtyckich korzeni, a kończy na czasach współczesnych, znajdując miejsce nawet na mapkę, która pokazuje zasięgi bretońskiego dziś i przed wiekami. Przy czym nie pisze akademickiego podręcznika, wciąż  konsekwentnie trzyma się formuły przewodnika.       

Później opowiada o miejscach wartych obejrzenia (a jest ich wiele na półwyspie bretońskim!) - zaczyna od północnego wschodu, dochodzi na zachód do Atlantyku i „wraca” dołem, opisując południową część Bretanii.

W tej niedużej książce są wykorzystane nawet marginesy - nie tylko na mapki, czy zdjęcia, ale na drobne z głębokiej szafy wydłubane informacje - np. o legendach, odpustach, świętych czczonych przez Bretończyków, korsarzach, czy pisarzach z Bretanii.

Nawet po zdjęciach widać, że autorka koniecznie chce pokazać czytelnikowi Bretanię z każdej strony - są na nich zabytki, granitowe domy (fasady i detale), wiadukty, mostki, bretońskie czepce i omszałe krzyże, a także lasy, skały na wybrzeżu i tak charakterystyczne dla Bretanii hortensje. I nie tylko!

Taka to książka. Jak dla mnie kanon przewodnika (z Lonely Planet wezmę chyba rozwód - ale o tym kiedy indziej).

Gdybym miała się czepiać, to napisałabym, że przydałoby się trochę osobistych opinii, ale nie będę się czepiała, bo nie ma po co. Tak jak jest, też jest dobrze, po prostu taka konwencja.

To książka, która całą stronę poświęca bretońskiej pogodzie! I nie tylko rozprawia się na niej ze stereotypem iż w Bretanii ciągle pada, nie tylko pisze o tym co w Bretanii bardzo ważne - czyli o kolorach nieba, ziemi, chmur. Ta książka tak docenia wagę bretońskiej pogody i kolorów, że o niej nie mówi już autorka z Poznania, tylko rodowity Bretończyk, pisarz Louis Guilloux, który jednocześnie bardzo przyjaźnie do Bretanii zaprasza.

A tak marginesie - mnie się wydaje, że w Bretanii naprawdę ciągle pada. Zdaje się, że ja wciąż jestem na etapie stereotypów turystki :-)    

Kończę już, bo dochodzi północ. A tę notkę młodym i starym autorom szybkich, płytkich  książek skrojonych w dwa miesiące życzliwie dedykuję. 

niedziela, 25 lipca 2010

Księgarnia w Helsingorze

Na zdjęciu witryna księgarni w duńskim Helsingorze. Promują tylko jedną książkę - jak się domyślam trzecią część serii Camilli Lackberg "Kamieniarza".

Podobny pomysł widziałam jeszcze tylko w Edynburgu - tam księgarnia koncentrowała się na Ianie Rankinie - głównie jego książki były na wystawie i na wyeksponowanych stojakach wewnątrz. 

 U nas księgarnie mają inne zwyczaje i nie decydują się na tak zdecydowaną promocję jednego, poczytnego autora na wystawie.

Dla mnie tak jest lepiej. Wolę różnorodność i lubię zatrzymywać się przy wystawach księgarń. Patrzę, co wydali znani mi autorzy, wypatruję nieznanych lub nowych, niektórzy mnie zaciekawiają, czegoś się dowiaduję ...

Potem zwykle kończy się tak samo - wchodzę, kupuję książki i powoli zamieniam dom w bibliotekę, przez którą nie jestem w stanie się przebić. Ale to inna historia.   

Wracając do witryn księgarń - wolę te, które gadają wieloma głosami niż jednym. Nawet jeśli to głos autora, którego lubię (tak jest w przypadku Lackberg czy Rankina). 

Jeśli książek w witrynie jest wiele, są ułożone z jakąś logika, to wtedy księgarnia snuje  swoją opowieść, jak zresztą każda ciekawa wystawa.

A jeśli księgarnia wykłada tylko jedną książkę, to wrzeszczy i wbija ludziom do głowy: bierzcie Lackberg, Lackberg! Lackberg!

I tym sposobem wchodzi do jednowymiarowego, spłaszczonego świata marketingu.  

Przypomina mi to targi z dzieciństwa, gdzie wśród licznych sprzedawców, zawsze znalazł się jeden który wrzeszczał: Buraki, buraaaaki, świeże buraczki, prosto z pola!!

Te targowe wrzaski miały jednak swój urok, którego wystawie z Lackberg brakuje.

Ktoś mi powie, że na tym właśnie polega promocja i, że inaczej się nie da i że się nie znam. 

A ja na to odpowiem, że wiem to wszystko. Ale jak sobie wyobrażę ulicę z rzędem sklepów z których każdy promuje na swojej witrynie tylko jedną rzecz - jeden odkurzacz, jeden młynek do kawy, jedną książkę, jeden bochenek chleba, ... to ziewam z nudów.

Chciałabym, żeby choć księgarnie tej jednowymiarowości reklamy się oparły. Dobrze, że na razie u nas tak jest.  

środa, 21 lipca 2010

Przyznam się, że Kopenhaga mi się nie spodobała. Albo inaczej - poruszyły mnie tam tylko kaczki i łabędzie w parkach. Raz, że było ich mnóstwo, dwa - nie bały się ludzi, trzy - wiele ptaków miało akurat małe w wieku "chodzę krok w krok za mamą". Obserwowanie tych niezdarnych gap, uczepionych matczynej spódnicy, było naprawdę bardzo interesujące. 

Swoją drogą ciekawe, czy da się sprawdzić, gdzie mieszkał Andersen, gdy  pisał "Brzydkie kaczątko" i czy duńskie łabędzie go inspirowały (mam taką fajną, grubą, rzetelną biografię autorstwa angielskiej dziennikarki, która specjalnie dla tej ksiązki nauczyła się duńskiego. Ale nie mam czasu uczciwie jej przeczytać...)   

A poza kaczkami i łabędziami co w Kopenhadze? Obejrzałam stary port, pochodziłam zatłoczonymi uliczkami starego miasta, zobaczyłam jak wygląda wesołe miasteczko Tivoli, szukałam pomnika syrenki (wstyd się przyznać: nie znalazłam!), odwiedzałam adresy Andersena, pozachwycałam się dworcem kolejowym i starymi kościołami... I po jednym dniu miałam dość.

Wszystko ciekawe, a nawet bardzo ciekawe - ale nie łączyło mi się w żadną fascynującą całość, która nie pozwalałaby mi usiedzieć na miejscu i zmuszała do biegania po mieście od świtu do nocy.  

Ducha Andersena nie poczułam, co tam ducha - nawet dalekiego wspomnienia po duchu nie było. Tylko zimny pomnik Andersena i nie budzący żadnych emocji dom z tabliczką "Tu mieszkał Andersen".

A przecież z tymi duchami pisarzy lub ich bohaterów nie miałam kłoptów w Ogrodach Kensigton w Londynie (J.M.Barry "Piotrus Pan) czy w Edynburgu (Ian Rankin, kryminały z Johnem Rebusem). Proszę się śmiać, bardzo proszę, ale ja naprawdę z nimi zwiedzałam te miasta.

A w Kopenhadze - zero emocji, zero wzruszeń.

- Nie z tego nie będzie - pomyślałam po pierwszym dniu. 

Między mną a Kopenhagą nie zaiskrzyło. Tak to bywa.

Dlatego najszybciej jak mogłam, zwinęłam sie stamtąd do Rungsted, oglądać dom Karen Blixen i do Helsingoru gdzie jest "zamek Hamleta".    

niedziela, 18 lipca 2010

Cytat z Camillerego ze "Złodzieja kanapek". Uwaga o służbiście, dyrektorze poczty w Vigacie:

"Autentyczny kretyn, jakich mało nawet w czasach gdy kretyni robią za mędrców"

 

22:44, kminek1
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 9