Zakładki:
piątek, 30 lipca 2010

Dom Karen Blixen, Rungsted, Dania

Od dawna chciałam pojechać do duńskiego domu Karen Blixen, autorki Pożegnania z Afryką.

Udało się kilka tygodni temu. Dom stoi w małym miasteczku Rungsted, przy pięknej nadmorskiej drodze, łączącej Helsingor z Kopenhagą. Jego wnętrze jest zachowane mniej więcej tak, jak w czasach, gdy mieszkała w nim Blixen.

Ciekawie było zobaczyć jej pokój pracy, czy jadalnię... Wrażenie robiła troska z jaką dbają o te wnętrza pracownicy muzeum - np. codziennie układają bukiety świeżych kwiatów, dlatego, że przed laty tak robiła Karen Blixen.

Ale jednak  zdziwiło mnie, że oglądam to wszystko na chłodno. Z ciekawością, ale bez emocji.  

Autentycznie poruszyła mnie dopiero biblioteka Karen Blixen. Bardzo się ucieszyłam. gdy zobaczyłam w niej sporo książek autorów, których sama lubię - Andersen, James M. Barry, Steinbeck, czy Carson McCullers...

Nie to było jednak najważniejsze. Gdy tak stałam w tej sporej bibliotece i przepatrywałam książki Blixen, nagle poczułam bliskość, której nie mogłam odczuć gdy patrzyłam na jej meble i wiernie zachowane wnętrza.

Miałam przed oczami książki, które ona wybierała, kupowała, czytała, kładła na poduszce, trzymała, wielokrotnie przewracała w nich kartki... I to mnie poruszyło. Nie miałam poczucia, że wchodzę jak intruz w jej prywatny świat, ale miałam wrażenie, że ona jest gdzieś bardzo blisko mnie.  Nic się nie wydarzyło, żadne tam duchy, po prostu bardzo silne, trudne do opisania, poczucie bliskości.

Ot i tyle.     

Na zdjęciu powyżej dom Blixen, poniżej zdjęcia z biblioteki

Fragment biblioteki Karen Blixen, Rungsted, Dania

Fragment biblioteki Karen Blixen, Rungsted, Dania

 

wtorek, 27 lipca 2010

Dlaczego tak lubię przewodnik Ewy Waliszewskiej „Kolory Bretanii”?

Po pierwsze Waliszewska jest dla mnie wiarygodna - zajmuje się Bretanią od lat (pracuje w poznańskim „Domu Bretanii”), to jej kolejna książka o tym regionie. Przełożyła i przygotowała do druku m.in. bretońskie baśnie i opowiadania bożonarodzeniowe, była współautorką innego przewodnika.

Po drugie - nie mam poczucia, że jak niektórzy autorzy przewodników, albo książek związanych z podróżami, ślizga się po powierzchni. Nie wstawia banałów typu: na przepastnych plażach znajdzie się miejsce dla miłośników plażowania, którzy wieczorem mogą z nich  podziwiać zachody słońca.

Pisze konkretnie - zaczyna od podstawowych informacji o Bretanii, ale jestem pewna, że musiała przez wiele źródeł się przekopać, by takie „podstawowe” informacje napisać. To nie jest szybka, depeszowa wiedza z byle encyklopedii, tylko rzetelne ale lekko napisane teksty o historii, języku, kuchni, muzyce czy religii Bretończyków.

Weźmy język - Waliszewska sięga do jego celtyckich korzeni, a kończy na czasach współczesnych, znajdując miejsce nawet na mapkę, która pokazuje zasięgi bretońskiego dziś i przed wiekami. Przy czym nie pisze akademickiego podręcznika, wciąż  konsekwentnie trzyma się formuły przewodnika.       

Później opowiada o miejscach wartych obejrzenia (a jest ich wiele na półwyspie bretońskim!) - zaczyna od północnego wschodu, dochodzi na zachód do Atlantyku i „wraca” dołem, opisując południową część Bretanii.

W tej niedużej książce są wykorzystane nawet marginesy - nie tylko na mapki, czy zdjęcia, ale na drobne z głębokiej szafy wydłubane informacje - np. o legendach, odpustach, świętych czczonych przez Bretończyków, korsarzach, czy pisarzach z Bretanii.

Nawet po zdjęciach widać, że autorka koniecznie chce pokazać czytelnikowi Bretanię z każdej strony - są na nich zabytki, granitowe domy (fasady i detale), wiadukty, mostki, bretońskie czepce i omszałe krzyże, a także lasy, skały na wybrzeżu i tak charakterystyczne dla Bretanii hortensje. I nie tylko!

Taka to książka. Jak dla mnie kanon przewodnika (z Lonely Planet wezmę chyba rozwód - ale o tym kiedy indziej).

Gdybym miała się czepiać, to napisałabym, że przydałoby się trochę osobistych opinii, ale nie będę się czepiała, bo nie ma po co. Tak jak jest, też jest dobrze, po prostu taka konwencja.

To książka, która całą stronę poświęca bretońskiej pogodzie! I nie tylko rozprawia się na niej ze stereotypem iż w Bretanii ciągle pada, nie tylko pisze o tym co w Bretanii bardzo ważne - czyli o kolorach nieba, ziemi, chmur. Ta książka tak docenia wagę bretońskiej pogody i kolorów, że o niej nie mówi już autorka z Poznania, tylko rodowity Bretończyk, pisarz Louis Guilloux, który jednocześnie bardzo przyjaźnie do Bretanii zaprasza.

A tak marginesie - mnie się wydaje, że w Bretanii naprawdę ciągle pada. Zdaje się, że ja wciąż jestem na etapie stereotypów turystki :-)    

Kończę już, bo dochodzi północ. A tę notkę młodym i starym autorom szybkich, płytkich  książek skrojonych w dwa miesiące życzliwie dedykuję. 

niedziela, 25 lipca 2010

Księgarnia w Helsingorze

Na zdjęciu witryna księgarni w duńskim Helsingorze. Promują tylko jedną książkę - jak się domyślam trzecią część serii Camilli Lackberg "Kamieniarza".

Podobny pomysł widziałam jeszcze tylko w Edynburgu - tam księgarnia koncentrowała się na Ianie Rankinie - głównie jego książki były na wystawie i na wyeksponowanych stojakach wewnątrz. 

 U nas księgarnie mają inne zwyczaje i nie decydują się na tak zdecydowaną promocję jednego, poczytnego autora na wystawie.

Dla mnie tak jest lepiej. Wolę różnorodność i lubię zatrzymywać się przy wystawach księgarń. Patrzę, co wydali znani mi autorzy, wypatruję nieznanych lub nowych, niektórzy mnie zaciekawiają, czegoś się dowiaduję ...

Potem zwykle kończy się tak samo - wchodzę, kupuję książki i powoli zamieniam dom w bibliotekę, przez którą nie jestem w stanie się przebić. Ale to inna historia.   

Wracając do witryn księgarń - wolę te, które gadają wieloma głosami niż jednym. Nawet jeśli to głos autora, którego lubię (tak jest w przypadku Lackberg czy Rankina). 

Jeśli książek w witrynie jest wiele, są ułożone z jakąś logika, to wtedy księgarnia snuje  swoją opowieść, jak zresztą każda ciekawa wystawa.

A jeśli księgarnia wykłada tylko jedną książkę, to wrzeszczy i wbija ludziom do głowy: bierzcie Lackberg, Lackberg! Lackberg!

I tym sposobem wchodzi do jednowymiarowego, spłaszczonego świata marketingu.  

Przypomina mi to targi z dzieciństwa, gdzie wśród licznych sprzedawców, zawsze znalazł się jeden który wrzeszczał: Buraki, buraaaaki, świeże buraczki, prosto z pola!!

Te targowe wrzaski miały jednak swój urok, którego wystawie z Lackberg brakuje.

Ktoś mi powie, że na tym właśnie polega promocja i, że inaczej się nie da i że się nie znam. 

A ja na to odpowiem, że wiem to wszystko. Ale jak sobie wyobrażę ulicę z rzędem sklepów z których każdy promuje na swojej witrynie tylko jedną rzecz - jeden odkurzacz, jeden młynek do kawy, jedną książkę, jeden bochenek chleba, ... to ziewam z nudów.

Chciałabym, żeby choć księgarnie tej jednowymiarowości reklamy się oparły. Dobrze, że na razie u nas tak jest.  

środa, 21 lipca 2010

Przyznam się, że Kopenhaga mi się nie spodobała. Albo inaczej - poruszyły mnie tam tylko kaczki i łabędzie w parkach. Raz, że było ich mnóstwo, dwa - nie bały się ludzi, trzy - wiele ptaków miało akurat małe w wieku "chodzę krok w krok za mamą". Obserwowanie tych niezdarnych gap, uczepionych matczynej spódnicy, było naprawdę bardzo interesujące. 

Swoją drogą ciekawe, czy da się sprawdzić, gdzie mieszkał Andersen, gdy  pisał "Brzydkie kaczątko" i czy duńskie łabędzie go inspirowały (mam taką fajną, grubą, rzetelną biografię autorstwa angielskiej dziennikarki, która specjalnie dla tej ksiązki nauczyła się duńskiego. Ale nie mam czasu uczciwie jej przeczytać...)   

A poza kaczkami i łabędziami co w Kopenhadze? Obejrzałam stary port, pochodziłam zatłoczonymi uliczkami starego miasta, zobaczyłam jak wygląda wesołe miasteczko Tivoli, szukałam pomnika syrenki (wstyd się przyznać: nie znalazłam!), odwiedzałam adresy Andersena, pozachwycałam się dworcem kolejowym i starymi kościołami... I po jednym dniu miałam dość.

Wszystko ciekawe, a nawet bardzo ciekawe - ale nie łączyło mi się w żadną fascynującą całość, która nie pozwalałaby mi usiedzieć na miejscu i zmuszała do biegania po mieście od świtu do nocy.  

Ducha Andersena nie poczułam, co tam ducha - nawet dalekiego wspomnienia po duchu nie było. Tylko zimny pomnik Andersena i nie budzący żadnych emocji dom z tabliczką "Tu mieszkał Andersen".

A przecież z tymi duchami pisarzy lub ich bohaterów nie miałam kłoptów w Ogrodach Kensigton w Londynie (J.M.Barry "Piotrus Pan) czy w Edynburgu (Ian Rankin, kryminały z Johnem Rebusem). Proszę się śmiać, bardzo proszę, ale ja naprawdę z nimi zwiedzałam te miasta.

A w Kopenhadze - zero emocji, zero wzruszeń.

- Nie z tego nie będzie - pomyślałam po pierwszym dniu. 

Między mną a Kopenhagą nie zaiskrzyło. Tak to bywa.

Dlatego najszybciej jak mogłam, zwinęłam sie stamtąd do Rungsted, oglądać dom Karen Blixen i do Helsingoru gdzie jest "zamek Hamleta".    

niedziela, 18 lipca 2010

Cytat z Camillerego ze "Złodzieja kanapek". Uwaga o służbiście, dyrektorze poczty w Vigacie:

"Autentyczny kretyn, jakich mało nawet w czasach gdy kretyni robią za mędrców"

 

22:44, kminek1
Link Dodaj komentarz »
piątek, 16 lipca 2010

Obierałam wczoraj czerwone porzeczki do galaretki na zimę. Lubię robić konfitury, powidła, czy galaretki, bo … w głębi ducha jestem ze wsi.

Na tej mojej wsi był drewniany dom z ażurowym gankiem, była spiżarnia, a w dużej kuchni pod nogami plątały się koty.

Latem kisiło się kapustę w beczce, kroiło jabłka na dżem, zasypywało maliny cukrem i w słojach stawiało na nasłonecznionym oknie, by puściły sok.

Spędzałam tam każde lato w dzieciństwie.

Dziś ten dom już nie należy do mojej rodziny, nowy właściciel porąbał ganek i obmurował drewniane ściany. Ale ja rok w rok, w środku lata, zaczynam szykować się do zimy. Obojętnie gdzie mieszkam - przy Piotrkowskiej w Łodzi, czy w centrum, spoconej, zdyszanej Warszawy.

Tak mi zostało i niech tak będzie.   

A wracając do kuchni, obieranie porzeczek, to nudna robota. Dla rozrywki, starałam sobie przypomnieć książki czy historie, których bohaterki/bohaterowie smażyli dżemy czy gotowali kompoty na zimę.

Efekty były marne. Na pewno w „Smażonych zielonych pomidorach” Fannie Flagg, w którymś z opowiadań Anne Proulx, i prawdopodobnie u Jane Austen - tego nie pamiętam, ale w książce „Księga potraw Jane Austen” jest przepis na „marmeladę z moreli”. No i jeszcze przypomniała mi się prywatna wytwórnia konfitur, którą Mrożek z żoną Susaną mieli w Meksyku.

Mało. Na pewno było tego dużo więcej - plątały mi się po głowie, cienie innych kuchni, smaków, zapachów, ale nie chciały lepiej wypłynąć z pamięci.

Gdy wrzuciłam porzeczki do garnka, sięgnęłam po ściągę. Kiedyś „Wyborcza” wydała zeszyt „Dla moli książkowych” - zbiór kilkunastu przepisów na potrawy, które pojawiały się w książkach i do tego stosowne cytaty. Wygrzebałam go spod sterty papierów i zaczęłam szukać.

Niestety, tam z przetworów przywołali tylko „Smażone zielone pomidory”.

Ale ja przeglądając, zapomniałam o dżemach. Ku swojemu zdumieniu znalazłam tam ślad Bretanii - zdziwiło mnie to, bo w polskiej literaturze i prasie Bretania jest bardzo słabo opisana.  

A tu proszę - w zeszycie kulinarnym był przepis na bretońskie naleśniki czyli crepes. Crepes jedli bohaterowie książki Haliny Auderskiej „Miecz syreny”. W życiu bym nie pomyślała, że Auderska pisała kiedyś o Bretanii... Skąd jej to wzięło? Dlaczego wstawiła Bretanię do swojej książki? Sprawdzę to później...

Bo najbardziej podoba mi się, że moja wieś z dzieciństwa spotkała się z Bretanią. Z Bretanią do której od jakiegoś czasu nie wiedzieć czemu mnie ciągnie. A gdy tam jestem natrętnie przypomina mi się Kornica.

Nie prosiłam o to, nie szukałam specjalnie, sprawdzałam tylko kto pisał o  galaretkach  i powidłach. 

środa, 14 lipca 2010

W upalny weekend, tylko leżałam i czytałam.

Zaczęłam od „Cierpliwości pająka” kryminału Camillerego.

Jak skończyłam, to wcale nie chciało mi się opuszczać Vigaty (fikcyjne miasteczko na Sycylii) w której mieszka główny bohater, komisarz Montalbano. Ja chyba czytam książki także zmysłami i ... w Vigacie wydawało mi się chłodniej niż w Warszawie.

Montalbano przed swoim domem ma morze, a skoro jest woda, to jest i chłodny wiatr. Dlatego wolałam Vigatę od dusznej, zakurzonej Warszawy i po skończeniu "Cierpliwości..." sięgnęłam po „Wycieczkę do Tindari”,  kolejną książkę Camillerego.

W pierwszej z książek Montalbano szuka zaginionej studentki, w drugiej - zabójcy  młodego chłopaka i dwójki starych ludzi, którzy którejś niedzieli zniknęli ze swojego mieszkania. Obie książki czytało się świetnie. Intryga, bohaterowie, miejsce - wszystko jest OK.

Ale do „klubu miłośników Camillerego” zapisałam się dopiero po przeczytaniu:

1. kąśliwych uwag o telewizji

2. tego, że dla Montalbano strach ma … swoje kolory

3. a przede wszystkim tego, że Montalbano odpowiedzi na swoje pytania … znajduje w przyrodzie. Np. w splotach pajęczyny, czy też w starej poszarpanej przez wiatr, deszcz i wiek sekwoi.

Do Montalbano będę tutaj wracała jeszcze wielokrotnie, a teraz dodam, że w weekend przeczytałam jeszcze jeden kryminał - „Ostatnie tchnienie” Denis Miny.

I o ile Montalbano wprawił mnie w doskonały humor, o tyle Mina mi ten humor zwarzyła.

Nie kupuję tak wulgarnego świata, jaki ona przedstawia. Nie przekonują mnie informacje z obwoluty, że Mina jest wschodzącą gwiazdą nurtu tartan noir. Gwiżdżę na to jak się ten nurt nazywa, dla mnie może nie nazywać się wcale, to nie jest ważne.

Chodzi o to, że nawet od fikcji oczekuję świata bardziej niejednorodnego, wieloodcieniowego niż taki, jaki maluje Mina.

A jeśli autor decyduje się tę liczbę odcieni zmniejszyć - to powinien mieć powód. Nie jestem przekonana, że u Miny ta niemal jednobarwność, wulgarność opisywanego świata się broni. Ja nie rozumiem, czemu ona  służy.

U Camillerego świat i ludzie mają mnóstwo odcieni, lepsze i gorsze strony (białe, bielsze, szare, bardziej szare, prawie czarne...). Jest mafia, są szefowie idioci, prostacy, zabójcy, karierowicze i kretyni. Ale są też fajni ludzie z przywarami, czy niemal półgłówek Catarella, informatyczny geniusz, którego nie sposób nie kochać. 

Jest przyroda, proste smaczne jedzenie i ludzie (katolicy), którzy potrafią nienawidzić, ale także i kochać - z taką samą siłą.

Jest Montalbano, który wciąż ma zły humor, równo ruga swoich pracowników, ale jednocześnie oddałby za nich głowę.

U Camillerego jest nadzieja dla tego bandyckiego świata.

U Miny je się z puszki, albo z talerza breję z rozgotowanego makaronu i tankuje od rana. W domu bohaterki jest chlew, a ona ma „tłuste dupsko” - tak o sobie myśli (pogratulować) i tak mówią o niej…

Niemal każdy z bohaterów - poza mały chłopcem (wzruszające) - jest odpychający. Główna bohaterka widzi ohydę w której się porusza, ale jednocześnie dość umiejętnie w niej lawiruje … No słowo daję, w tej książce nawet nie ma kogo polubić.

Ręce opadają, nawet mi się gadać o tym nie chce. Może jak mi złość przejdzie, to czegoś dobrego się u Miny doszukam. Na razie się zaperzyłam.

Specjalnie, to zapisuję, bo jak się uspokoję, to już będę obiektywna, zacznę rozważać za i przeciw, dywagować, bronić, no i w końcu nawet zarzuty mi się wyzerują, albo …. z tego co mi się nie podoba, uczynię siłę.

 O  już mi się zaczyna...

Bo może jak u Miny przebrnie się przez ten kożuch brzydoty, kąśliwości, wad, to i u wielu bohaterów da się znaleźć ciepłe, ludzkie uczucia ... Tylko komu się chce w tym kożuchu brodzić?

I ciekawe, czy gdy Mina na codzień spotyka jakiegokolwiek człowieka, to widzi najpierw fałdy na brzuchu, drugi podbródek, obwisłe piersi, grube łydki? A ten człowiek zwykle sztucznie się uśmiecha, albo drapie po tyłku.

Nie wiem, czy chcę znać odpowiedź na to pytanie.  

poniedziałek, 12 lipca 2010

 Broszura z Ystad/Skanii - adresy Kurta Wallandera

Serdeczne gratulacje dla urzędników z szwedzkiego Ystad i ze Skanii! Za prosty pomysł -  wykorzystania popularności kryminałów Henninga Mankella i ich bohatera komisarza Wallandera dla promocji miasta i regionu. I co ważniejsze - ku uciesze fanów Wallandera.  

Gdy wysiadłam na lotnisku Sturup, kilkadziesiąt kilometrów od Malme, podeszłam od razu do stojaka z bezpłatnymi mapami Malme i Skanii. A tam oprócz map i informatorów o regionie była też ... całkiem przyzwoita broszura o Wallanderze.

A w niej - nie tylko, ale to najważniejsze - były adresy miejsc w których mieszkał, pracował i bywał Wallander, zarówno w Ystad, jak i w Skanii. Do tego - mapki Ystad i Skanii z zaznaczonymi adresami.

Pamiętam, że jak byłam w Edynburgu i biegałam śladami bohaterów książek Iana Rankina - to sama wyszukiwałam adresy na stronie Rankina w kafejce internetowej (przy okazji, jest też książka Rankina o Edyburgu i miejscach związanych z inspektorem Rebusem, po polsku jeszcze niewydana).

Tymczasem w przypadku Wallandera pomysłowi urzędnicy podali taką wiedzę na tacy. Bardzo mi się to podoba.

Nie czepiam się, że chciałoby się mieć taką broszurę po angielsku, nie tylko  po szwedzku. Bo przecież  możliwe że i taka jest, tylko najszybciej znika ze stojaka na lotnisku Sturup. Ale tego nie wiem.

niedziela, 11 lipca 2010

 

Malme, dworzec kolejowy

Dworzec w Malme

 

Wnętrza dworców z czerwonej - i zielonej! - cegły, które widziałam w Malme, Kopenhadze i Helsingorze robią wrażenie. Bardzo mnie ciekawi nie tylko kiedy je zbudowano, ale kim byli ich architekci, co to za ludzie, skąd ta dbałość o szczegóły…

Co za rzemieślnicy robili takie żyrandole, no i wreszcie - jak powstały te nietypowe bladozielone cegły w na dworcu w Malme. Nie widziałam dotąd cegieł w takim kolorze i dlatego chciałabym wiedzieć o nich cokolwiek. A także czy słusznie podejrzewam Folke Zettervalla, projektanta wnętrza dworca w Malme o fantazję.

Niestety, przewodniki - zarówno te, które miałam ze sobą na wakacjach, jak i te, które specjalnie przepatrzyłam w piątek w gigantycznej księgarni Traffica na żadne z tych pytań nie odpowiadają. Widocznie dla autorów przewodników (tych, które sprawdziłam), te ładne wnętrza, możliwe że XIX-wieczne lub z początków XX wieku nie są ciekawe.   

I tego nie mogę zrozumieć. Mnie się zawsze wydawało, że napędem do pisania, opowiadania o czymś ludziom jest ciekawość czy też emocje wobec tego o czym się pisze (obojętnie jakie - może być fascynacja może być złość) i bez nich nie ma powodu brać pióra do ręki albo siadać przy komputerze.

Ale autorzy i redaktorzy wielu przewodników patrzą na to jakoś inaczej. I efekt często jest taki, że choć opowiadają o świetnych miejscach, to jakby książkę telefoniczną pisali.

PS. Znajdę informacje o tych dworcach - jeśli nic nie wydłubię z sieci (stąd jest nazwisko szwedzkiego projektanta), napiszę do informacji turystycznych w Malme, czy Kopenhadze. To najprostsze, a przecież nie jedyne sposoby.  

Malme, dworzec kolejowy

U góry - dworzec w Malme; Poniżej kolejno - dworzec w Kopenhadze i Helsingor (ostatnie zdjęcie)

Kopenhaga, dworzec kolejowy

Kopenhaga, dworzec kolejowy

Kopenhaga, dworzec kolejowy

Helsingor, dworzec kolejowy

czwartek, 08 lipca 2010

Malme, polecenia w hostelowym pokoju

W hostelu w Malme, gdzie nocleg kosztował ok. 50-60 euro rozbawiła mnie liczba nakazów i zakazów wywieszonych w pokoju (zdjęcie powyżej). Przebierz pościel, wytrzyj parapet, umyj podłogę, wyrzuć śmieci z kosza, złóż kołdrę w nogach łóżkach… Dobrze, że nie prosili żebym opuściła pokój na noc.

Może to dlatego, że to był hostel - a nie hotel - który nie zatrudnia sprzątaczek i dlatego cena pokoju jak na Szwecję była tania. Tyle że w o niebo droższej Kopenhadze płaciłam za noclegi tyle samo i nie było obowiązku odkurzania podłogi w pokoju.

Albo zakaz otwierania okna ze względów bezpieczeństwa (zdjęcie poniżej). Nie wiem zresztą po co, skoro okna i tak nie mogłam otworzyć. O co chodzi? Przecież pokój był na drugim piętrze, a nie na parterze, a poza tym Szwecja to bezpieczny kraj, więc nie było zagrożenia, że ktoś się włamie do surowego pokoju w którym były tylko dwa łóżka, stolik, wieszak oraz moja mała prawie pusta walizka z kilkoma ciuchami i szczotką do zębów.  

A może chodziło o to, że mogę się wychylić i wypaść z balkonu? I ten zakaz to był przejaw troski o gości? Przecież Szwecja, sądząc po książce Macieja Zaremby „Polski hydraulik”, to kraj, który trochę nadmiarowo dba o to co robią dorośli ludzie w swoim wolnym czasie.

Nie wiem, tak sobie gdybam. Hostel urządzony w ikeowskim stylu był zresztą bardzo fajny. A że ja trochę się spinam i brakuje mi oddechu jak natrafiam na nakazy i zakazy, to inna historia.

Malme, polecenia w hostelowym pokoju

 
1 , 2