Zakładki:
środa, 24 marca 2010

 1.

Przez kilka dni byłam w Goteborgu. Miasto mnie jakoś nie zainteresowało, ale zachwyciłam się przyrodą.

Ostrym, jasnym światłem, wszędzie rozwleczonym dywanem śniegu, grubym lodem na jeziorach (i morzu!), ulicami przy wielkich, ciemnoszarych skałach, oblepionych lodospadami (te wyglądały jak zamarznięte smarki)...  

A to wszystko było w chłodnych kolorach jak na kliszy fotograficznej Nikona.  

Już to co widziałam z samolotu, gdy o świcie leciałam z Warszawy, zapowiadało, że będzie ładnie. Gdy zniżaliśmy się do lądowania, widać było plamy czarnej ziemi, między nimi połyskiwały jeziora, leżał śnieg, a nad tym wszystkim dymiły się chmury (taki biało-czarny przyrodniczy film).

Potem okazało się, że nie mamy pozwolenia na lądowanie, bo nad Goteborgiem jest mgła. Bujaliśmy się więc w gęstym, pełnotłustym mleku.

Nagle samolot zaczął się zniżać. W tej bieli nie miałam pojęcia jak wysoko jesteśmy, gdy nagle zobaczyłam mnóstwo śniegu i samolot walnął w pas lotniska. Moim zdaniem, wylądowaliśmy w zaspie. Tak to wyglądało. 

A kuzynka, którą odwiedzałam, mieszka na ulicy - w bardzo swobodnym tłumaczeniu - Zamglonego Jeziora. Opowiadała mi, że rzeki w Szwecji różnie się określa - inaczej te na południu, inaczej te z północy, inaczej wartkie strumienie i inaczej te szerokie, które płyną powoli...  

Na jej osiedlu każda droga prowadzi do lasu i nad któreś z licznych jezior (jedno, ma np. kilkanaście kilometrów).  Każdy dom ma swój karmnik i wszyscy wywieszają żarcie dla ptaków. Kupuje się je w spożywczym. - Poproszę mleko, chleb i jedzenie dla sikorek - tak się chyba odbywają zakupy. 

2.

Po powrocie wyciągnęłam wszystkie książki Szwedów, jakie mam (zalety wielkiej biblioteki!). Mankella, Lindgren, Ullę Cari-Lindquist, Asę Larsson, Magaret Stromstedt (biografka Lindgren), Majgull Axelsson, Malmsten, Maj Sjowall i Petera Wahloo, Larsona, Lagerlof, Hamsuna...

Czytam jak oni piszą o przyrodzie. Trochę mi z tym zejdzie.

Goteborg-Lilleby

Zdjęcie powyżej - 13 lutego, nad zamarzniętym Morzem Północnym, w zatoce. Co prawda mamy o to spór rodzinny, w Polsce słyszę, że to jeszcze Bałtyk - mniej więcej między cieśninami Kategat i Skagerak. W Szwecji - że to już Morze Północne

Goteborg-Angered

Przedmieścia Goteborga. Te domki z bajki o Pippi Langstrumpf albo z Doliny Muminków wyglądają niepozornie i skromnie, ale w środku mają od stu metrów wzwyż, parter i piętro. Wieczorem w każdym z okiem zapalają się lampki nocne - to podobno pozstałość z czasów, gdy domy stały pojedynczo, w dużych odległościach od siebie i dookoła nich było pustkowie. Wtedy lampy w oknach oświetlały wędrowcom drogę.  

23:13, kminek1
Link Dodaj komentarz »
środa, 10 marca 2010

Szwajcarski Grindelwald to jedna główna ulica i parę mniejszych pół-, ćwierć-uliczek. W sklepikach tego niby centrum są najmodniejsze ciuchy narciarskie, porcelana Villeroya und Bocha, maszynki do racletta w każdym rozmiarze, najświetniejsze narty... A kilka metrów dalej od stodół zawiewa zapach gnoju.

Wpadłam w trans, ledwo wysiadłam z pociągu. Jeszcze nie zeszłam z peronu (a nie wiadomo, gdzie koniec peronu, gdzie już ulica...), a już niemal nosem zawadziłam o góry. Te pchają się na ulicę jakby chciały ją przygnieść, wydaje się, że włażą między domy, między samochody...

Grindelwald - widok z peronu 

Fajny jest widok z głównej ulicy Grindelwaldu - to jakby taras widokowy na słynny Eiger. W dużym uproszczeniu między Eigerem a tą ulicą-tarasem - rozciaga się wielka dolina, a w niej wioski. Widok na te niezliczone dachy w śniegu kojarzył mi się z pejzażami zimowymi Avercampa, holenderskiego malarza z XVI wieku (zwłaszcza z Pejzażem zimowym z łyżwiarzami). Trochę też z Breughlem i Boschem.

Już po powrocie przeczytałam u Mirona Białoszewskiego w "Chamowie" - jak się dziwił, skąd Ci malarze z czasów bez bloków, samolotów, mieli takie poczucie perspektywy, piętrowych odległości. No właśnie skąd?

u stó Eigeru

Nad zdjęciu - wioska u stóp Eigeru.

Avercamp do obejrzenia w wyszukiwarce Google.

   

poniedziałek, 08 marca 2010

Między 20 a 27 lutego byłam u znajomych w Niemczech, tuż przy szwajcarskiej granicy, u stóp Szwarcwaldu. U nich w ogrodzie - wiosna. Co mogło rosło i rwało się do kwitnienia. A w górach, raptem kilkanaście kilometrów dalej - zima. Wszystko jak we śnie pogrążone, kołdra ze śniegu naciągnięta po uszy i ponad dachy.

Pojechałam do Szwajcarii, tam w Alpach Berneńskich - zima.

Wyżej na północy, za Alpami - wiosna 

Wróciłam do Polski - wiosna. Chodniki bez zasp, brzydkie.

Kilka dni później - znów zima.

Najlepsze, że we mnie ta zima też ciągle siedzi. Albo inaczej - jestem w rozkroku międzu zimą a wiosną.

A w takim zimowym humorze, nie mogę porządnie się nasycić wiosną. Ożywić się, wąchać, bo już pachnie mimo mrozu...

I zimy się chce i wiosny. I spać i czytać jednocześnie :-). Ale dziwnie.

Wracając do miasteczka nad Wizą, u stóp Szwarcwaldu. Tam wiosna przychodzi wcześniej, niż do nas, i w ogóle przyroda żyje trochę w innym rytmie - dłuższy jest okres wegetacji, a przez to spokojniejszy, bo rośliny mają więcej czasu na to by wyrosnąć. 

Poniżej zdjęcie z 27 lutego z ogrodu mojej koleżanki w Schopfeim:

I zaułek w wiosennym słońcu:

 

Mam nauczkę, że do Grindelwaldu zimą nie należy jechać na cztery dni tylko na dwa tygodnie. Poleciałam i pojechałam tam z nartami, łyżwami i aparatem. I … nie wiedziałam co mam robić - tyle tam rzeczy kusiło.  Jeździć na nartach? Na łyżwach? Robić zdjęcia? Czy po prostu łazić po wioskach u stóp Eigeru zasypanych po dachy śniegiem. Robiłam wszystko, wieczorem zasypiałam na siedząco. I wyjechałam z niedosytem.

Na sam Eiger (3970 m) można patrzeć się godzinami, zwłaszcza, że światło i kolory co chwila się zmieniają. A jeszcze do oglądania były piękne, proste drewniane domy z początku zeszłego wieku,  przyroda, lodowce…. Kusił wjazd na Jungfrau (najwyższa stacja kolejowa w Europie)...  

** Eiger, zwłaszcza próby zdobycia północnej ściany, był często opisywany i filmowany. Mnie ciągnie  „Biały pająk” Heinricha Harrera i  „Zew ciszy” (książka Joe Simpsona, autora „Dotknięcia pustki” – opisuje w niej swoją dramatyczną wyprawę na Siula Grande w Andach) oraz  filmy nakręcone po 2000 roku – ekranizacja "Zewu ciszy"  Simpsona i najnowszy „Nordwand” – nie wiem czy już miały polskie edycje.

widok ze stacji kolejowej

Grindelwald2

 

Swobodne wypisy z Wysokich Obcasów (5 luty 2010, tekst Małgorzaty Czyńskiej „Stan nieporządku”):

„Svenskt Tenn to więcej niż kultowy sklep z wyposażeniem wnętrz –  to rodzaj dobra narodowego, miejsce gdzie narodził się szwedzki styl”  

Oto co pisał, czołowy projektant Svenskt Ten, Josef Frank: „Dom nie powinien być tylko wydajną maszyną, powinien zapewniać wygodę i poczucie swojskości. Powinien dawać odpoczynek oczom i ożywiać zmysły. Dobra aranżacja wnętrz nie podporządkowywuje się purytańskim zasadom. Dom nie musi być jak wyjęty z żurnala, zaplanowany w najmniejszym szczególe; powinien być kolekcją przedmiotów z którymi ich właściciel dobrze się czuje i do których jest przywiązany”.

Chciałabym przeczytać wydaną w 1939 roku książkę właścicielki Svenskt Tenn, Estrid Ericson „Catechism of Interior Design” .

Ericson musiała być ciekawą osobą, sądząc po tym co pisze autorka tekstu w WO, Małgorzata Czyńska:  „Ze swoją naturą kolekcjonerki, szperaczki i podróżniczki Estrid Ericson obiema rękami podpisywała się pod lansowaną przez Franka zasadą „harmonii przeciwieństw” (…) W jej mieszkaniu w przeszklonych serwantkach królowały pamiątki przywożone z całego świata, które układała w kontrastowe kompozycje (z podobnym zapałem w każdy poniedziałek dekorowała sklepowe witryny, zadziwiając przechodniów dziwacznymi zestawieniami naturalnych roślin ze sztucznymi kwiatami, z minerałami i owadami z wosku)”.

Sklep mieści się w Sztokholmie, przy Strandvagen 5. Za kilka dni będę w Goteborgu, ale stamtąd do Sztokholmu 3 godziny pociagiem w jedną stronę, więc chyba tym razem nie uda mi się tam dotrzeć.

Internetowy adres Svenskt Tenn: www.svenskttenn.se

** Cytaty za WO, podkreślenia moje