Zakładki:
niedziela, 31 maja 2009

Na przystanku autobusowym zobaczyłam mężczyznę, który trochę mnie przestraszył, a bardziej obrzydził. Napakowany w barach, łysy, małe oczka, raczej niewysoki, szedł ciężkim krokiem…

Koszulę miał rozpiętą i drapał się zawzięcie po brzuchu. Z nieobecnym wzrokiem, jakby to drapanie wprawiało go w trans.

A z paska dżinsów wystawały mu majtki w zielony wzorek. Całkiem sporo tych gaci było widać.

Już prawie pomyślałam "ale bydlak", ale przyszło mi do głowy, że on kiedyś był niemowlakiem... Miał gładką skórę, na głowie meszek, tak pachniał, że chciało się go przytulić. Tyle, że to musiało być krótko.  Bo później już chyba wszystko u niego szło nie tak….

Na moim przystanku codziennie siedzi stara, drobna kobieta. Ma wielkie czarne oczy w zapadłej twarzy i powyginane dłonie, jak szpony ptaka. Ubrana jest w stare, znoszone ciuchy. Nigdzie się nie spieszy, tylko patrzy z kąta.

Czasem spyta kogoś z czekających na autobus „Czy ma Pani dla mnie złotówkę?”, „Da mi Pan jedną truskawkę?”

Gdy ktoś wyciera nos, ona zawsze prosi o jedną chusteczkę higieniczną.

Kiedyś na przystanek przyszła inna kobieta, jakoś podobna do niej. - Chodź Pani tu - ożywiła się „moja” i przegoniła innych ludzi ze swojego kąta.

Myślałam, że się znają. Ale nie. „Moja” spytała ją o imię, i od razu przeszła do rzeczy:

Ile ma lat?

Na którym piętrze?

Czy jest winda?

Czy mieszka sama?

Później zamilkły. Wszystko co najważniejsze już sobie powiedziały.

Amerykanin Mark Greenside, autor książki o kupowaniu domu w Bretanii mówi, że urok Francji to także tysiące absurdalnych drobiazgów, które wciąż zaskakują cudzoziemca.

Np. po jakie licho na francuskich dworcach kolejowych trzeba kasować bilety kupione wcześniej w kasie, skoro jest już na nich wydrukowana data i godzina odjazdu konkretnego pociągu? Nie da się na nie pojechać innym!

Też bym chciała to wiedzieć.

A oto moje „zaskoczenia” z Prowansji:

1.

W hotelu w Awignonie spytałam recepcjonistkę, czy mogę palić papierosy w pokoju.

- Nasz hotel ma taką zasadę, że w swoich pokojach nasi goście robią to, co im się podoba - odparła takim tonem, że od razu w głowie wyświetliły mi się hasła „Wolność! Równość! Braterstwo!”.

No to paliłam sobie w pokoju. Ale ten hotel miał też swoją knajpę ze stolikami na dworze. Na każdym była popielniczka. Pewnego słonecznego ranka piłam kawę, paliłam, było miło… Nagle podeszła kelnerka i wskazała na policyjny samochód w pobliżu. - Proszę palić dyskretnie, tam są żandarmi - rzuciła i już jej nie było.

To można palić, czy nie można? I po co były popielniczki na stolikach?

 

2. Gdy z siostrą dotarłyśmy do hotelu na obrzeżach Marsylii, recepcjonistka dała nam elektroniczny klucz-kartę i wyraźnie powiedziała - pokój numer 45, pierwsze piętro. Obie to usłyszałyśmy. Taki numer był też na kluczu-karcie.

Tyle, że na naszym pierwszym piętrze numery kończyły się na numerze 44. A na drugim zaczynały już od nr 46! Nie było naszego pokoju z nr 45!

Nie mogli go też znaleźć inni turyści z tego piętra, których poprosiłam o pomoc. Dopiero gdy dwieście razy obejrzałam pokrowiec na klucz, zobaczyłam, że jest tam też maleńki numer 26. Tak, to też był numer naszego pokoju.

W jakim jeszcze kraju jest podwójna numeracja pokoi w hotelu?

3. Do innego hotelu w którym miałyśmy nocować przy marsylskim lotnisku, nie było żadnej drogi, którą mógł by dojść pieszy. A budynek był tak blisko, że widziałyśmy ile ma pięter i jaki kolor ścian.

Niestety każdy chodnik się w pewnym momencie urywał i dalej mogłyśmy z naszymi walizkami na kółkach najwyżej wmieszać się w sznur pędzących samochodów, które zapewne jechały drogą prowadzącą obok naszego hotelu.

Spróbowałyśmy  inaczej. Wbiłyśmy się w wielki, zapakowany samochodami parking. Przeszłyśmy setki metrów, aż do drucianego ogrodzenia za którym stał nasz hotel. I co dalej?

Tak była tam furtka - ale zamknięta. Już przygotowane na nocleg na lotnisku, chciałyśmy wrócić, ale nagle dostrzegłyśmy mikroskoijną tabliczkę z napisem „Aby otworzyć, dzwoń” i przycisk. Napis oczywiście był tylko po francusku.

 

niedziela, 24 maja 2009

 

Amerykanin kupuje dom w Bretanii… I co z tego?

Peter Mayle kupił dom w Prowansji, Frances  Mayes w Toskanii, Bodil Malmsten też w Bretanii, a Wiliam Wharton - barkę na Sekwanie w Paryżu i w niej zamieszkał... Każdy z nich napisał o tym książkę.

Prawie wszystkie mam i czytałam, więc po co mi kolejna, Marka Greenside’a „Nie będę Francuzem”? - Przyda się, jak będę jechała do Bretanii - dla mnie każdy pretekst jest dobry w ksiegarni. 

Dobrze, że ją kupiłam. Nawet nie z powodu Bretanii (autor czyni z niej taką Arkadię, że jego relację przyjmuję z przymrużeniem oka), ale dlatego, że fajnie było poznać Marka Greenside’a - komicznego neurotyka, który ze swoimi lękami, obawami, wyrzutami sumienia świetnie pasowałby do filmów Woody Allena, ale dziwnym trafem odnalazł się w wyrafinowanej Francji. Pojechał tam z dużą rezerwą (bo narzeczona chciała), ale urzekło go światło, ludzie... i wiadomo jak się skończyło.

Męki Greensidea z francuskim są bardzo śmieszne (zwłaszcza gdy on próbuje mówić po francusku, a Francuzi po angielsku), a jego zachwyty szczere jak u dziecka. Przy opisie kupiowania domu prawie płakałam ze śmiechu. Naprawdę trudno go nie polubić. 

Niestety nie rozwiał mojej pewnej mojej obawy związanej z Bretanią. Tam są przypływy i odpływy, podczas odpływu morze cofa się setki metrów, podczas przypływu zalewa parkingi. Skąd wiadomo kiedy, jest co? Jak oni wszyscy nie potoną? 

No więc Greenside o mało nie utonął z narzeczoną podczas przypływu, i zatopiliby pożyczone renault, gdyby nie pomoc francuskiego farmera, który wyciągnął ich z zalewanej plaży.

A ze mnie podobna sierota...    

Przy czytaniu tej książki, przypominała mi się moja zeszłoroczna podróż do Prowansji. Mimo że jak Greenside pojechałam do Francji z dużą rezerwą (tyle ludzi się nią zachwyca, pachniało mi to modą), to już po dwóch dniach, wszelkie uprzedzenia poszły w kąt.

Za pięknie tam, za smacznie i za różnorodnie, by zachować  dystans - dostojne Aix-an-Province, niefrasobliwe Arles, butelkowozielony od Rodanu Awignon, niespokojna, dumna Marsylia, którą obchodzi tylko ona sama… 

Do niedawna mój ranking autorów kryminałów był taki:

 1. Henning Mankell, Ian Rankin, Raymond Chandler

 2. Alicia Gimenez-Bartlett, Aleksanda Marinina

Daleko dalej: Donna Leon, Caroline Graham

Ale kiedy przeczytałam „Za podszeptem diabła” Karin Fossum, pierwsza trójka, stała się czwórką i kupiłam hurtem wszystkie inne wydane w Polsce książki Fossum (tak samo było z Józefem Baranem, po przeczytaniu „Przystanku marzenie”, ale o tym kiedy indziej).

Nieważne, że tytuł książki jest marny. „Za podszeptem diabła”, co to komu mówi? Każdy kryminał mógłby mieć taki tytuł, bo w każdym dzieje się coś, co - można uznać - jest inspirowane przez jakieś złe siły. Dlatego, to zbyt uniwersalne, by zagrało jako tytuł.

Może się zresztą czepiam. Pewnie dlatego, że gadania o diable i nawet wywoływania tego słowa, unikam (po co przywoływać zło, robić mu miejsce w języku, na papierze, gdziekolwiek?). Ale mniejsza z tym, liczy się książka.

To nietypowy kryminał, nie ma w nim intrygi i od razu wiadomo kto będzie mordercą. Za to jest bardzo sugestywny opis ludzi z zamglonego norweskiego miasteczka nad morzem. Czytałam ją, nie dla odpowiedzi na pytanie „kto zabił?”, ale by lepiej poznać ich motywy  - zdziwaczałej, samotnej właścicielki porządnego domu z zadbanym ogrodem, młodego chłopaka-jej ofiary i innych...

Chyba zresztą samą Fossum, bardziej interesują ludzie, niż zbrodnia – ta jest "tylko" konsekwencją tego, jacy są jej bohaterowie i tego co spotkało ich wcześniej. 

A ten ciąg, wcześniejszych i obecnych zdarzeń - pojedynczo raczej drobnych i głupich - który w ostateczności doprowadza do nieszczęścia jest u Fossum zatrważający. 

Baruje się z tym inspektor Konrad Sejer. Blisko dwa metry wzrostu, zrównoważony, tradycyjny, już nie młody... Taki gliniarz-opoka. Nie rozwiązuje zagadki kryminalnej, nie ściga mordercy. Zdarzenia  toczą się same siłą rozpędu, on jedynie je składa do kupy. Po co taki policjant w kryminale? 

Może jako antidotum na zło? Nawet jak nie zadziałało (w tej książce dobro nie zwycięża), to dobrze w ogóle jest.   

I zupełnie na marginesie. Z notek na okładce, z internetu, dowiaduję się, że Fossum jest zwana norweską królową kryminałów. Co za durny tekst?!

Kto niby jest królem? I kto ich mianował? Pewnie chodzi o to, że uznają ją za najlepszą autorkę kryminałów w Norwegii. Co komu szkodziło, tak to po prostu napisać?

 W tym roku ciągle obwiniam się, że jestem za bardzo rozlazła i niewiele robię, poza spaniem, chodzeniem do pracy i odwiedzaniem lekarzy (od stycznia do maja: operacja + trzy choroby z antybiotykami).

W tym samym okresie w zeszłym roku, choć ciężej pracowałam, to jednak częściej wyjeżdżałam i znalazłam czas na obejrzenie kilkunastu dokumentów na festiwalu Planete Doc Review. W tym - kupiłam bilety na 12 filmów, a obejrzałam trzy.

Gdy kolejny raz, się za ten brak energii, obwiniałam, pomyślałam „Ale zaraz, przecież ja w tym roku ciągle czytam”.

Dlatego robię rachunek sumienia, by mieć czarno na białym, przespałam ten czas od stycznia do maja, czy może jednak nie?.    

Przeczytane (styczeń-maj 2009):

Władysław Zambrzycki „Kwatera Bożych Pomyleńców”

Roberto Saviano „Gomorra”

Ian Rankin „Obserwator”, „Memento Mori”, „Czarna Księga”

Józef Baran “Przystanek marzenie”

Vicky Myron, Bret Witter „Dewey. Wielki kot w małym mieście”

Kirsin Ali „Niewierna”

Aleksandra Marinina „Kolacja z zabójcą”

Donna Leon “Śmierć na obczyźnie”

Moshin Hamid, "Uznany za fundamentalistę"

Maj Sjoewall, Per Wahloeoe, Roseanna

Betty MacDonald “Jajko i ja”, „Anybody can do anything”

Jean Claude-Izzo „Solea”, „Szurmo”, „Total Cheops”

Karin Fossum „Za podszeptem diabła”

Bodil Malmsten „Moje pierwsze życie”

Mark Greenside, „Nie będę Francuzem (choćbym nie wiem, jak się starał)”

Heleną Amiradżibi-Stawińska, "Książka antykucharska"

Ryszard Kapuściński „O książkach i ludziach”

Marsha Mehran: Woda różana i chleb na sodzie  

W czytaniu (maj 2009)

Józef Baran „Koncert dla nosorożca”, „Najdłuższa podróż”,

Henryk Dasko „Odlot malowanego ptaka”

Bill Bryson „Zapiski z małej wyspy”

Elif Safak „Pchli pałac”

Andrzej Dobosz „Ogrody i śmietniki”

Anna Janko „Dziewczynka z zapałkami”   

W czytaniu zawsze

Izet Sarajlic „Kocham bardzo” 

No i tak to wygląda. Sama nie wiem, czy to dużo, czy mało, skoro wśród tych książek, dziesięć to kryminały.

I nie chodzi o czytanie na akord, tylko o to, czy nie roztrwoniłam czasu. Ale nadal nie wiem.

Za to pewna jestem, że najważniejsze z tych książek to „Przystanek marzenie” Barana i „Kwatera Bożych Pomyleńców” Zambrzyckiego (najśmieszniejsze – „Jajko i ja” MacDonald i „Nie będę Francuzem” Greenside’a).

Przy obydwu sama sobie współczułam, że tak szybko się zbliżam do ich końca.    

W piątek jechałam taksówką z Dworca Centralnego do pracy i zorientowałam się, że miłym, bystrym kierowcą jest chłopak z którym pokłóciłam się kilka tygodni, a może miesięcy temu (wtedy też był taksówkarzem). 

Trudno ustalić kiedy to było, bo co trzecia, co druga moja podróż taksówką w Warszawie kończy się awanturą - o drogę, o ustawienie licznika, o ton…

No, ale ten chłopak był w porządku. Jakim cudem więc, jakiś czas temu tak wyprowadziłam go z równowagi (a nie wygląda na wybuchowego), że nie chciał pieniędzy? Chodziło mi o wybór drogi, a że był setnym z rzędu warszawskim taksówkarzem, który wybiera dłuższą, więc nie wytrzymałam.

Potem jednak miałam wyrzuty sumienia. Dlatego w ostatni piątek  skorzystałam z okazji i go za tamtą awanturę przeprosiłam.

Dobrze się z tym później czułam. Niestety parę godzin później znów męczyło mnie sumienie – po tym jak pokłóciłam się z pewnym współpracownikiem, który zawalił pracę.

A wieczorem usłyszałam od mojej mamy, która zastanawiała się nad swoją prywatną sprawą i której ani o taksówkarzu, ani o współpracowniku nie opowiadałam: - Wiesz, nie można lekceważyć żadnego człowieka, nawet jak się go nie lubi.

Uups!  To prawda. Tak się powinno odnosić do ludzi (nawet w kłótniach - bo tych się nie uniknie), by potem nie gryzło sumienie.

Jak to robić? Jak o tym pamiętać? 

Śniadanie z R., która przyjechała z córką Anią na dwa tygodnie do Polski i nocowała u mnie.

Na stole amarantowe peonie, jemy truskawki, świeci słońce, ja zamierzam spóźnić się do pracy… Zapachniało wakacjami.

R. mówi: - Akurat jak jestem na urlopie, w moim ogrodzie zakwitną rododendrony. I nie zobaczę też, jak kwitną moje ukochane maki.

Ania, która znudzona naszą rozmową, zajmowała się właśnie wykrawaniem małych kółek z serka mozarella, ożywiła się: - A ja? Czy ja jestem Twoim ukochanym makiem?

- Najukochańszym! - roześmiała się R.

- A tata? - chciała wiedzieć Ania.

I zaczęły się pytania. Jakim makiem jest babcia, w którym rzędzie maków są wujkowie, ciocie.... I to o którym obie wiedziałyśmy, że padnie - jakim makiem jestem ja.

Było sporo śmiechu i trochę zakłopotania, bo my z R. nie przyzwyczajone do takich deklaracji. 

wtorek, 19 maja 2009

Za tym, że „ciekawość to pierwszy stopień do piekła”, to bym zbyt mocno nie obstawała.

Tylko dzięki ciekawości, udało mi się wreszcie przeczytać angielską książkę od początku do końca. Po prostu nad nią siadłam – a raczej zaległam na łóżku i nie wstałam, póki nie przeczytałam ostatniego zdania.

Ale od początku. Mam dziesiątki angielskich książek na półkach - kupionych albo dla niewydanego w Polsce tytułu, albo dla ładnej frazy, albo z powodu autora ... Albo z jakiekolwiek innego powodu, który przy zakupie wydawał mi się szalenie ważny, a dziś go nawet nie pamiętam. Mogłabym już otworzyć mały stragan z angielskimi książkami…  

Ale problem jest w tym, że ja żadnej z tych książek nie przeczytałam do końca. Zawsze jest tak samo: czytam ambitnie ze słownikiem, notuję wszystkie nowe słowa i … po kilku stronach mam dość. Ani to nauka, ani frajda z czytania. 

Tym razem było jednak inaczej. 

Kilka tygodni temu tak mnie zachwyciła książka Betty MacDonald „Jajko i ja” (pisałam o tym w lutym), że musiałam sprawdzić co jezcze napisała, no i w ogóle co u niej słychać po "Jajku".

Niestety, „Jajko” to jedyna jej książka wydana w Polsce. Inne - m.in. „Anybody can do anything” oraz „The Plague and I” miał za to brytyjski Amazon*. Oczywiście, że je kupiłam. I dopiero jak przyleciały i rozpakowałam paczkę, postukałam się w głowę „kolejne angielskie książki na półce do czytania nie wiem kiedy”.

Ale w ostatnią sobotę, jak już pogoniłam te wszystkie okropne, domowe roboty na które nie ma czasu w ciągu tygodnia, rozłożyłam się wygodnie z „Anybody…” i słownikiem. Oczywiście, żmudne sprawdzanie słówek zaraz mi się znudziło.

Musiałam jednak się dowiedzieć, czy Betty MacDonald, która porzuciła fermę kurczaków i męża farmera na amerykańskim odludziu (o kurczakach i samotności pisała w „Jajku…”), by wrócić do rodziny w Seattle, znalazła pracę.

I jak to zrobiła, skoro były lata 30. XX wieku, szalał kryzys i bezrobocie, a ona nie umiała nic i samotnie wychowywała dwie córki?

Rzuciłam więc słownik w kąt i czytałam dalej.

Np. o sposobie jej matki na problemy. Gdy te się pojawiały - a przybywało ich z każdą chwilą - mówiła „to zjedzmy hamburgera”.

Albo o tym jak jej rodziny nie było stać na płacenie rachunków, więc odcięli im prąd. Gdy odwiedził ich snobistyczny gość (choć biedni, to zawsze przyjmowali tłumy ludzi), zachwycił się, że skromna kolacja jest podana przy świecach. - Mimo trudnych czasów, wciąż trzymacie styl - powiedział. A MacDonald śmiała się w kułak, że nie zauważył, że naczyń też nie zmywają przy świetle. Bo go nie mają.  

I tak to dzięki jakiejś swędząco-wiercącej ciekawości – co słychać u Betty MacDonald – przeczytałam angielską książkę do końca i poznałam rodzinę z którą warto by się zaprzyjaźnić (skoro to niemożliwe w realu, to choć przez tę książkę). Dlatego Panu Bogu, piękne dzięki za ciekawość.   

* W Amazonie aż chce się kupować książki dla samej frajdy doświadczania, jak u nich to świetnie działa. Kupienie książki przez ich witrynę – trzy kliki. Czekanie na paczkę – trzy dni. W polskim Merlinie niestety nie idzie to tak gładko.      

Szkoda, że czasem pracownik - pracownikowi bywa wilkiem, mimo że łatwiej byłoby pozostać po prostu człowiekiem.

Poprosiłam w mailu kobietę z zagranicznej drukarni w której moja firma zleciła druk książki, by pomogła mi poruszać się po ich ftp-ie (po ludzku: katalog tej drukarni w Internecie). To było konieczne, bo tam wstawili naszą książkę, którą właśnie miałam sprawdzić. Czasu było mało, ich ftp był skomplikowany...

Liczyłam, że da mi kilka prostych rad, ale ona odpisała: - Wszystko o obsłudze ftp-a znajdziesz w instrukcji, którą Ci wysyłam.

Gdy otworzyłam instrukcję, zgłupiałam. 28 stron po angielsku, na każdej tabelki, strzałki, wykresy! Do tego techniczny język!

 - Do cholery! - wkurzyłam się.

Napisałam maila do kobiety z zagranicznej drukarni: - OK, skoro nie możesz mi inaczej pomóc, to właśnie rozpoczynam studia na kierunku „Jak poruszać się po Waszym ftp-ie i o co chodzi w instrukcji”. Zajmą dużo czasu, dlatego nie zdążę sprawdzić książki w umówionym terminie”.

Odpisała natychmiast:  Kliknij klawisz taki a taki, potem następny i wpisz to i to.

To wystarczyło mi, by sprawdzić książkę. Instrukcję wyrzuciłam do kosza. A Anna okazała się później całkiem przyjazną kobietą. I po co nam były te głupoty po drodze?