Zakładki:
środa, 30 czerwca 2010

Obiecałam sobie, że nie będę czytała już więcej książek o tym jak ktoś kupił dom w Bretanii, Francji, Włoszech itd. To jednak rzadko jest dobra literatura.

Ale słowa nie dotrzymałam i przeczytałam  „Greckie pomidory czyli nowy dom na końcu drogi” - książkę Joanny Nicklasson-Młynarskiej i Mikaela Backmana o ich domu na greckiej wyspie Lesbos (po grecku Lesvos). I nie żałuję.

Ciekawe było z niej np. dowiedzieć się, że są jeszcze w Unii Europejskiej miejsca gdzie ludzie w średnim wieku idą co wieczór do swoich starych rodziców i mówią im dobranoc.  Czy też, co i jak jedzą Grecy, albo z czego żyją w takiej małej wiosce jak Sigri i jak obchodzą religijne święta - poważnie w cerkwi, hucznie za stołem (nie stroniąc od ouzo czy metaxy i głęboko gdzieś mając modę na niepalenie). Na mnie wrażenie zrobiło, że świętują gromadnie - całą wioską, nie tak jak my w swoich domach, w najlepszym wypadku rodzinnie, ale z sąsiadami już nie.

Co innego jednak spowodowało, że zapałałam do autorów gorącą sympatią - a mianowicie ich niechęć do masowej turystyki. Oto przykład: „Rabunkowa gospodarka międzynarodowych biur podróży na dziewiczej ziemi zamieniła wiele greckich wysp w turystyczne getta, gdzie lokalne zwyczaje i tradycje zostały wyparte na skutek presji krótkowzrocznej chęci zysku branży turystycznej”.

Autorzy nie odmawiają masowej turystyce prawa do istnienia, a ludziom prawa do taniego wypoczynku. Pytają np. jednak, dlaczego biura nie informują o tym jakie ich inwestycje mają wpływ na środowisko i podkreślają, że lepiej jest gdy mieszkańcy pracują w  swoich własnych biznesach niż zostają zatrudnieni jako bramkarze w kiczowatych dyskotekach dla turystów (co nie znaczy, że chcieliby zamienić różne atrakcyjne miejsca w skanseny).  

Tę ich niechęć do masowej turystyki gorliwie podzielam.

Oczywiście książka byłaby głębsza, gdyby autorzy nie ograniczyli się do przycinania masowej turystyce, ale wnikliwiej się jej przyjrzeli. Ja bym np. chciała wiedzieć dlaczego Grecy zgodzili się na taki syf w swoim kraju (patrz np. Chania na Krecie).

No ale to musiałaby być już inna książka. Oni mają swój dom w Sigri, którą Bogu dzięki - mam nadzieję, nie używam tu imienia bożego nadaremno - masowa turystyka na razie omija.  I napisali książkę do przeczytania w jeden niedzielny wieczór, która trochę chaotyczny, raczej przyjazny klimat tej wioski w lekki, niewymuszony sposób opisuje.

niedziela, 27 czerwca 2010

Gdy pierwszy raz weszłam na plażę w bretońskim Saint Malo zdziwiłam się, że nikt oprócz mnie nie zbiera muszli. Był akurat odpływ i na mokrym piasku mieniły się ich tysiące.

Leżały co pięć, dziesięć centymetrów. Muszle w kształcie dziesięciocentymetrowych patyków...  Muszle jak stożki albo spiralne ze ślimakiem w środku. Jednobarwne, nakrapiane czy w małe kreski, tworzące indiańskie wzory.

Jedne gładkie, inne o tak pomarszczonej powierzchni, że przypominała spódnicę w falbany z grubo tkanego materiału… 

A potem weszłam do morza. Tam dno było tak zasłane muszlami, że chodziłam nie po piachu, tylko po białym dywanie z muszli. Zrozumiałam dlaczego, mało kto się po nie schyla.

Gdy muszle już nie mieściły mi się w dużych kieszeniach spodni, zaczęłam wracać do wyjścia z plaży. Było cholernie daleko, bo morze właśnie się cofało. Nie umiem oceniać odległości na oko, dlatego zaczęłam mierzyć plażę stawiając duże kroki i licząc je. Kiedy doszłam do dwustu, miałam dość, a byłam może w połowie drogi.

Taka jest plaża w Saint-Malo w Bretanii, mieście w którym stoją pomniki dawnych korsarzy, żeglarzy i podróżników. Są na niej jedne z największych przypływów i odpływów na świecie. Podczas odpływu morze cofa się o kilkaset metrów, podczas przypływu zalewa potężne murowane wały ochronne.

Muszle są dosłownie wszędzie. W pobliżu wejścia na stare miasto plażę przegradzały w poprzek olbrzymie głazy - zdziwił mnie ich dziwny, jednolity, popielaty kolor. Gdy podeszłam bliżej, zobaczyłam, że całe pokryte są, niczym cienką skórą - warstwą maleńkich, dwu-trzy milimetrowych muszelek.

Kilkaset metrów dalej leżały wielkie kamienie całe obklejone setkami tysięcy małż. Jakby tego było mało - na ich muszlach były jeszcze mikroskopijne muszelki! Z kolei na grobli prowadzącej z plaży do starego fortu na wyspie, jedne muszle przykleiły się do płyt chodnikowych, a inne zaklinowały w szczelinach między nimi.

Ale morze wyczynia jeszcze inne cuda na tej niezwykłej plaży. Któregoś dnia, po odpływie, zobaczyłam, że na piachu jest mnóstwo małych kupek - gdy przyjrzałam się im bliżej zobaczyłam, że to piasek poskręcany w regularne supły, z całkiem sporą liczbą splotów.

To pewnie cofająca się woda skręca piasek w takie filigranowe figury. Ale jak? Dlaczego? Jakim cudem siła wody może wyrzeźbić tak misterne cacka? Chciałabym porozmawiać o tym z  jakimś oceanografem.

Może by też wytłumaczył, dlaczego jednego dnia, po odpływie, na piasku zostały odciśnięte rysunki drzew - na każdym był pień i gałęzie od których odchodziły coraz mniejsze gałązki.  Rysunki nie miały więcej niż trzydzieści centymetrów, ale były ich tysiące, regularnie rozmieszczone, jeden obok drugiego.

Jakby tego nie wystarczyło, po przypływie na plaży zostają też dziesiątki rodzajów glonów - od małych jak dłoń, po długie na dwa metry. Są glony różowe, seledynowe, żółte, brunatne, czarne. Gładkie jak papier i pomarszczone jak wstążki, te zielone przypominają sałatę…

Naprawdę, godzinami bez znudzenia, mogłam wpatrywać się w to co wyrzuca morze w Saint Malo.  Tam od świtu do świtu, bez przerwy, na piasku toczy się akcja doskonałego filmu przyrodniczego z zaskakującą akcją.

A potem pojechałam na zachód, w głąb Bretanii, do Roscoff. To małe miasto w otoczonym przez Atlantyk i wody Kanału La Manche departamencie Finistere. Jego nazwa pochodzi od łacińskiego finis terrae - koniec ziemi.

Tego dnia chmury na niebie miały kolor pomyj, od rana siąpiło i na szesnastowiecznej starówce Roscoff wśród popielatych domów z granitu było wyjątkowo ponuro.

Między dwoma budynkami wypatrzyłam wąskie przejście w kierunku morza. Przeszłam tamtędy i wyszłam na coś co w pierwszej chwili wydało mi się ogromnym, źle zaoranym polem. Jak okiem sięgnąć grudy błota, kamienie, kałuże… Czułam się jakby był, zimny, wyjątkowo nieprzyjazny marzec (a była połowa czerwca), albo  jakby znalazła się na planie filmowym „Chłopów” Reymonta, w czasie, gdy odgrywane są sceny na przednówku.

Przyjrzałam się bliżej tej breji w której stałam po kostki. A tam … były tysiące muszli - większych od mojej dłoni, ciężkich i masywnych. Płaskich, w kształcie wachlarza albo  wgłębionych jak półmiski. Niektóre były przyrośnięte do kamieni, po dwie, po trzy, po pięć i żadną siłą nie dawało się ich oderwać. Inne po po prostu leżały w wodzie, między grudami kamieni i błota. Tak wyglądał odpływ w Roscoff.  

Właściwie mogłam się tego pola muszli spodziewać, bo gdy godzinę wcześniej wysiadłam na dworcu i po raz pierwszy przechodziłam przez Roscoff, widziałam, że wielkimi muszlami wyłożone są podjazdy przy bramach, a na niektórych domach muszle były wtopione w granitowe mury. - O, to tutaj takie muszle mają - pomyślałam sobie wtedy.

W wielu bretońskich knajpach za popielniczki służą ...muszle.

Ja wróciłam do domu z dwoma kilogrami muszli. I wciąż nie mogę się nadziwić różnorodności ich kształtów, powierzchni i barw. Wiem, że na tych muszlach morze opisuje  jakieś swoją historie, ale ja, jak kto głuchy, nie umiem ich usłyszeć.    

 

Poniżej plaża w Saint Malo podczas odpływu

Plaża w Saint Malo - odpływ

 

Plaża w Saint Malo - odpływ

Na zdjęciu powyżej - te kupki to piasek skręcony w miesterne supełki

Poniżej - rysunki na piasku po odpływie

Rysunki na piasku pod odpływie, plaża w Saint Malo

Poniżej - Saint Malo, stare miasto

Saint-Malo, widok na stare miasto

Poniżej: w Bretanii na wielu parkingach przy plaży, są znaki ostrzegające kierowców przed przypływem, bo woda często zalewa parkingi, zdjęcie z Saint Malo

Saint Malo, ostrzeżenie przed przypływem

Poniżej, mury obronne w Saint Malo, i tutaj w czasie wysokiego przypływu wdziera się woda 

Saint Malo, mury obronne, ostrzeżenie przed przypływem

Poniżej: widok na dawne więzienie, Fort National

Saint Malo, widok na dawne więzienie Fort National

Poniżej, muszle w Roscoff, podczas odpływu

Roscoff, odpływ, pole muszli

Poniżej: Roscoff, odpływ, widok na pomost z którego płyną łódki na wyspę Batz

Roscoff, odpływ, widok na pomost z którego płyną łódki na Wyspe Batz

sobota, 05 czerwca 2010

Dobre książki o Bretanii

Kalosze, kurtka przeciwdeszczowa  i parasol - pakuję się właśnie na wyjazd do Bretanii i to najważniejsze rzeczy, które powinnam zabrać ze sobą.

Bo tam przede wszystkim pada. To, że np. niebo o 15 jest bezchmurne, nie znaczy, że pięć minut później nie lunie. Może rozpadać się na chwilę, a może na cały dzień. To właśnie jest bretońska pogoda.

Ale za to, jak przestaje padać, i zza ciężkich chmur wychodzi słońce to jest tak pięknie, że … właśnie dlatego jadę tam drugi raz. Dla tego światła, kolorów chmur, nieba i przedziwnie jasnego powietrza.

Kaloszy nie mam, parasola nie chce mi się dźwigać. Musi mi wystarczyć kurtka. Zabieram też książki:

a) Ewy Waliszewskiej, Kolory Bretanii

b) Artura Domosławskiego, Kapuściński, Non fiction

c) Andrzeja Bobkowskiego, Z dziennika podróży

d) który kryminał wezmę, pewnie zdecyduję w ostatniej chwili

 

To przez Ewę Waliszewską zmieniłam w ostatniej chwili plany wyjazdu. Miałam pojechać tylko do Saint Malo - tam trochę pooglądać (Mont Saint Michel - patrz książka Axela Munthe; Dinard…), ale głównie spacerować, oglądać wodorosty podczas odpływu i czytać.

Ale kiedy w „Kolorach Bretanii” poczytałam o Roscoff -  rybackim porcie, prawie na krańcu cypla, gdzie w XVII wieku zaczęto uprawiać czerwoną cebulę, żeby marynarze mieli witaminę C, a także o tym, że z Roscoff  w piętnaście minut można dopłynąć na wyspę Batz - zwaną wielkim ogrodem warzywnym, na której jest najpiękniejszy ogród w Bretanii…, no to w ostatniej chwili zmieniłam plany.

Jadę do Saint Malo i Roscoff, a książki będę czytała w pociągach.

Sporo będę pisała tu o Waliszewskiej - nie z powodu Bretanii, ale z powodu przewodników. Do szewskiej pasji doprowadzają mnie gówniane przewodniki sieciowych wydawnictw, których pełno na rynku (broni się tylko Lonely Planet, książki Bezdroży i wydawnictwa Rewasz - ta dwa ostatnie to chyba nie sieć).

Nie cierpię zamieszczonych w nich lakonicznych, sztampowych i drętwych opisów miejsc, tego braku ducha, zawsze mam wielkie wątpliwości, czy autor widział to o czym pisze…

Nietypowe przewodniki Waliszewskiej, która napisała lub przygotowała już kilka książek o Bretanii są inne. Ona - w odróżnieniu od wielu innych autorów przewodników pisze nie po to by zaczernić strony, tylko z szacunkiem dla miejsc i dla czytelnika - daje mu na tyle pełen i wnikliwy obraz, że ten może sobie wybrać, gdzie chce jechać.

To Ewa Waliszewska, która pracuje w poznańskim Domu Bretanii (www.dombretanii.org.pl) oraz Kazimierz Brakoniecki z olsztyńskiego Centrum Polsko-Francuskiego (redaktor świetnej antologii literackiej "Bretania w poezji i prozie") robią w Polsce najwięcej, by przybliżyć nam Bretanię. Książki, przez nich napisane lub wydane warto czytać. Inne niech się kurzą w księgarniach.

szezlong w willi rodziny Wertheimstein, Wiedeń

 

Moim ulubionym miejscem do czytania jest własne łóżko. A ciekawe jak by się czytało na szezlongu?

Na zdjęciu (u góry) szezlong z wiedeńskiej willi rodziny Wertheimsteinów, która w XIX wieku była salonem literackim w dzielnicy Dobling. Willę otacza wielki park, który kiedyś był prywatnym ogrodem (zdjęcia poniżej). Dziś w wilii mieści się też muzeum dzielnicy Dobling.

Park obok willi rodziny Wertheimstein, Wiedeń

Park obok willi rodziny Wertheimstein, Wiedeń

Wiedeń to miasto do spacerowania. To samo się narzucało, kiedy rano patrzyłam na Wiedeń z okien kolejki naziemnej jadąc z dworca Zachodniego do XIX dzielnicy. Mijałam regularne rzędy równych, nie wyższych niż trzypiętrowe, kamienic… Między nimi dość wąskie ulice, wszędzie bardzo dużo drzew. W słońcu błyszczał Dunaj. Było spokojnie, jak w wielkim parku w sobotni poranek, gdy wszyscy jeszcze śpią.

O Warszawie, w której mieszkam, nigdy, przenigdy!, tak nie pomyślałam. Jest tu dużo parków i zieleni, to prawda, ale przytłaczają je wszechobecny chaos i zgiełk. W Warszawie się biega, spieszy, dyszy, zerka na zegarek - nie ja już nawet nie patrzę, bo przecież od tego czasu mi nie przybędzie.

Niewątpliwie Wiedeńczycy też się spieszą - ja przecież oglądałam ich miasto tylko w sobotę i niedzielę, kiedy wszystko spowalnia, więc niewiele wiem.

Ale ta pierwsza myśl - miasto do spacerowania, już ze mną została. I choć wiele dużych europejskich miast, ciekawi mnie i podoba mi się bardziej, to żadne z nich nie ujęło mnie tak swoim spokojem i architektonicznym ładem jak właśnie Wiedeń.

Oczywiście bardzo daleka jestem od uniesień autora któregoś z głupich przewodników, który napisał, że  wiedeńskie ulice wyglądają tak, jakby miały zaraz wyjść na nie damy w długich sukniach i cienkich rękawiczkach na dłoniach.

No bez przesady, ja jakoś nie spodziewałam się żadnej damy, gdy oglądałam wybudowany w latach 30. XX wieku dom dla robotników, w którym jest około tysiąca mieszkań. Niewysoki budynek, trochę jak nowoczesna kamienica, a może blok, ciągnął się przez kilka ulic i świetnie współgrał z współczesnym, luksusowym osiedlem po drugiej stronie ulicy. To robiło wrażenie.  

Nie miałam też żadnych skojarzeń z Mozartem, gdy zobaczyłam, że Wiedeńczycy (jak Berlińczycy) mają świetny zwyczaj - zabudowywania wolnej przestrzeni między przęsłami mostów i wiaduktów - np. są tam knajpy.

No więc żaden Mozart, żadne damy w długich rękawiczkach. To minęło i nie ma co się sentymentalnie karmić duchami przeszłości. Po prostu, Wiedeń to ładnie zaprojektowane miasto. Do spacerowania.

 Wiedeń Karl - Marx - Hof

Powyżej, budynek Karl-Marx-Hof w Heiligenstadt w Wiedniu. Wybudowany w latach. 30. XX wieku, gdy w mieście brakowało mieszkań. Ma ponad kilkometr długości, mieści się w nim ponad 1300 mieszkań, a także pralnie, przedszkole, biblioteka, gabinety lekarskie, itd. Mieszka ok. 5 tys. ludzi. Możliwe, że to najdłuższy budynek na świecie 

 

Wiedeń - dzielnica Dobling

Podoba mi się pomysł na zabudowywanie przestrzeni między przęsłami mostów, czy wiaduktów. Tutaj pewnie jest jakieś mieszkanie albo magazyn, gdzie indziej widziałam knajpki.

Wiedeń - widok z katedry św. Stefana

Powyżej - widok z dzwonnicy katedry św. Stefana

Wiedeń - widok z katedry św. Stefana

Powyżej - widok z katedry św. Stefana. I ... wywoływanie duchów przeszłości czyli dorożki dla naiwnych turystów. Tymczasem ciekawa przeszłość jest obok - w katedrze, czy parę ulic dalej w świetnym pałacu Hofburg albo w muzeach. 

Dorożki to turystyczny kicz, tak samo jak faceci w strojach z epoki w Mozarta, którzy przy wejściu do katedry wciskają ludziom ulotki o koncertach Straussa, Mozarta, czy Bethovena. Jeden z nich, ciemnoskóry, był wyjątkowo natrętny, gdy nie chciałam wziąć ulotki.  W końcu zdesprowany krzyknął za mną "Where are you from?" Takie same okrzyki słyszałam co rusz, gdy spacerowałam wśród małych straganów w Stambule, w Alanyi, czy Side na południu Turcji.

Wiedeń - cukiernia nieopodal Hofburga

Powyżej i poniżej cukiernia nieopodal Hofburga. Całymi dniami mogłabym siedzieć w wiedeńskich cukierniach i próbować Sachery, Anna torte, cistka pistacjowe, migdałowe, wiśniowe...

Wiedeń - cukiernia nieopodal Hofburga

wtorek, 01 czerwca 2010

Miałam napisać o tym, że udało mi się kupić świetny, w miarę tani bilet na podróż z Warszawy do Wiednia - kuszetka za 39 euro w jedną stronę i tyle samo za powrót.

Cieszyłam się z tego. Brakuje mi i czasu i pieniędzy, a taki bilet na nocny pociąg to dobry patent na niedrogie zwiedzanie Europy w weekendy (wyjazd w piątek wieczorem, powrót w poniedziałek rano, całe dwa dni na oglądanie)

Tak się tym nakręciłam, że już planowałam, iż następnym razem pojadę tak na weekend do Salzburga (z Wiednia to tylko dwie godziny, a z Warszawy do Wiednia raptem - 9), a w kolejne weekendy do Słowenii, Hamburga...

I o tym wszystkim właśnie chciałam napisać, ale nie zdążyłam, bo wyjechałam do Wiednia.

Ledwo w Warszawie wsiadłam do przedziału, zajrzał konduktor i powiedział do mnie i drugiej pasażerki, że kiedy pociąg będzie przejeżdżać przez Czechy, musimy koniecznie zamknąć drzwi od wewnątrz i pochować wszystkie cenne rzeczy.

W drodze powrotnej to samo. Jeszcze w Wiedniu konduktor przestrzegł nas przed podróżą przez Czechy. Kiedy pytałam go, co może się zdarzyć, powiedział „różnie bywa”. A na pytanie czy te zamki w drzwiach chronią, oględnie odparł „zawsze to jakieś zabezpieczenie”.

No i tak.

Gdyby to było zabawne, napisałabym teraz o Rumcajsie - pyzatym rozbójniku z powieści Vaclava Ctvrtka. Rumcajs grasował w okolicach Jicina, a to nieopodal trasy przejazdu pociągu… I później dodałabym, że wszystko wiąże się z literaturą.

Ale nie jest mi do śmiechu.

Od dziecka wiem, że w pociągach nie powinno się spać i trzeba trzymać bagaże przy sobie. Tak się u nas podróżuje odkąd pamiętam.

Jednak gdy konduktor każe mi się dobrze zamknąć w przedziale na czas przejazdu przez Czechy - podczas gdy pociąg jedzie przez trzy kraje, w tym także przez Polskę i Austrie - to już zupełnie inna sprawa.

Dlatego chciałabym wiedzieć o co chodzi.

Czy konduktorzy ostrzegali mnie przed drobnymi złodziejami, którzy w Czechach podprowadzają nieostrożnym pasażerom portfele? Wtedy zamknęłabym przedział, schowała dobrze komórkę i portfel i pewnie bym zasnęła.

Czy może ostrzegali przed bandziorami ze zorganizowanej szajki, którzy potrafią cicho otworzyć zamek w drzwiach do przedziału, uśpić gazem pasażerów i okraść ich do majek?

Czy konduktorzy ostrzegali pasażerów sami z siebie, bo są porządnymi ludźmi?

Czy też dlatego, że taka jest polityka przewoźnika? Jeśli tak, to nie chcę wnikać w jej meandry, ale spytam:

1. Dlaczego przewoźnik utrzymuje połączenie, na którym pasażerowie nie czują się bezpiecznie? Dlaczego je promuje, chwali się nim?

2. Czemu już kasjerzy podczas sprzedaży biletów nie informują, że podczas przejazdu przez Czechy trzeba będzie szczególnie uważać?

To naiwne pytania? Być może to, że chcę podróżować bezpiecznie jest naiwne. Ale to, że przewoźnik jasno nie informuje mnie co mnie czeka w podróży, choć bierze za to pieniądze, nie jest w porządku. Nie jest przyzwoite.