Zakładki:
piątek, 16 lipca 2010

Obierałam wczoraj czerwone porzeczki do galaretki na zimę. Lubię robić konfitury, powidła, czy galaretki, bo … w głębi ducha jestem ze wsi.

Na tej mojej wsi był drewniany dom z ażurowym gankiem, była spiżarnia, a w dużej kuchni pod nogami plątały się koty.

Latem kisiło się kapustę w beczce, kroiło jabłka na dżem, zasypywało maliny cukrem i w słojach stawiało na nasłonecznionym oknie, by puściły sok.

Spędzałam tam każde lato w dzieciństwie.

Dziś ten dom już nie należy do mojej rodziny, nowy właściciel porąbał ganek i obmurował drewniane ściany. Ale ja rok w rok, w środku lata, zaczynam szykować się do zimy. Obojętnie gdzie mieszkam - przy Piotrkowskiej w Łodzi, czy w centrum, spoconej, zdyszanej Warszawy.

Tak mi zostało i niech tak będzie.   

A wracając do kuchni, obieranie porzeczek, to nudna robota. Dla rozrywki, starałam sobie przypomnieć książki czy historie, których bohaterki/bohaterowie smażyli dżemy czy gotowali kompoty na zimę.

Efekty były marne. Na pewno w „Smażonych zielonych pomidorach” Fannie Flagg, w którymś z opowiadań Anne Proulx, i prawdopodobnie u Jane Austen - tego nie pamiętam, ale w książce „Księga potraw Jane Austen” jest przepis na „marmeladę z moreli”. No i jeszcze przypomniała mi się prywatna wytwórnia konfitur, którą Mrożek z żoną Susaną mieli w Meksyku.

Mało. Na pewno było tego dużo więcej - plątały mi się po głowie, cienie innych kuchni, smaków, zapachów, ale nie chciały lepiej wypłynąć z pamięci.

Gdy wrzuciłam porzeczki do garnka, sięgnęłam po ściągę. Kiedyś „Wyborcza” wydała zeszyt „Dla moli książkowych” - zbiór kilkunastu przepisów na potrawy, które pojawiały się w książkach i do tego stosowne cytaty. Wygrzebałam go spod sterty papierów i zaczęłam szukać.

Niestety, tam z przetworów przywołali tylko „Smażone zielone pomidory”.

Ale ja przeglądając, zapomniałam o dżemach. Ku swojemu zdumieniu znalazłam tam ślad Bretanii - zdziwiło mnie to, bo w polskiej literaturze i prasie Bretania jest bardzo słabo opisana.  

A tu proszę - w zeszycie kulinarnym był przepis na bretońskie naleśniki czyli crepes. Crepes jedli bohaterowie książki Haliny Auderskiej „Miecz syreny”. W życiu bym nie pomyślała, że Auderska pisała kiedyś o Bretanii... Skąd jej to wzięło? Dlaczego wstawiła Bretanię do swojej książki? Sprawdzę to później...

Bo najbardziej podoba mi się, że moja wieś z dzieciństwa spotkała się z Bretanią. Z Bretanią do której od jakiegoś czasu nie wiedzieć czemu mnie ciągnie. A gdy tam jestem natrętnie przypomina mi się Kornica.

Nie prosiłam o to, nie szukałam specjalnie, sprawdzałam tylko kto pisał o  galaretkach  i powidłach. 

środa, 14 lipca 2010

W upalny weekend, tylko leżałam i czytałam.

Zaczęłam od „Cierpliwości pająka” kryminału Camillerego.

Jak skończyłam, to wcale nie chciało mi się opuszczać Vigaty (fikcyjne miasteczko na Sycylii) w której mieszka główny bohater, komisarz Montalbano. Ja chyba czytam książki także zmysłami i ... w Vigacie wydawało mi się chłodniej niż w Warszawie.

Montalbano przed swoim domem ma morze, a skoro jest woda, to jest i chłodny wiatr. Dlatego wolałam Vigatę od dusznej, zakurzonej Warszawy i po skończeniu "Cierpliwości..." sięgnęłam po „Wycieczkę do Tindari”,  kolejną książkę Camillerego.

W pierwszej z książek Montalbano szuka zaginionej studentki, w drugiej - zabójcy  młodego chłopaka i dwójki starych ludzi, którzy którejś niedzieli zniknęli ze swojego mieszkania. Obie książki czytało się świetnie. Intryga, bohaterowie, miejsce - wszystko jest OK.

Ale do „klubu miłośników Camillerego” zapisałam się dopiero po przeczytaniu:

1. kąśliwych uwag o telewizji

2. tego, że dla Montalbano strach ma … swoje kolory

3. a przede wszystkim tego, że Montalbano odpowiedzi na swoje pytania … znajduje w przyrodzie. Np. w splotach pajęczyny, czy też w starej poszarpanej przez wiatr, deszcz i wiek sekwoi.

Do Montalbano będę tutaj wracała jeszcze wielokrotnie, a teraz dodam, że w weekend przeczytałam jeszcze jeden kryminał - „Ostatnie tchnienie” Denis Miny.

I o ile Montalbano wprawił mnie w doskonały humor, o tyle Mina mi ten humor zwarzyła.

Nie kupuję tak wulgarnego świata, jaki ona przedstawia. Nie przekonują mnie informacje z obwoluty, że Mina jest wschodzącą gwiazdą nurtu tartan noir. Gwiżdżę na to jak się ten nurt nazywa, dla mnie może nie nazywać się wcale, to nie jest ważne.

Chodzi o to, że nawet od fikcji oczekuję świata bardziej niejednorodnego, wieloodcieniowego niż taki, jaki maluje Mina.

A jeśli autor decyduje się tę liczbę odcieni zmniejszyć - to powinien mieć powód. Nie jestem przekonana, że u Miny ta niemal jednobarwność, wulgarność opisywanego świata się broni. Ja nie rozumiem, czemu ona  służy.

U Camillerego świat i ludzie mają mnóstwo odcieni, lepsze i gorsze strony (białe, bielsze, szare, bardziej szare, prawie czarne...). Jest mafia, są szefowie idioci, prostacy, zabójcy, karierowicze i kretyni. Ale są też fajni ludzie z przywarami, czy niemal półgłówek Catarella, informatyczny geniusz, którego nie sposób nie kochać. 

Jest przyroda, proste smaczne jedzenie i ludzie (katolicy), którzy potrafią nienawidzić, ale także i kochać - z taką samą siłą.

Jest Montalbano, który wciąż ma zły humor, równo ruga swoich pracowników, ale jednocześnie oddałby za nich głowę.

U Camillerego jest nadzieja dla tego bandyckiego świata.

U Miny je się z puszki, albo z talerza breję z rozgotowanego makaronu i tankuje od rana. W domu bohaterki jest chlew, a ona ma „tłuste dupsko” - tak o sobie myśli (pogratulować) i tak mówią o niej…

Niemal każdy z bohaterów - poza mały chłopcem (wzruszające) - jest odpychający. Główna bohaterka widzi ohydę w której się porusza, ale jednocześnie dość umiejętnie w niej lawiruje … No słowo daję, w tej książce nawet nie ma kogo polubić.

Ręce opadają, nawet mi się gadać o tym nie chce. Może jak mi złość przejdzie, to czegoś dobrego się u Miny doszukam. Na razie się zaperzyłam.

Specjalnie, to zapisuję, bo jak się uspokoję, to już będę obiektywna, zacznę rozważać za i przeciw, dywagować, bronić, no i w końcu nawet zarzuty mi się wyzerują, albo …. z tego co mi się nie podoba, uczynię siłę.

 O  już mi się zaczyna...

Bo może jak u Miny przebrnie się przez ten kożuch brzydoty, kąśliwości, wad, to i u wielu bohaterów da się znaleźć ciepłe, ludzkie uczucia ... Tylko komu się chce w tym kożuchu brodzić?

I ciekawe, czy gdy Mina na codzień spotyka jakiegokolwiek człowieka, to widzi najpierw fałdy na brzuchu, drugi podbródek, obwisłe piersi, grube łydki? A ten człowiek zwykle sztucznie się uśmiecha, albo drapie po tyłku.

Nie wiem, czy chcę znać odpowiedź na to pytanie.  

poniedziałek, 12 lipca 2010

 Broszura z Ystad/Skanii - adresy Kurta Wallandera

Serdeczne gratulacje dla urzędników z szwedzkiego Ystad i ze Skanii! Za prosty pomysł -  wykorzystania popularności kryminałów Henninga Mankella i ich bohatera komisarza Wallandera dla promocji miasta i regionu. I co ważniejsze - ku uciesze fanów Wallandera.  

Gdy wysiadłam na lotnisku Sturup, kilkadziesiąt kilometrów od Malme, podeszłam od razu do stojaka z bezpłatnymi mapami Malme i Skanii. A tam oprócz map i informatorów o regionie była też ... całkiem przyzwoita broszura o Wallanderze.

A w niej - nie tylko, ale to najważniejsze - były adresy miejsc w których mieszkał, pracował i bywał Wallander, zarówno w Ystad, jak i w Skanii. Do tego - mapki Ystad i Skanii z zaznaczonymi adresami.

Pamiętam, że jak byłam w Edynburgu i biegałam śladami bohaterów książek Iana Rankina - to sama wyszukiwałam adresy na stronie Rankina w kafejce internetowej (przy okazji, jest też książka Rankina o Edyburgu i miejscach związanych z inspektorem Rebusem, po polsku jeszcze niewydana).

Tymczasem w przypadku Wallandera pomysłowi urzędnicy podali taką wiedzę na tacy. Bardzo mi się to podoba.

Nie czepiam się, że chciałoby się mieć taką broszurę po angielsku, nie tylko  po szwedzku. Bo przecież  możliwe że i taka jest, tylko najszybciej znika ze stojaka na lotnisku Sturup. Ale tego nie wiem.

niedziela, 11 lipca 2010

 

Malme, dworzec kolejowy

Dworzec w Malme

 

Wnętrza dworców z czerwonej - i zielonej! - cegły, które widziałam w Malme, Kopenhadze i Helsingorze robią wrażenie. Bardzo mnie ciekawi nie tylko kiedy je zbudowano, ale kim byli ich architekci, co to za ludzie, skąd ta dbałość o szczegóły…

Co za rzemieślnicy robili takie żyrandole, no i wreszcie - jak powstały te nietypowe bladozielone cegły w na dworcu w Malme. Nie widziałam dotąd cegieł w takim kolorze i dlatego chciałabym wiedzieć o nich cokolwiek. A także czy słusznie podejrzewam Folke Zettervalla, projektanta wnętrza dworca w Malme o fantazję.

Niestety, przewodniki - zarówno te, które miałam ze sobą na wakacjach, jak i te, które specjalnie przepatrzyłam w piątek w gigantycznej księgarni Traffica na żadne z tych pytań nie odpowiadają. Widocznie dla autorów przewodników (tych, które sprawdziłam), te ładne wnętrza, możliwe że XIX-wieczne lub z początków XX wieku nie są ciekawe.   

I tego nie mogę zrozumieć. Mnie się zawsze wydawało, że napędem do pisania, opowiadania o czymś ludziom jest ciekawość czy też emocje wobec tego o czym się pisze (obojętnie jakie - może być fascynacja może być złość) i bez nich nie ma powodu brać pióra do ręki albo siadać przy komputerze.

Ale autorzy i redaktorzy wielu przewodników patrzą na to jakoś inaczej. I efekt często jest taki, że choć opowiadają o świetnych miejscach, to jakby książkę telefoniczną pisali.

PS. Znajdę informacje o tych dworcach - jeśli nic nie wydłubię z sieci (stąd jest nazwisko szwedzkiego projektanta), napiszę do informacji turystycznych w Malme, czy Kopenhadze. To najprostsze, a przecież nie jedyne sposoby.  

Malme, dworzec kolejowy

U góry - dworzec w Malme; Poniżej kolejno - dworzec w Kopenhadze i Helsingor (ostatnie zdjęcie)

Kopenhaga, dworzec kolejowy

Kopenhaga, dworzec kolejowy

Kopenhaga, dworzec kolejowy

Helsingor, dworzec kolejowy

czwartek, 08 lipca 2010

Malme, polecenia w hostelowym pokoju

W hostelu w Malme, gdzie nocleg kosztował ok. 50-60 euro rozbawiła mnie liczba nakazów i zakazów wywieszonych w pokoju (zdjęcie powyżej). Przebierz pościel, wytrzyj parapet, umyj podłogę, wyrzuć śmieci z kosza, złóż kołdrę w nogach łóżkach… Dobrze, że nie prosili żebym opuściła pokój na noc.

Może to dlatego, że to był hostel - a nie hotel - który nie zatrudnia sprzątaczek i dlatego cena pokoju jak na Szwecję była tania. Tyle że w o niebo droższej Kopenhadze płaciłam za noclegi tyle samo i nie było obowiązku odkurzania podłogi w pokoju.

Albo zakaz otwierania okna ze względów bezpieczeństwa (zdjęcie poniżej). Nie wiem zresztą po co, skoro okna i tak nie mogłam otworzyć. O co chodzi? Przecież pokój był na drugim piętrze, a nie na parterze, a poza tym Szwecja to bezpieczny kraj, więc nie było zagrożenia, że ktoś się włamie do surowego pokoju w którym były tylko dwa łóżka, stolik, wieszak oraz moja mała prawie pusta walizka z kilkoma ciuchami i szczotką do zębów.  

A może chodziło o to, że mogę się wychylić i wypaść z balkonu? I ten zakaz to był przejaw troski o gości? Przecież Szwecja, sądząc po książce Macieja Zaremby „Polski hydraulik”, to kraj, który trochę nadmiarowo dba o to co robią dorośli ludzie w swoim wolnym czasie.

Nie wiem, tak sobie gdybam. Hostel urządzony w ikeowskim stylu był zresztą bardzo fajny. A że ja trochę się spinam i brakuje mi oddechu jak natrafiam na nakazy i zakazy, to inna historia.

Malme, polecenia w hostelowym pokoju

wtorek, 06 lipca 2010

Przed dworcem kolejowym w Malme

Przed dworcem kolejowym w Malme

 

Byłam przez kilka dni w Szwecji i w Danii. I dopiero dziś udaje mi znaleźć czas, by o tym napisać.

Najpierw Szwecja. To, że podobało mi się Malme wynikać może z przekory. Przed wyjazdem znajoma spytała mnie, po co tam jadę - skoro to nie jest, ani ciekawe, ani ładne miasto. No i już wtedy było pewne, że … mnie się spodoba.

A na poważnie. Do Szwecji pojechałam z powodu światła, a do Malme  dlatego, że chciałam przejechać się po świetnym - najdłuższym w Europie - blisko ośmiokilometrowym moście nad cieśniną Sund, który łączy Szwecję z Danią.  Pociąg, który z 15 minut jedzie po tym moście, wyjeżdża właśnie z Malme.

A jeśli chodzi o światło, to wcale nie żartuję - zimą w Goteborgu, tak zachwyciło mnie światło, że nie mogę oprzeć się temu, by mu się wnikliwie przyglądać - w różnych regionach Szwecji i o różnych porach roku. Polecam zresztą filmy o komisarzu Walanderze* - na nich doskonale widać, że to światło, nawet z bliskiej nam Północy  jest zupełnie inne niż w środkowej Europie. Jest chłodne, jaśniejsze, mnie się wydaje, że bardziej przejrzyste i tą przejrzystością aż ostre.    

Takie było zimą w Goteborgu, i takie latem w Malme.

I gdy tak sobie chodziłam po Malme, pomyślałam, że czasem nużą mnie historyczne i turystyczne hity. Zamiast na nie, wolę popatrzeć jak, gdzie indziej żyją ludzie, co mają w sklepach, albo wyszukać coś o czym nie piszą w przewodnikach.

W Malme z bólem serca odmówiłam sobie świetnego szklanego dzbanka z filtrem do zaparzania kawy (wystrój wnętrz, artykuły domowe to bardzo mocna strona Szwedów) i spodobało mi się, że w środku tygodnia pod wieczór knajpy są pełne ludzi w średnim wieku i starszych. Młodzi imprezują w tańszych ogródkach i … o matko, ile tam jest bardzo grubych dziewczyn, które nie mają żadnych oporów przed włożeniem mini spódniczki mini i przebiciem się kolczykami we wszystkich możliwych miejscach.

Wynalazłam też piękny kościół z zupełnie niezwykłą fasadą o falistych kształtach - muszę koniecznie, czegoś więcej się o nim dowiedzieć. A także spodobały mi się liczne domy wielomieszkaniowe z czerwonej cegły i rozbawił mnie hostel w którym mieszkałam - wnętrze wyglądało jak żywcem przeniesione z katalogów Ikei.

Potwierdziłam też opowieść kuzynki z Goteborga o lampach w oknach. Gdy byłam u niej zimą zdziwiło mnie, że w niemal każdym oknie na osiedlu domków jednorodzinnych są lampy. Aśka mówiła, że to tradycja z dawnych czasów - kiedyś gdy domy w Szwecji stały w dużej odległości od siebie, na pustkowiach, lampy po zmroku oświetlały wędrowcom drogę.

Nie wiem ile w tym prawdy, ale faktem jest, że także w Malme w bardzo wielu oknach w kamienicach stoją  lampy. I o tym też chciałabym poczytać i wiedzieć więcej.     

Także nie żałuję, że na krótko odwiedziłam Malme. Nawet taksówkarz, który możliwe że mnie orżnął zaraz po przylocie, tego nie zmieni - wziął ode mnie ok. 300 koron (150 zł) za przejechanie 1,5 kilometra. To chyba dużo, nawet jak na Skandynawię?  

No ale trudno, stało się. I tak jak będę miała  czas i pieniądze , to znowu tam pojadę, np. w któryś weekend przed Bożym Narodzeniem, żeby zobaczyć jak przystrajają miasto.

 Malme, lampy w oknach

Zdjęcie powyżej: w oknach wielu szwedzkich mieszkań stoją lampy

Kościół w Malme

Malme

 

* Akcja książek i filmów o Walanderz toczy się głównie w Skanii, na południu Szwecji

poniedziałek, 05 lipca 2010

Lubię wchodzić w świat, który wymyśla Szwedka Camilla Lackberg. Trochę zazdroszczę głównej bohaterce Erice, że może siedzieć w domu, pisać książki i udaje jej się z tego utrzymać. Tak jak ona chciałabym mieć werandę na której, gdy pada, można rozsiąść się z filiżanką kawy i książką do czytania.

Ale widoku z werandy na archipelag jej nie zazdroszczę, bo u siebie w domu mam całkiem dobry - dużo drzew, sporo nieba, teraz widzę jak nisko latają jaskółki (czyli będzie burza), a w oddali samolot schodzi do lądowania na Okęciu. 

W ogóle trochę się wygłupiam, bo niczego nie zazdroszczę trzydziestopięcioletniej Erice Falck, ale lubię czytać o niej, o jej narzeczonym policjancie Patryku, a także o Fjallbace - nadmorskiej miejscowości położonej na północ od Goteborga - opustoszałej i wyludnionej zimą, beznadziejnie zatłoczonej  latem - oraz o jej mieszkańcach.

Oczywiście intryga u Lackberg jest porządnie skrojona  - to zwykle stare i zakurzone historie rodzinne, które dość okrutnie przypominają o sobie współcześnie. Ale ja wolę w jej książkach koloryt Fjallbacki oraz bohaterów. A raczej to jak traktuje ich sama autorka.

Nie mówię o parze outsiderka Erika i jej zupełnie zwyczajny narzeczony Patryk, bo tych ewidentnie faworyzuje i ich nie sposób nie lubić. Mówię o innych bohaterach jej książek - świetnie się czyta jak Lackberg z każdą stroną coraz bardziej wgryza się w motywy ich działań i jak odsłania ich głębiej schowane oblicza.

Robi to tak sugestywnie, że daję się oszukać i choć to wszystko zmyślenie, łapię się na tym, że bardzo chciałabym wiedzieć, co spowodowało, że np. stary policjant Gosta - w głębi ducha przyzwoity facet, jest tak zgorzkniały i leniwy albo co musi się stać, by Anna, siostra Eriki, uzależniona od tłukącego ją męża, wreszcie uwierzyła w siebie. 

I pomyśleć, że byłam uprzedzona do książek Lackberg - nie podobały mi się tytuły, pomysł na kilkutomową kryminalną sagę pachniał mi kiczem. A teraz proszę, muszę koniecznie przeczytać kolejne tomy.  

I nie ukrywam, chciałabym wpaść do Eriki i Patryka na kawę na werandzie. Naprawdę się nie da? 

czwartek, 01 lipca 2010

Nie mam tak, że muszę przeczytać wszystko, co napisał Murakami. Chyba nie zaliczyłabym go do pisarzy, którzy są dla mnie szczególnie ważni. A jednak czasem sięgam po jego książki i nigdy nie mam poczucia - jak w przypadku wielu innych autorów - że czytając, traciłam czas.

Bardzo mi pasuje jego prosty styl i to, że tak zwyczajnie opowiada swoje historie. I że ważniejsze dla niego jest - co mówi, niż - jak mówi.

W „O czym mówię, kiedy mówię o bieganiu” pisze o sobie, ale to nie jest, wbrew zapowiedziom wydawcy, pamiętnik.

To opowieść o bieganiu i pisaniu. Przy czym jedno z drugim jest silnie związane. Bo Murakami - jak sam pisze - biega po to, by mieć taką kondycję, która pozwoli mu pisać.  

Bardzo mi się to spodobało - nie znam innych autorów, którzy tak otwarcie wiązaliby tworzenie z wysiłkiem fizycznym**. Nie chodzi o to, że od siedzenia godzinami przy komputerze boli tyłek albo wysiada kręgosłup, chodzi o wytrwałość i konsekwencję.

Murakami przytacza ciekawy zwyczaj Raymonda Chandlera - nawet gdy nic nie pisał, ani nie wymyślał fabuły, w określonym czasie siadał przy biurku i się koncentrował. Chodziło mu o to samo, o co Murakamiemu podczas uporczywego biegania - o wytrzymałość i wzmocnienie woli.  

Ups! I teraz złapałam to, dlaczego pasuje mi Murakami. Opowiada on swoją historię pisarza-biegacza, któremu udało się złapać właściwy rytm, krok, który prowadzi go do celu - a to gwarantuje pewien spokój mimo potknięć po drodze. I właśnie ten rytm-spokój Murakamiego przenika to, co pisze. Jest czytelny w treści i tym jego trzeźwym stylu. Zamiast „trzeźwym” lepszym określeniem byłoby chłodnym jak wiatr w letni dzień.

A że ja w środku, dość rozdygotana jestem, dlatego czasem lubię ochłodzić się jego książkami, czy też pooddychać jego spokojem.

No ale nie o sobie piszę, tylko o Murakamim. Jeszcze jedno jest ważne - on przyznaje, że nie ma naturalnego talentu, a jego pisanie, to ciężka harówka i wykopywanie kilofem fabuły.

W przypadku bardzo popularnego pisarza, to może brzmieć jak fałszywa skromność. Ale ja tam mu wierzę. Może nie tyle słowa, ale maratony, które przebiegł, mnie przekonały. A może jedno i drugie.

 **  Także w pisaniu Kazimierza Brakonieckiego swoją niemałą rolę odegrał rower (już nawet jest w olsztyńskim muzeum), ale to jednak zupełnie inna historia niż z Murakamim.       

 

środa, 30 czerwca 2010

Obiecałam sobie, że nie będę czytała już więcej książek o tym jak ktoś kupił dom w Bretanii, Francji, Włoszech itd. To jednak rzadko jest dobra literatura.

Ale słowa nie dotrzymałam i przeczytałam  „Greckie pomidory czyli nowy dom na końcu drogi” - książkę Joanny Nicklasson-Młynarskiej i Mikaela Backmana o ich domu na greckiej wyspie Lesbos (po grecku Lesvos). I nie żałuję.

Ciekawe było z niej np. dowiedzieć się, że są jeszcze w Unii Europejskiej miejsca gdzie ludzie w średnim wieku idą co wieczór do swoich starych rodziców i mówią im dobranoc.  Czy też, co i jak jedzą Grecy, albo z czego żyją w takiej małej wiosce jak Sigri i jak obchodzą religijne święta - poważnie w cerkwi, hucznie za stołem (nie stroniąc od ouzo czy metaxy i głęboko gdzieś mając modę na niepalenie). Na mnie wrażenie zrobiło, że świętują gromadnie - całą wioską, nie tak jak my w swoich domach, w najlepszym wypadku rodzinnie, ale z sąsiadami już nie.

Co innego jednak spowodowało, że zapałałam do autorów gorącą sympatią - a mianowicie ich niechęć do masowej turystyki. Oto przykład: „Rabunkowa gospodarka międzynarodowych biur podróży na dziewiczej ziemi zamieniła wiele greckich wysp w turystyczne getta, gdzie lokalne zwyczaje i tradycje zostały wyparte na skutek presji krótkowzrocznej chęci zysku branży turystycznej”.

Autorzy nie odmawiają masowej turystyce prawa do istnienia, a ludziom prawa do taniego wypoczynku. Pytają np. jednak, dlaczego biura nie informują o tym jakie ich inwestycje mają wpływ na środowisko i podkreślają, że lepiej jest gdy mieszkańcy pracują w  swoich własnych biznesach niż zostają zatrudnieni jako bramkarze w kiczowatych dyskotekach dla turystów (co nie znaczy, że chcieliby zamienić różne atrakcyjne miejsca w skanseny).  

Tę ich niechęć do masowej turystyki gorliwie podzielam.

Oczywiście książka byłaby głębsza, gdyby autorzy nie ograniczyli się do przycinania masowej turystyce, ale wnikliwiej się jej przyjrzeli. Ja bym np. chciała wiedzieć dlaczego Grecy zgodzili się na taki syf w swoim kraju (patrz np. Chania na Krecie).

No ale to musiałaby być już inna książka. Oni mają swój dom w Sigri, którą Bogu dzięki - mam nadzieję, nie używam tu imienia bożego nadaremno - masowa turystyka na razie omija.  I napisali książkę do przeczytania w jeden niedzielny wieczór, która trochę chaotyczny, raczej przyjazny klimat tej wioski w lekki, niewymuszony sposób opisuje.

niedziela, 27 czerwca 2010

Gdy pierwszy raz weszłam na plażę w bretońskim Saint Malo zdziwiłam się, że nikt oprócz mnie nie zbiera muszli. Był akurat odpływ i na mokrym piasku mieniły się ich tysiące.

Leżały co pięć, dziesięć centymetrów. Muszle w kształcie dziesięciocentymetrowych patyków...  Muszle jak stożki albo spiralne ze ślimakiem w środku. Jednobarwne, nakrapiane czy w małe kreski, tworzące indiańskie wzory.

Jedne gładkie, inne o tak pomarszczonej powierzchni, że przypominała spódnicę w falbany z grubo tkanego materiału… 

A potem weszłam do morza. Tam dno było tak zasłane muszlami, że chodziłam nie po piachu, tylko po białym dywanie z muszli. Zrozumiałam dlaczego, mało kto się po nie schyla.

Gdy muszle już nie mieściły mi się w dużych kieszeniach spodni, zaczęłam wracać do wyjścia z plaży. Było cholernie daleko, bo morze właśnie się cofało. Nie umiem oceniać odległości na oko, dlatego zaczęłam mierzyć plażę stawiając duże kroki i licząc je. Kiedy doszłam do dwustu, miałam dość, a byłam może w połowie drogi.

Taka jest plaża w Saint-Malo w Bretanii, mieście w którym stoją pomniki dawnych korsarzy, żeglarzy i podróżników. Są na niej jedne z największych przypływów i odpływów na świecie. Podczas odpływu morze cofa się o kilkaset metrów, podczas przypływu zalewa potężne murowane wały ochronne.

Muszle są dosłownie wszędzie. W pobliżu wejścia na stare miasto plażę przegradzały w poprzek olbrzymie głazy - zdziwił mnie ich dziwny, jednolity, popielaty kolor. Gdy podeszłam bliżej, zobaczyłam, że całe pokryte są, niczym cienką skórą - warstwą maleńkich, dwu-trzy milimetrowych muszelek.

Kilkaset metrów dalej leżały wielkie kamienie całe obklejone setkami tysięcy małż. Jakby tego było mało - na ich muszlach były jeszcze mikroskopijne muszelki! Z kolei na grobli prowadzącej z plaży do starego fortu na wyspie, jedne muszle przykleiły się do płyt chodnikowych, a inne zaklinowały w szczelinach między nimi.

Ale morze wyczynia jeszcze inne cuda na tej niezwykłej plaży. Któregoś dnia, po odpływie, zobaczyłam, że na piachu jest mnóstwo małych kupek - gdy przyjrzałam się im bliżej zobaczyłam, że to piasek poskręcany w regularne supły, z całkiem sporą liczbą splotów.

To pewnie cofająca się woda skręca piasek w takie filigranowe figury. Ale jak? Dlaczego? Jakim cudem siła wody może wyrzeźbić tak misterne cacka? Chciałabym porozmawiać o tym z  jakimś oceanografem.

Może by też wytłumaczył, dlaczego jednego dnia, po odpływie, na piasku zostały odciśnięte rysunki drzew - na każdym był pień i gałęzie od których odchodziły coraz mniejsze gałązki.  Rysunki nie miały więcej niż trzydzieści centymetrów, ale były ich tysiące, regularnie rozmieszczone, jeden obok drugiego.

Jakby tego nie wystarczyło, po przypływie na plaży zostają też dziesiątki rodzajów glonów - od małych jak dłoń, po długie na dwa metry. Są glony różowe, seledynowe, żółte, brunatne, czarne. Gładkie jak papier i pomarszczone jak wstążki, te zielone przypominają sałatę…

Naprawdę, godzinami bez znudzenia, mogłam wpatrywać się w to co wyrzuca morze w Saint Malo.  Tam od świtu do świtu, bez przerwy, na piasku toczy się akcja doskonałego filmu przyrodniczego z zaskakującą akcją.

A potem pojechałam na zachód, w głąb Bretanii, do Roscoff. To małe miasto w otoczonym przez Atlantyk i wody Kanału La Manche departamencie Finistere. Jego nazwa pochodzi od łacińskiego finis terrae - koniec ziemi.

Tego dnia chmury na niebie miały kolor pomyj, od rana siąpiło i na szesnastowiecznej starówce Roscoff wśród popielatych domów z granitu było wyjątkowo ponuro.

Między dwoma budynkami wypatrzyłam wąskie przejście w kierunku morza. Przeszłam tamtędy i wyszłam na coś co w pierwszej chwili wydało mi się ogromnym, źle zaoranym polem. Jak okiem sięgnąć grudy błota, kamienie, kałuże… Czułam się jakby był, zimny, wyjątkowo nieprzyjazny marzec (a była połowa czerwca), albo  jakby znalazła się na planie filmowym „Chłopów” Reymonta, w czasie, gdy odgrywane są sceny na przednówku.

Przyjrzałam się bliżej tej breji w której stałam po kostki. A tam … były tysiące muszli - większych od mojej dłoni, ciężkich i masywnych. Płaskich, w kształcie wachlarza albo  wgłębionych jak półmiski. Niektóre były przyrośnięte do kamieni, po dwie, po trzy, po pięć i żadną siłą nie dawało się ich oderwać. Inne po po prostu leżały w wodzie, między grudami kamieni i błota. Tak wyglądał odpływ w Roscoff.  

Właściwie mogłam się tego pola muszli spodziewać, bo gdy godzinę wcześniej wysiadłam na dworcu i po raz pierwszy przechodziłam przez Roscoff, widziałam, że wielkimi muszlami wyłożone są podjazdy przy bramach, a na niektórych domach muszle były wtopione w granitowe mury. - O, to tutaj takie muszle mają - pomyślałam sobie wtedy.

W wielu bretońskich knajpach za popielniczki służą ...muszle.

Ja wróciłam do domu z dwoma kilogrami muszli. I wciąż nie mogę się nadziwić różnorodności ich kształtów, powierzchni i barw. Wiem, że na tych muszlach morze opisuje  jakieś swoją historie, ale ja, jak kto głuchy, nie umiem ich usłyszeć.    

 

Poniżej plaża w Saint Malo podczas odpływu

Plaża w Saint Malo - odpływ

 

Plaża w Saint Malo - odpływ

Na zdjęciu powyżej - te kupki to piasek skręcony w miesterne supełki

Poniżej - rysunki na piasku po odpływie

Rysunki na piasku pod odpływie, plaża w Saint Malo

Poniżej - Saint Malo, stare miasto

Saint-Malo, widok na stare miasto

Poniżej: w Bretanii na wielu parkingach przy plaży, są znaki ostrzegające kierowców przed przypływem, bo woda często zalewa parkingi, zdjęcie z Saint Malo

Saint Malo, ostrzeżenie przed przypływem

Poniżej, mury obronne w Saint Malo, i tutaj w czasie wysokiego przypływu wdziera się woda 

Saint Malo, mury obronne, ostrzeżenie przed przypływem

Poniżej: widok na dawne więzienie, Fort National

Saint Malo, widok na dawne więzienie Fort National

Poniżej, muszle w Roscoff, podczas odpływu

Roscoff, odpływ, pole muszli

Poniżej: Roscoff, odpływ, widok na pomost z którego płyną łódki na wyspę Batz

Roscoff, odpływ, widok na pomost z którego płyną łódki na Wyspe Batz

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 9