Zakładki:
piątek, 21 maja 2010

Finka Maria Kallio, jest inna od policjantek z książek Marininy, Rankina, czy Alicii Gimenez-Bartlett. Jej najwyraźniejszą cechą jest to, że jest zupełnie zwyczajna.  

Niska, krągła, ruda, ze sterczącymi włosami i plecakiem, ciągle wygląda jak nastolatka. Trudno uwierzyć, że jest policjantką.

W „Kobiecie ze śniegu” prowadzi śledztwo w sprawie śmierci Eliny Rosberg, właścicielki ośrodka terapeutycznego dla kobiet, do którego mężczyźni nie mają wstępu. Rosberg wyszła późnym wieczorem w Boże Narodzenie ze swojego dworku w którym było też pięć innych kobiet i parę dni później narciarz natknął się na leżące w śniegu jej zamarznięte ciało.

Dlaczego rozsądna Rosberg wybiegła z domu w kilkunastostopniowy mróz w cienkiej podomce i koszuli nocnej? Co robiły wtedy podopieczne ośrodka? Komu zależało na jej śmierci?  

Śledztwo i takie pytania wiążą kryminalny wątek książki. Ale nie on jest najistotniejszy.

Ja polubiłam piegowatą posterunkową Kallio. Za to, że jest taka zwykła i ciepła. Czasem się wścieka i pyskuje, ale jakoś mało groźnie. Nie bardzo wychodzą jej cięte riposty, nie ma tupetu i zaciekłości Petry Delicado, gliny z książek Hiszpanki Alicii Gimenez-Bartlett, ani genialnych talentów językowych i analitycznych Anastazji Kamienskiej z kryminałów Marininy.

Jej hobby to bieganie, narty i policyjna strzelnica. Sposób na stres - piwo lub szkocka. Chętnie mości się przy kominku z książką. I w odróżnieniu od Delicado, Kamienskiej, czy Siobhan Clarke (Rankin) ma całkiem dużo czasu na spotkania ze znajomymi.

Co więcej ma męża, normalny dom i zachodzi w ciążę.

Przyznam, że czasem wyobrażam sobie - zwłaszcza, gdy się z kimś ścinam, czyli często - że jestem ostra i szorstka jak Delicado. Przydałby mi się też mózg Kamienskiej. Ale jeśli chciałabym się z którąś z nich zakolegować to właśnie z Marią Kallio. Fajnie przecież mieć taką kumpelkę - ciepłą, przewidywalną, rozsądną i w miarę wyrozumiałą dla ludzkich słabości.

To z nią, jej oczami, poznajemy podopieczne terapeutycznego ośrodka Eliny Rosberg: zahukaną matkę dziewięciorga dzieci - żonę pastora ortodoksyjnego wyznania z północnej Finlandii, wulgarną i zagubioną tancerkę z nocnego klubu, czy porzuconą przez matkę neurotyczną dwudziestolatkę. Każda z nich ma swoją historię, swoje doświadczenia i razem z Kalio możemy się im porządnie przyjrzeć.  

Ale jak przy takim nagromadzeniu kobiet z problemami za które w dużej mierze odpowiadają mężczyźni, Lehtolainen udało się nie napisać jednowymiarowej książki w której faceci są tylko gnojkami?

To chyba dlatego, że Kallio jest bardzo trzeźwym i niezależnym obserwatorem, a mężczyźni w tej książce są tak samo różni jak kobiety. Też mają swoje historie, swoje paskudne i lepsze strony.

Mam nadzieję, że to ochroniło tę opowieść przed spłaszczeniem, choć możliwe, że więcej pełnokrwistych, sensownych mężczyzn, by jej nie zaszkodziło.

I ostatnia rzecz, zupełnie na marginesie - od jakiegoś czasu przyglądam się jak Skandynawowie opisują w swoich książkach przyrodę i pogodę. U Lehtolainen śnieg pachnie i skrzypi jak u nas ostatniej zimy, szorstkie płatki drapią policzki, a na mrozie para oddechu szroni włosy. W parkach gile dziobią jarzębinę, a między krzakami chowają się zające. Maria Kallio po pracy zakłada narty biegowe i biega po lesie (co najmniej 30 kilometrów tygodniowo). Też bym tak chciała.

sobota, 15 maja 2010

W lutym pisałam, że w ogrodzie mojej koleżanki, w południowo-zachodnich Niemczech u stóp Szwarcwaldu kwitną już krokusy.  Tam wegetacja zaczyna się wcześnie, ale trwa długo. Rośliny wiedzą, że mają mnóstwo czasu, by pożyć.

A im dalej na północ, tym czasu mniej, przyroda musi się błyskawicznie uwinąć, żeby  ze wszystkim zdążyć.   

Pisał o tym Mariusz Wilk, który mieszka na północy Rosji, pisała Bodil Malmsten, gdy wspominała dzieciństwo w środkowej Norrlandii w Szwecji.

Fragment z Malmsten (w „Cenie wody w Finistere”):

„Tam, gdzie dorastałam, ciepły letni dzień mógł pojawić się jak grom z jasnego nieba. (…)

Taka tam jest pogoda.

Nieprzewidywalna i rozszalała.

Okres wegetacji jest krótki. Krótki i szalenie intensywny.

Światło, kiedy nadchodzi, obejmuje w posiadanie wszystko. Oszołomiona roślinność wydobywa się z zimna, z marnej ziemi. Rośnie w ogromnym pośpiechu, czasu jest mało.

Tak wiele światła w krótkiej jasnej porze i tak wiele ciemności w długiej ciemnej.”

 

 

czwartek, 06 maja 2010

Sięgnęłam po tę książkę nieufnie, podejrzewając, że to czytadło dla panien. Ciekawiło mnie jednak jak widzą Szwecję jej mieszkańcy oraz ... prowadzę amatorskie badania nad poziomem wyczulenia na przyrodę u szwedzkich autorów :-). No i mimo uprzedzeń  zaczęłam czytać.

I zdziwiłam się. Nie miałam racji, że to książka dla panienek. Po pierwsze Fredriksson porządnie opisuje Szwecję od lat 70. XIX wieku do lat. 80 XX wieku - to jak żyli ludzie w położonym tuż przy granicy z Norwegią regionie Dalsland, jakim dialektem mówili, jak mieszkali i jak zarabiali na życie, czy jak rozwijało się miasto Goteborg...  

Ale to jest jedynie świetnie namalowane tło.

Bo to przede wszystkim historia o losach trzech kobiet - Hanny, jej córki Johanny i wnuczki Anny - która świetnie wychwytuje jakąś niewidzialną, a silną niczym najmocniejszy sznurek, więź między nimi. Nie chodzi tu o przyjaźń, czy partnerstwo, chodzi o więzi, bardziej, no nie wiem jak to powiedzieć, biologiczne może.   

Jakby te trzy kobiety były w istocie jedną kobietą, która z czasem dojrzewa, nabiera pewności siebie, staje się bardziej niezależna.

A może to wcale nie tak? Może najmłodsza Anna jest najbardziej zdecydowana i niezależna, bo ułatwiają jej to okoliczności? Łatwiej być samodzielną kobietą w wielkim mieście w latach 70 i 80. XX wieku niż było sto lat wcześniej w biednej wsi w Dalslandzie.  Może więc te kobiety, z pokolenia na pokolenie, wcale się nie zmieniały, tylko zmieniał się świat?

Z tą wątpliwością Fredriksson czytelnika zostawia.  

Mogłabym się czepić jej feminizmu  - w książce z każdym mężczyzn coś jest nie tak. Anna, Johanna i Hanna też mają wady, ale ich ułomności jakoś są uzasadnione, wpisują się w całość postaci, a męskie przywary nie znajdują żadnego usprawiedliwienia.

Ale to nie jest takie ważne. Pozostaję pod wrażeniem jak autorce udało się uchwycić relację trzech kobiet z jednej rodziny.