Zakładki:
niedziela, 22 sierpnia 2010

Fragment z „Kształtu wody” Andrei Camillerego:

„Teraz będę się smytłać – pomyślał, kiedy tylko wrócił do domu. Lubił czasownik „smytłać się”, który oznaczał tyle, co „łazić bez celu po domu, zajmując się niepotrzebnymi rzeczami”. I tak właśnie zrobił. Ułożył książki, uporządkował rzeczy na biurku, wyprostował wiszący na ścianie rysunek, wyczyścił palniki kuchenki gazowej. Smytłał się. Nie był głodny, nie poszedł do restauracji i nawet nie zajrzał do lodówki, żeby zobaczyć, co przygotowała Adelina”.

 

To tłumacz, Jarosław Mikołajewski "zrobił" ten kawałek. Dobrze, że użył  słowa "smytłać się" zamiast zwyczajnego "obijać się" albo innego równie zużytego, bo wtedy fragment by się rozmazał.  

Przy okazji, komisarzowi Montalbano nierzadko zdarza się w domu poprawiać, przekrzywiony rysunek na ścianie. Nie z pedanterii, raczej odruchowo, trochę bezmyślnie. A mnie za każdym razem ta czynność rozbraja. Dlatego, że ja nawet nie zauważam, że u mnie obrazki wiszą krzywo, i dlatego, że sporo w niej bezcelowości, wdzięku i lekkości.  

niedziela, 15 sierpnia 2010

 Zepsuła mi się walizka na kółkach. Celowo piszę „zepsuła się”, choć oderwała się od niej tylko rączka, a reszta walizki jest w dobrym stanie.

Zepsuła się – bo co mi po walizce, której nie uda się podnieść? Nikt mi tej rączki przecież nie naprawi, bo niby kto i gdzie?

Potrzebny byłby lutowacz albo ślusarz, a w mojej okolicy nie ma takich punktów (tylko jeden szewc został, drugi chyba umarł, bo jego mały zakład ostatnio ciągle jest zamknięty). A ja nie mam czasu na szukanie lutowacza albo ślusarza.

Dlatego muszę wyrzucić dobrą walizkę, po kilkunastu wyjazdach i jednorazowych obciążeniach sięgających maksymalnie ok. 22 kilogramów.

Tak jak ja wyrzucam walizkę, wywalamy dobre komórki, gdy siądzie bateria, wywalamy dziurawe skarpetki, rajstopy, walkmeny, programy komputerowe, telewizory, tanie meble z Ikei, komputery… Tak będziemy wyrzucać buty, kiedy umrze ostatni szewc w naszym mieście (niewielu szewców ma uczniów).

Wszystko jest w miarę tanie, dlatego łatwiej kupić nowe, niż naprawiać.

I to jest właśnie kultura tektury w której żyjemy. Kultura tymczasowości.

Produkujemy szybko, tanio, dużo. Mnóstwo rzeczy, zwykle słabej jakości (walizka), na trochę, na chwilę … bo zaraz wejdzie nowe, modniejsze, lepsze.

A jak to się wiąże z obserwacjami Billa Brysona, autora książki „Ani tu, ani tam. Europa dla początkujących i średniozaawansowanych”? Cytowałam je w poprzedniej notce, teraz przypomnę - Bryson uważa, że poprzednie pokolenia pozostawiały po sobie piękne katedry, domy, kamienne mostki, my zostawiamy tylko hipermarkety, a w najlepszym razie budowle użyteczne.

Jaki to ma związek z moją walizką? No ma. Los walizki wyprodukowanej na trochę, na kilkanaście podróży to w mikroskali to samo co dzieje się w szerszym wymiarze, np. architekturze (choć nie tylko).

Kiedyś katedry i ważne budowle stawiano przez dziesiątki, albo i setki lat. Teraz -  w rok, albo dwa.

Budujemy szybko i bez zbędnych ceregieli.

I chyba także na trochę. No bo czy ktoś wierzy, że Złote Tarasy w Warszawie przetrwają sto lat? Po co? Potrzebne będzie co innego, to Złote Tarasy się zburzy i już.

To jest właśnie nasza cywilizacja tymczasowości. Czy "na chwilę", "na szybko" nie charakteryzuje też trochę obecnych relacji społecznych, związków między ludźmi? Albo choćby naszych codziennych aktywności?

Weźmy mnie samą, zachłannie wyjeżdżam gdzie mogę, ale potem nie znajduję czasu, by ten wyjazd przetrawić, by się obczytać po uszy, aby to co widziałam, było bardziej zrozumiałe i zostawiło we mnie mocniejszy ślad. Jeżdżę dużo, na krótko, na płytko. Jeden wyjazd nie przetrawiony, a już go przykrywa kolejny...

I czy to wszystko razem wzięte do kupy, nie jest odpowiedzią, dlaczego nikt już nie robi ceregieli z budowaniem pięknych katedr, kościołów?

W tym zdyszanym świecie, zajęci zarabianiem na te wszystkie rzeczy i aktywności (wyjazdy!), które są w zasięgu ręki, często nie mamy czasu na katedry. Ani na ich piękne budowanie, ani na chodzenie do nich. Zapominamy, że są ważne.  

Wszystko szybko i bez jakości. 

A tę notkę, składającą się z słusznych intuicji, ale powierzchowną i nie uporządkowaną -  pisałam 45 minut. Bo teraz pisze się szybko.

 

 

Czarny diament - biblioteka w Kopenhadze

Powyżej - przykład architektury współczesnej, budynek biblioteki w Kopenhadze, zwany Czarnym Diamentem. Ja nawet nie mogę powiedzieć, czy mi się podoba, czy nie. We mnie ten sterylny budynek nie wzbudza żadnych emocji. A Akropol w Atenach mnie poruszył, podobnie jak stare kościoły w Prowansji, czy katedra w Kolonii. Może więc w tym Czarnym Diamencie jest tylko doskonała forma, ale duch gdzieś się zagubił? Tak się tylko zastanawiam.   

 

wtorek, 10 sierpnia 2010

Amerykanin Bill Bryson pisze dobrze, lekko, bardzo  śmiesznie, ale … płytko.  Jego książka o Anglii „Zapiski z małej wyspy” pewnie dlatego wydaje mi się lepsza od książki o jego podróży po Europie („Ani tu, ani tam. Europa dla początkujących i średniozaawansowanych”), bo Bryson siłą rzeczy musiał skupić się na mniejszej powierzchni.  I pewnie tylko dzięki temu miałam złudne poczucie, że lepiej i głębiej opisuje jedno miejsce.

Ale jednocześnie ten powierzchowny, zabawny  Bryson ma czasem trafne spostrzeżenia. Gdy przejeżdżał przez (powinnam napisać - przebiegał przez) Danię i minął nudny krajobraz ze schludnymi wiatrakami, zauważył: - „Przez stulecia ludzkości bez problemu udawało się zdobić krajobraz konstrukcjami, które pasowały do otoczenia - małymi, sklepionymi mostkami, gospodarstwami rolnymi z kamienia, kościołami, wiatrakami, krętymi drogami - a teraz nie umie ona stworzyć niczego, co nie byłoby dla natury szpecącym ją dodatkiem. Dzisiejsze konstrukcje w najlepszym razie są proste i użyteczne, jak te pozbawione polotu, ale praktyczne wiatraki, które zostawały z tyłu, a w najgorszym - tandetne i prowizoryczne, jak te pełniące funkcje hipermarketów blaszane budy i hangary na obrzeżach każdego, średniej wielkości miasta. Kiedyś budowaliśmy cywilizacje, teraz budujemy centra handlowe”.   

I ja się z Brysonem zgadzam. Przypomina mi się też, jak kiedyś spierałam się ze znajomym - miłośnikiem nowinek technicznych i gadżetów. Twierdziłam wtedy, że teraz żyjemy w kulturze tektury i płyty pilśniowej - produkujemy tanio, dużo i na chwilę. Jak Bryson wzdychałam do katedr przodków, a także do solidnych stołów z prawdziwego drewna przy których mieści się cała rodzina i wielu innych rzeczy, które już nie wrócą.  

Tyle, że Bryson mógłby pomyśleć głębiej. Chciałabym, żeby napisał dlaczego jego zdaniem tak jest jak pisze, z czego to wynika, jak użyteczność lub prowizorka w architekturze ma się do współczesnych zachowań ludzi i zwyczajów, co ze współczesną architekturą - bo przecież jednak coś powstaje i nie zawsze szpetne…

No ale nie napisał. Ja może spróbuję - jak znajdę więcej czasu :-)

 

Dwa poniższe zdjęcia pokazują chyba, że Bryson ma rację, nasi przodkowie ciekawiej budowali. Na pierwszym zdjęciu XV i XVI wieczne domy w bretońskim Dinan, na drugim po prawej stronie - współczesne planetarium w Kopenhadze

Dinan 2010

Tyho Brahe Planetarium - Kopenhaga

A to poniższe zdjęcie z bretońskiego Dinan pokazuje, że Bryson niekoniecznie musi mieć rację. Można ładnie łączyć stare z nowym - bo ten śliczny most jest chyba jednak starszy od wiaduktu.

Bretania, Dinan, 2010

 

wtorek, 03 sierpnia 2010

Moja koleżanka M., która niedługo jedzie do Wiednia, spytała mnie dziś rano w pracy, czy nie mam jakiejś książki o Wiedniu.

Przypomniałam sobie, że z 15 lat temu czytałam którąś z książek Joanthana Carrolla i chyba jej bohater mieszkał w Wiedniu. Niewyraźnie po głowie kołatały mi się sceny jak wchodzi do kawiarni, zamawia kawę i sachertorte… Tytułu nie pamiętałam.

Obiecałam sprawdzić w domu (o Austro-Węgrzech pisał też chyba Andrzej Kuśniewicz, ale jego książek nie mam).

Później M. powiedziała, że coś jej nie gra z nazwami ulic wiedeńskich ulic - długie, z niczym się nie kojarzą, nie wiadomo jak je wymawiać.

A potem gadałyśmy o czymś innym.

Ledwo wróciłam do domu, sięgnęłam do biblioteki po książki Carolla. Miałam szczęście, pierwszą z brzegu było „Śpiąc w płomieniu” - właśnie o tej książce myślałam rano. Ponieważ sama kilka tygodni temu byłam w Wiedniu, zaczęłam z ciekawości przypominać sobie co Carroll o nim pisał.

I już pierwsze „wiedeńskie” zdanie mnie rozbawiło. Cytuję: „Jedną z pierwszych rzeczy, które mnie w Wiedniu zaskoczyły, było śmieszne brzmienie nazw ulic: Schulz-Strassnitzkigasse, Ottakringer Strasse (…). Trzeba było brać głęboki wdech, zanim zaczęło się coś takiego wymawiać; w przeciwnym wypadku mogło nie starczyć powietrza w połowie wypowiadania nazwy”.   

Taka heca! Przecież dokładnie to samo parę godzin wcześniej mówiła M.!

A kolejne zdanie z Carrolla ucieszyło mnie osobiście. Cytuję: „W tym mieście nie trzeba się niczego bać. Spacerowanie tutaj jest nadal wielką przyjemnością dla oka, w kawiarniach podaje się prawdziwą śmietanę”.

Toż ja, gdy wróciłam z Wiednia i dumałam przy pisaniu bloga, co jest najważniejszym wyznacznikiem Wiednia, pomyślałam - spacerowanie.

I o czym świadczy ta podwójna zbieżność obserwacji?

O niczym szczególnym.

Że np. właśnie w Wiedniu tak dokładnie jest - skoro to samo zauważają trzy różne osoby. Albo, że Caroll, M. i ja podobnie odbieramy miejsca. Albo też, że żadne z nas nie jest szczególnie wnikliwym obserwatorem - po prostu zauważamy rzeczy oczywiste.

I nie ma to większego znaczenia.

A może jedyne znaczenie ma, to delikatne, migotliwe spotkanie dwóch redaktorek i pisarza z Ameryki - przecież ten Wiedeń niespodziewanie nas w obserwacjach połączył. Nie znamy się, a patrzymy podobnie.

Ale żeby nikt nie pomyślał, że to duża i głęboka sprawa, to dodam, że my z M. Wiednia nie znamy, ja wszystkiego byłam tam trzy - cztery dni, a M. przejeżdżała, jak jechała na narty.