Zakładki:
sobota, 05 czerwca 2010

Dobre książki o Bretanii

Kalosze, kurtka przeciwdeszczowa  i parasol - pakuję się właśnie na wyjazd do Bretanii i to najważniejsze rzeczy, które powinnam zabrać ze sobą.

Bo tam przede wszystkim pada. To, że np. niebo o 15 jest bezchmurne, nie znaczy, że pięć minut później nie lunie. Może rozpadać się na chwilę, a może na cały dzień. To właśnie jest bretońska pogoda.

Ale za to, jak przestaje padać, i zza ciężkich chmur wychodzi słońce to jest tak pięknie, że … właśnie dlatego jadę tam drugi raz. Dla tego światła, kolorów chmur, nieba i przedziwnie jasnego powietrza.

Kaloszy nie mam, parasola nie chce mi się dźwigać. Musi mi wystarczyć kurtka. Zabieram też książki:

a) Ewy Waliszewskiej, Kolory Bretanii

b) Artura Domosławskiego, Kapuściński, Non fiction

c) Andrzeja Bobkowskiego, Z dziennika podróży

d) który kryminał wezmę, pewnie zdecyduję w ostatniej chwili

 

To przez Ewę Waliszewską zmieniłam w ostatniej chwili plany wyjazdu. Miałam pojechać tylko do Saint Malo - tam trochę pooglądać (Mont Saint Michel - patrz książka Axela Munthe; Dinard…), ale głównie spacerować, oglądać wodorosty podczas odpływu i czytać.

Ale kiedy w „Kolorach Bretanii” poczytałam o Roscoff -  rybackim porcie, prawie na krańcu cypla, gdzie w XVII wieku zaczęto uprawiać czerwoną cebulę, żeby marynarze mieli witaminę C, a także o tym, że z Roscoff  w piętnaście minut można dopłynąć na wyspę Batz - zwaną wielkim ogrodem warzywnym, na której jest najpiękniejszy ogród w Bretanii…, no to w ostatniej chwili zmieniłam plany.

Jadę do Saint Malo i Roscoff, a książki będę czytała w pociągach.

Sporo będę pisała tu o Waliszewskiej - nie z powodu Bretanii, ale z powodu przewodników. Do szewskiej pasji doprowadzają mnie gówniane przewodniki sieciowych wydawnictw, których pełno na rynku (broni się tylko Lonely Planet, książki Bezdroży i wydawnictwa Rewasz - ta dwa ostatnie to chyba nie sieć).

Nie cierpię zamieszczonych w nich lakonicznych, sztampowych i drętwych opisów miejsc, tego braku ducha, zawsze mam wielkie wątpliwości, czy autor widział to o czym pisze…

Nietypowe przewodniki Waliszewskiej, która napisała lub przygotowała już kilka książek o Bretanii są inne. Ona - w odróżnieniu od wielu innych autorów przewodników pisze nie po to by zaczernić strony, tylko z szacunkiem dla miejsc i dla czytelnika - daje mu na tyle pełen i wnikliwy obraz, że ten może sobie wybrać, gdzie chce jechać.

To Ewa Waliszewska, która pracuje w poznańskim Domu Bretanii (www.dombretanii.org.pl) oraz Kazimierz Brakoniecki z olsztyńskiego Centrum Polsko-Francuskiego (redaktor świetnej antologii literackiej "Bretania w poezji i prozie") robią w Polsce najwięcej, by przybliżyć nam Bretanię. Książki, przez nich napisane lub wydane warto czytać. Inne niech się kurzą w księgarniach.

szezlong w willi rodziny Wertheimstein, Wiedeń

 

Moim ulubionym miejscem do czytania jest własne łóżko. A ciekawe jak by się czytało na szezlongu?

Na zdjęciu (u góry) szezlong z wiedeńskiej willi rodziny Wertheimsteinów, która w XIX wieku była salonem literackim w dzielnicy Dobling. Willę otacza wielki park, który kiedyś był prywatnym ogrodem (zdjęcia poniżej). Dziś w wilii mieści się też muzeum dzielnicy Dobling.

Park obok willi rodziny Wertheimstein, Wiedeń

Park obok willi rodziny Wertheimstein, Wiedeń

Wiedeń to miasto do spacerowania. To samo się narzucało, kiedy rano patrzyłam na Wiedeń z okien kolejki naziemnej jadąc z dworca Zachodniego do XIX dzielnicy. Mijałam regularne rzędy równych, nie wyższych niż trzypiętrowe, kamienic… Między nimi dość wąskie ulice, wszędzie bardzo dużo drzew. W słońcu błyszczał Dunaj. Było spokojnie, jak w wielkim parku w sobotni poranek, gdy wszyscy jeszcze śpią.

O Warszawie, w której mieszkam, nigdy, przenigdy!, tak nie pomyślałam. Jest tu dużo parków i zieleni, to prawda, ale przytłaczają je wszechobecny chaos i zgiełk. W Warszawie się biega, spieszy, dyszy, zerka na zegarek - nie ja już nawet nie patrzę, bo przecież od tego czasu mi nie przybędzie.

Niewątpliwie Wiedeńczycy też się spieszą - ja przecież oglądałam ich miasto tylko w sobotę i niedzielę, kiedy wszystko spowalnia, więc niewiele wiem.

Ale ta pierwsza myśl - miasto do spacerowania, już ze mną została. I choć wiele dużych europejskich miast, ciekawi mnie i podoba mi się bardziej, to żadne z nich nie ujęło mnie tak swoim spokojem i architektonicznym ładem jak właśnie Wiedeń.

Oczywiście bardzo daleka jestem od uniesień autora któregoś z głupich przewodników, który napisał, że  wiedeńskie ulice wyglądają tak, jakby miały zaraz wyjść na nie damy w długich sukniach i cienkich rękawiczkach na dłoniach.

No bez przesady, ja jakoś nie spodziewałam się żadnej damy, gdy oglądałam wybudowany w latach 30. XX wieku dom dla robotników, w którym jest około tysiąca mieszkań. Niewysoki budynek, trochę jak nowoczesna kamienica, a może blok, ciągnął się przez kilka ulic i świetnie współgrał z współczesnym, luksusowym osiedlem po drugiej stronie ulicy. To robiło wrażenie.  

Nie miałam też żadnych skojarzeń z Mozartem, gdy zobaczyłam, że Wiedeńczycy (jak Berlińczycy) mają świetny zwyczaj - zabudowywania wolnej przestrzeni między przęsłami mostów i wiaduktów - np. są tam knajpy.

No więc żaden Mozart, żadne damy w długich rękawiczkach. To minęło i nie ma co się sentymentalnie karmić duchami przeszłości. Po prostu, Wiedeń to ładnie zaprojektowane miasto. Do spacerowania.

 Wiedeń Karl - Marx - Hof

Powyżej, budynek Karl-Marx-Hof w Heiligenstadt w Wiedniu. Wybudowany w latach. 30. XX wieku, gdy w mieście brakowało mieszkań. Ma ponad kilkometr długości, mieści się w nim ponad 1300 mieszkań, a także pralnie, przedszkole, biblioteka, gabinety lekarskie, itd. Mieszka ok. 5 tys. ludzi. Możliwe, że to najdłuższy budynek na świecie 

 

Wiedeń - dzielnica Dobling

Podoba mi się pomysł na zabudowywanie przestrzeni między przęsłami mostów, czy wiaduktów. Tutaj pewnie jest jakieś mieszkanie albo magazyn, gdzie indziej widziałam knajpki.

Wiedeń - widok z katedry św. Stefana

Powyżej - widok z dzwonnicy katedry św. Stefana

Wiedeń - widok z katedry św. Stefana

Powyżej - widok z katedry św. Stefana. I ... wywoływanie duchów przeszłości czyli dorożki dla naiwnych turystów. Tymczasem ciekawa przeszłość jest obok - w katedrze, czy parę ulic dalej w świetnym pałacu Hofburg albo w muzeach. 

Dorożki to turystyczny kicz, tak samo jak faceci w strojach z epoki w Mozarta, którzy przy wejściu do katedry wciskają ludziom ulotki o koncertach Straussa, Mozarta, czy Bethovena. Jeden z nich, ciemnoskóry, był wyjątkowo natrętny, gdy nie chciałam wziąć ulotki.  W końcu zdesprowany krzyknął za mną "Where are you from?" Takie same okrzyki słyszałam co rusz, gdy spacerowałam wśród małych straganów w Stambule, w Alanyi, czy Side na południu Turcji.

Wiedeń - cukiernia nieopodal Hofburga

Powyżej i poniżej cukiernia nieopodal Hofburga. Całymi dniami mogłabym siedzieć w wiedeńskich cukierniach i próbować Sachery, Anna torte, cistka pistacjowe, migdałowe, wiśniowe...

Wiedeń - cukiernia nieopodal Hofburga

wtorek, 01 czerwca 2010

Miałam napisać o tym, że udało mi się kupić świetny, w miarę tani bilet na podróż z Warszawy do Wiednia - kuszetka za 39 euro w jedną stronę i tyle samo za powrót.

Cieszyłam się z tego. Brakuje mi i czasu i pieniędzy, a taki bilet na nocny pociąg to dobry patent na niedrogie zwiedzanie Europy w weekendy (wyjazd w piątek wieczorem, powrót w poniedziałek rano, całe dwa dni na oglądanie)

Tak się tym nakręciłam, że już planowałam, iż następnym razem pojadę tak na weekend do Salzburga (z Wiednia to tylko dwie godziny, a z Warszawy do Wiednia raptem - 9), a w kolejne weekendy do Słowenii, Hamburga...

I o tym wszystkim właśnie chciałam napisać, ale nie zdążyłam, bo wyjechałam do Wiednia.

Ledwo w Warszawie wsiadłam do przedziału, zajrzał konduktor i powiedział do mnie i drugiej pasażerki, że kiedy pociąg będzie przejeżdżać przez Czechy, musimy koniecznie zamknąć drzwi od wewnątrz i pochować wszystkie cenne rzeczy.

W drodze powrotnej to samo. Jeszcze w Wiedniu konduktor przestrzegł nas przed podróżą przez Czechy. Kiedy pytałam go, co może się zdarzyć, powiedział „różnie bywa”. A na pytanie czy te zamki w drzwiach chronią, oględnie odparł „zawsze to jakieś zabezpieczenie”.

No i tak.

Gdyby to było zabawne, napisałabym teraz o Rumcajsie - pyzatym rozbójniku z powieści Vaclava Ctvrtka. Rumcajs grasował w okolicach Jicina, a to nieopodal trasy przejazdu pociągu… I później dodałabym, że wszystko wiąże się z literaturą.

Ale nie jest mi do śmiechu.

Od dziecka wiem, że w pociągach nie powinno się spać i trzeba trzymać bagaże przy sobie. Tak się u nas podróżuje odkąd pamiętam.

Jednak gdy konduktor każe mi się dobrze zamknąć w przedziale na czas przejazdu przez Czechy - podczas gdy pociąg jedzie przez trzy kraje, w tym także przez Polskę i Austrie - to już zupełnie inna sprawa.

Dlatego chciałabym wiedzieć o co chodzi.

Czy konduktorzy ostrzegali mnie przed drobnymi złodziejami, którzy w Czechach podprowadzają nieostrożnym pasażerom portfele? Wtedy zamknęłabym przedział, schowała dobrze komórkę i portfel i pewnie bym zasnęła.

Czy może ostrzegali przed bandziorami ze zorganizowanej szajki, którzy potrafią cicho otworzyć zamek w drzwiach do przedziału, uśpić gazem pasażerów i okraść ich do majek?

Czy konduktorzy ostrzegali pasażerów sami z siebie, bo są porządnymi ludźmi?

Czy też dlatego, że taka jest polityka przewoźnika? Jeśli tak, to nie chcę wnikać w jej meandry, ale spytam:

1. Dlaczego przewoźnik utrzymuje połączenie, na którym pasażerowie nie czują się bezpiecznie? Dlaczego je promuje, chwali się nim?

2. Czemu już kasjerzy podczas sprzedaży biletów nie informują, że podczas przejazdu przez Czechy trzeba będzie szczególnie uważać?

To naiwne pytania? Być może to, że chcę podróżować bezpiecznie jest naiwne. Ale to, że przewoźnik jasno nie informuje mnie co mnie czeka w podróży, choć bierze za to pieniądze, nie jest w porządku. Nie jest przyzwoite.     

piątek, 21 maja 2010

Finka Maria Kallio, jest inna od policjantek z książek Marininy, Rankina, czy Alicii Gimenez-Bartlett. Jej najwyraźniejszą cechą jest to, że jest zupełnie zwyczajna.  

Niska, krągła, ruda, ze sterczącymi włosami i plecakiem, ciągle wygląda jak nastolatka. Trudno uwierzyć, że jest policjantką.

W „Kobiecie ze śniegu” prowadzi śledztwo w sprawie śmierci Eliny Rosberg, właścicielki ośrodka terapeutycznego dla kobiet, do którego mężczyźni nie mają wstępu. Rosberg wyszła późnym wieczorem w Boże Narodzenie ze swojego dworku w którym było też pięć innych kobiet i parę dni później narciarz natknął się na leżące w śniegu jej zamarznięte ciało.

Dlaczego rozsądna Rosberg wybiegła z domu w kilkunastostopniowy mróz w cienkiej podomce i koszuli nocnej? Co robiły wtedy podopieczne ośrodka? Komu zależało na jej śmierci?  

Śledztwo i takie pytania wiążą kryminalny wątek książki. Ale nie on jest najistotniejszy.

Ja polubiłam piegowatą posterunkową Kallio. Za to, że jest taka zwykła i ciepła. Czasem się wścieka i pyskuje, ale jakoś mało groźnie. Nie bardzo wychodzą jej cięte riposty, nie ma tupetu i zaciekłości Petry Delicado, gliny z książek Hiszpanki Alicii Gimenez-Bartlett, ani genialnych talentów językowych i analitycznych Anastazji Kamienskiej z kryminałów Marininy.

Jej hobby to bieganie, narty i policyjna strzelnica. Sposób na stres - piwo lub szkocka. Chętnie mości się przy kominku z książką. I w odróżnieniu od Delicado, Kamienskiej, czy Siobhan Clarke (Rankin) ma całkiem dużo czasu na spotkania ze znajomymi.

Co więcej ma męża, normalny dom i zachodzi w ciążę.

Przyznam, że czasem wyobrażam sobie - zwłaszcza, gdy się z kimś ścinam, czyli często - że jestem ostra i szorstka jak Delicado. Przydałby mi się też mózg Kamienskiej. Ale jeśli chciałabym się z którąś z nich zakolegować to właśnie z Marią Kallio. Fajnie przecież mieć taką kumpelkę - ciepłą, przewidywalną, rozsądną i w miarę wyrozumiałą dla ludzkich słabości.

To z nią, jej oczami, poznajemy podopieczne terapeutycznego ośrodka Eliny Rosberg: zahukaną matkę dziewięciorga dzieci - żonę pastora ortodoksyjnego wyznania z północnej Finlandii, wulgarną i zagubioną tancerkę z nocnego klubu, czy porzuconą przez matkę neurotyczną dwudziestolatkę. Każda z nich ma swoją historię, swoje doświadczenia i razem z Kalio możemy się im porządnie przyjrzeć.  

Ale jak przy takim nagromadzeniu kobiet z problemami za które w dużej mierze odpowiadają mężczyźni, Lehtolainen udało się nie napisać jednowymiarowej książki w której faceci są tylko gnojkami?

To chyba dlatego, że Kallio jest bardzo trzeźwym i niezależnym obserwatorem, a mężczyźni w tej książce są tak samo różni jak kobiety. Też mają swoje historie, swoje paskudne i lepsze strony.

Mam nadzieję, że to ochroniło tę opowieść przed spłaszczeniem, choć możliwe, że więcej pełnokrwistych, sensownych mężczyzn, by jej nie zaszkodziło.

I ostatnia rzecz, zupełnie na marginesie - od jakiegoś czasu przyglądam się jak Skandynawowie opisują w swoich książkach przyrodę i pogodę. U Lehtolainen śnieg pachnie i skrzypi jak u nas ostatniej zimy, szorstkie płatki drapią policzki, a na mrozie para oddechu szroni włosy. W parkach gile dziobią jarzębinę, a między krzakami chowają się zające. Maria Kallio po pracy zakłada narty biegowe i biega po lesie (co najmniej 30 kilometrów tygodniowo). Też bym tak chciała.

sobota, 15 maja 2010

W lutym pisałam, że w ogrodzie mojej koleżanki, w południowo-zachodnich Niemczech u stóp Szwarcwaldu kwitną już krokusy.  Tam wegetacja zaczyna się wcześnie, ale trwa długo. Rośliny wiedzą, że mają mnóstwo czasu, by pożyć.

A im dalej na północ, tym czasu mniej, przyroda musi się błyskawicznie uwinąć, żeby  ze wszystkim zdążyć.   

Pisał o tym Mariusz Wilk, który mieszka na północy Rosji, pisała Bodil Malmsten, gdy wspominała dzieciństwo w środkowej Norrlandii w Szwecji.

Fragment z Malmsten (w „Cenie wody w Finistere”):

„Tam, gdzie dorastałam, ciepły letni dzień mógł pojawić się jak grom z jasnego nieba. (…)

Taka tam jest pogoda.

Nieprzewidywalna i rozszalała.

Okres wegetacji jest krótki. Krótki i szalenie intensywny.

Światło, kiedy nadchodzi, obejmuje w posiadanie wszystko. Oszołomiona roślinność wydobywa się z zimna, z marnej ziemi. Rośnie w ogromnym pośpiechu, czasu jest mało.

Tak wiele światła w krótkiej jasnej porze i tak wiele ciemności w długiej ciemnej.”

 

 

czwartek, 06 maja 2010

Sięgnęłam po tę książkę nieufnie, podejrzewając, że to czytadło dla panien. Ciekawiło mnie jednak jak widzą Szwecję jej mieszkańcy oraz ... prowadzę amatorskie badania nad poziomem wyczulenia na przyrodę u szwedzkich autorów :-). No i mimo uprzedzeń  zaczęłam czytać.

I zdziwiłam się. Nie miałam racji, że to książka dla panienek. Po pierwsze Fredriksson porządnie opisuje Szwecję od lat 70. XIX wieku do lat. 80 XX wieku - to jak żyli ludzie w położonym tuż przy granicy z Norwegią regionie Dalsland, jakim dialektem mówili, jak mieszkali i jak zarabiali na życie, czy jak rozwijało się miasto Goteborg...  

Ale to jest jedynie świetnie namalowane tło.

Bo to przede wszystkim historia o losach trzech kobiet - Hanny, jej córki Johanny i wnuczki Anny - która świetnie wychwytuje jakąś niewidzialną, a silną niczym najmocniejszy sznurek, więź między nimi. Nie chodzi tu o przyjaźń, czy partnerstwo, chodzi o więzi, bardziej, no nie wiem jak to powiedzieć, biologiczne może.   

Jakby te trzy kobiety były w istocie jedną kobietą, która z czasem dojrzewa, nabiera pewności siebie, staje się bardziej niezależna.

A może to wcale nie tak? Może najmłodsza Anna jest najbardziej zdecydowana i niezależna, bo ułatwiają jej to okoliczności? Łatwiej być samodzielną kobietą w wielkim mieście w latach 70 i 80. XX wieku niż było sto lat wcześniej w biednej wsi w Dalslandzie.  Może więc te kobiety, z pokolenia na pokolenie, wcale się nie zmieniały, tylko zmieniał się świat?

Z tą wątpliwością Fredriksson czytelnika zostawia.  

Mogłabym się czepić jej feminizmu  - w książce z każdym mężczyzn coś jest nie tak. Anna, Johanna i Hanna też mają wady, ale ich ułomności jakoś są uzasadnione, wpisują się w całość postaci, a męskie przywary nie znajdują żadnego usprawiedliwienia.

Ale to nie jest takie ważne. Pozostaję pod wrażeniem jak autorce udało się uchwycić relację trzech kobiet z jednej rodziny.   

poniedziałek, 12 kwietnia 2010
środa, 24 marca 2010

 1.

Przez kilka dni byłam w Goteborgu. Miasto mnie jakoś nie zainteresowało, ale zachwyciłam się przyrodą.

Ostrym, jasnym światłem, wszędzie rozwleczonym dywanem śniegu, grubym lodem na jeziorach (i morzu!), ulicami przy wielkich, ciemnoszarych skałach, oblepionych lodospadami (te wyglądały jak zamarznięte smarki)...  

A to wszystko było w chłodnych kolorach jak na kliszy fotograficznej Nikona.  

Już to co widziałam z samolotu, gdy o świcie leciałam z Warszawy, zapowiadało, że będzie ładnie. Gdy zniżaliśmy się do lądowania, widać było plamy czarnej ziemi, między nimi połyskiwały jeziora, leżał śnieg, a nad tym wszystkim dymiły się chmury (taki biało-czarny przyrodniczy film).

Potem okazało się, że nie mamy pozwolenia na lądowanie, bo nad Goteborgiem jest mgła. Bujaliśmy się więc w gęstym, pełnotłustym mleku.

Nagle samolot zaczął się zniżać. W tej bieli nie miałam pojęcia jak wysoko jesteśmy, gdy nagle zobaczyłam mnóstwo śniegu i samolot walnął w pas lotniska. Moim zdaniem, wylądowaliśmy w zaspie. Tak to wyglądało. 

A kuzynka, którą odwiedzałam, mieszka na ulicy - w bardzo swobodnym tłumaczeniu - Zamglonego Jeziora. Opowiadała mi, że rzeki w Szwecji różnie się określa - inaczej te na południu, inaczej te z północy, inaczej wartkie strumienie i inaczej te szerokie, które płyną powoli...  

Na jej osiedlu każda droga prowadzi do lasu i nad któreś z licznych jezior (jedno, ma np. kilkanaście kilometrów).  Każdy dom ma swój karmnik i wszyscy wywieszają żarcie dla ptaków. Kupuje się je w spożywczym. - Poproszę mleko, chleb i jedzenie dla sikorek - tak się chyba odbywają zakupy. 

2.

Po powrocie wyciągnęłam wszystkie książki Szwedów, jakie mam (zalety wielkiej biblioteki!). Mankella, Lindgren, Ullę Cari-Lindquist, Asę Larsson, Magaret Stromstedt (biografka Lindgren), Majgull Axelsson, Malmsten, Maj Sjowall i Petera Wahloo, Larsona, Lagerlof, Hamsuna...

Czytam jak oni piszą o przyrodzie. Trochę mi z tym zejdzie.

Goteborg-Lilleby

Zdjęcie powyżej - 13 lutego, nad zamarzniętym Morzem Północnym, w zatoce. Co prawda mamy o to spór rodzinny, w Polsce słyszę, że to jeszcze Bałtyk - mniej więcej między cieśninami Kategat i Skagerak. W Szwecji - że to już Morze Północne

Goteborg-Angered

Przedmieścia Goteborga. Te domki z bajki o Pippi Langstrumpf albo z Doliny Muminków wyglądają niepozornie i skromnie, ale w środku mają od stu metrów wzwyż, parter i piętro. Wieczorem w każdym z okiem zapalają się lampki nocne - to podobno pozstałość z czasów, gdy domy stały pojedynczo, w dużych odległościach od siebie i dookoła nich było pustkowie. Wtedy lampy w oknach oświetlały wędrowcom drogę.  

23:13, kminek1
Link Dodaj komentarz »
środa, 10 marca 2010

Szwajcarski Grindelwald to jedna główna ulica i parę mniejszych pół-, ćwierć-uliczek. W sklepikach tego niby centrum są najmodniejsze ciuchy narciarskie, porcelana Villeroya und Bocha, maszynki do racletta w każdym rozmiarze, najświetniejsze narty... A kilka metrów dalej od stodół zawiewa zapach gnoju.

Wpadłam w trans, ledwo wysiadłam z pociągu. Jeszcze nie zeszłam z peronu (a nie wiadomo, gdzie koniec peronu, gdzie już ulica...), a już niemal nosem zawadziłam o góry. Te pchają się na ulicę jakby chciały ją przygnieść, wydaje się, że włażą między domy, między samochody...

Grindelwald - widok z peronu 

Fajny jest widok z głównej ulicy Grindelwaldu - to jakby taras widokowy na słynny Eiger. W dużym uproszczeniu między Eigerem a tą ulicą-tarasem - rozciaga się wielka dolina, a w niej wioski. Widok na te niezliczone dachy w śniegu kojarzył mi się z pejzażami zimowymi Avercampa, holenderskiego malarza z XVI wieku (zwłaszcza z Pejzażem zimowym z łyżwiarzami). Trochę też z Breughlem i Boschem.

Już po powrocie przeczytałam u Mirona Białoszewskiego w "Chamowie" - jak się dziwił, skąd Ci malarze z czasów bez bloków, samolotów, mieli takie poczucie perspektywy, piętrowych odległości. No właśnie skąd?

u stó Eigeru

Nad zdjęciu - wioska u stóp Eigeru.

Avercamp do obejrzenia w wyszukiwarce Google.

   

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 9