Zakładki:
poniedziałek, 08 marca 2010

Między 20 a 27 lutego byłam u znajomych w Niemczech, tuż przy szwajcarskiej granicy, u stóp Szwarcwaldu. U nich w ogrodzie - wiosna. Co mogło rosło i rwało się do kwitnienia. A w górach, raptem kilkanaście kilometrów dalej - zima. Wszystko jak we śnie pogrążone, kołdra ze śniegu naciągnięta po uszy i ponad dachy.

Pojechałam do Szwajcarii, tam w Alpach Berneńskich - zima.

Wyżej na północy, za Alpami - wiosna 

Wróciłam do Polski - wiosna. Chodniki bez zasp, brzydkie.

Kilka dni później - znów zima.

Najlepsze, że we mnie ta zima też ciągle siedzi. Albo inaczej - jestem w rozkroku międzu zimą a wiosną.

A w takim zimowym humorze, nie mogę porządnie się nasycić wiosną. Ożywić się, wąchać, bo już pachnie mimo mrozu...

I zimy się chce i wiosny. I spać i czytać jednocześnie :-). Ale dziwnie.

Wracając do miasteczka nad Wizą, u stóp Szwarcwaldu. Tam wiosna przychodzi wcześniej, niż do nas, i w ogóle przyroda żyje trochę w innym rytmie - dłuższy jest okres wegetacji, a przez to spokojniejszy, bo rośliny mają więcej czasu na to by wyrosnąć. 

Poniżej zdjęcie z 27 lutego z ogrodu mojej koleżanki w Schopfeim:

I zaułek w wiosennym słońcu:

 

Mam nauczkę, że do Grindelwaldu zimą nie należy jechać na cztery dni tylko na dwa tygodnie. Poleciałam i pojechałam tam z nartami, łyżwami i aparatem. I … nie wiedziałam co mam robić - tyle tam rzeczy kusiło.  Jeździć na nartach? Na łyżwach? Robić zdjęcia? Czy po prostu łazić po wioskach u stóp Eigeru zasypanych po dachy śniegiem. Robiłam wszystko, wieczorem zasypiałam na siedząco. I wyjechałam z niedosytem.

Na sam Eiger (3970 m) można patrzeć się godzinami, zwłaszcza, że światło i kolory co chwila się zmieniają. A jeszcze do oglądania były piękne, proste drewniane domy z początku zeszłego wieku,  przyroda, lodowce…. Kusił wjazd na Jungfrau (najwyższa stacja kolejowa w Europie)...  

** Eiger, zwłaszcza próby zdobycia północnej ściany, był często opisywany i filmowany. Mnie ciągnie  „Biały pająk” Heinricha Harrera i  „Zew ciszy” (książka Joe Simpsona, autora „Dotknięcia pustki” – opisuje w niej swoją dramatyczną wyprawę na Siula Grande w Andach) oraz  filmy nakręcone po 2000 roku – ekranizacja "Zewu ciszy"  Simpsona i najnowszy „Nordwand” – nie wiem czy już miały polskie edycje.

widok ze stacji kolejowej

Grindelwald2

 

Swobodne wypisy z Wysokich Obcasów (5 luty 2010, tekst Małgorzaty Czyńskiej „Stan nieporządku”):

„Svenskt Tenn to więcej niż kultowy sklep z wyposażeniem wnętrz –  to rodzaj dobra narodowego, miejsce gdzie narodził się szwedzki styl”  

Oto co pisał, czołowy projektant Svenskt Ten, Josef Frank: „Dom nie powinien być tylko wydajną maszyną, powinien zapewniać wygodę i poczucie swojskości. Powinien dawać odpoczynek oczom i ożywiać zmysły. Dobra aranżacja wnętrz nie podporządkowywuje się purytańskim zasadom. Dom nie musi być jak wyjęty z żurnala, zaplanowany w najmniejszym szczególe; powinien być kolekcją przedmiotów z którymi ich właściciel dobrze się czuje i do których jest przywiązany”.

Chciałabym przeczytać wydaną w 1939 roku książkę właścicielki Svenskt Tenn, Estrid Ericson „Catechism of Interior Design” .

Ericson musiała być ciekawą osobą, sądząc po tym co pisze autorka tekstu w WO, Małgorzata Czyńska:  „Ze swoją naturą kolekcjonerki, szperaczki i podróżniczki Estrid Ericson obiema rękami podpisywała się pod lansowaną przez Franka zasadą „harmonii przeciwieństw” (…) W jej mieszkaniu w przeszklonych serwantkach królowały pamiątki przywożone z całego świata, które układała w kontrastowe kompozycje (z podobnym zapałem w każdy poniedziałek dekorowała sklepowe witryny, zadziwiając przechodniów dziwacznymi zestawieniami naturalnych roślin ze sztucznymi kwiatami, z minerałami i owadami z wosku)”.

Sklep mieści się w Sztokholmie, przy Strandvagen 5. Za kilka dni będę w Goteborgu, ale stamtąd do Sztokholmu 3 godziny pociagiem w jedną stronę, więc chyba tym razem nie uda mi się tam dotrzeć.

Internetowy adres Svenskt Tenn: www.svenskttenn.se

** Cytaty za WO, podkreślenia moje

wtorek, 16 lutego 2010

Bardzo ciekawy cytat w tekście Beaty Kęczkowskiej o ilustratorze Józefie Wilkoniu w jego 80. urodziny (Gazeta Wyborcza, 12 lutego). Kęczkowska pisze (i cytuje):

„Zapytany w jednym z wywiadów, jak powstaje ilustracja Wilkoń powiedział: „Bardzo prosto, jeśli się wie i umie parę rzeczy. Najpierw trzeba wiedzieć, jak wygląda to wszystko co chce się namalować: człowiek, ryba, ptak, liść czy zwierzę. Później wiedzieć, jak się porusza wszystko, co biega, pełza i lata. Niektórzy idą jednak dalej, potrafią nawet namalować porę dnia, księżyc, żeby świecił, ptaka, żeby śpiewał, potrafią nawet namalować sen, ciszę, a nawet zapach i smak owoców. Jeżeli się to wszystko umie, trzeba na koniec wiedzieć, co robić, żeby w książce rosło napięcie jak w teatrze, by wszystko było w swoim czasie i w dobrych proporcjach”.

Czyli z rysunkiem tak samo jak z tekstem. Trzeba bardzo dużo wiedzieć, jeśli się chce coś z sensem napisać. A potem już jest „bardzo prosto”. A jak się ma do tego pospieszny blog? To chyba coś jak szkicownik?

12:02, kminek1
Link Dodaj komentarz »
środa, 10 lutego 2010

Nie mogę się nacieszyć tą zimą. Kiedy mam chwilę czasu - a to rzadkie, bo ostatnio haruję - lecę na łyżwy. Jeżdżę na ślizgawce przy Pałacu Kultury i "wyjeżdżam z siebie"  znużenie wielogodzinnym dziobaniem w komputer.

Im zimniej, tym lepiej - ten chłód porządnie odświeża i stawia do pionu. Bywa śmiesznie - gdy mróz był kilkunastostopniowy, zamarzł mi katar na szaliku i miałam sople ze smarków. 

I jeszcze te ścieżki cierpliwości. Na chodnikach w Warszawie są ponadmetrowe zaspy, a między nimi cienkie ścieżki - drepczą nimi starzy ludzie (młodzi w samochodach). Powoli, bezpiecznie. Ja biegam, bo wciąż się spieszę, a na takiej ścieżce trzeba czekać. Więc albo wymijam zaspą, albo wpycham się "na drugiego" w wąską dróżkę, niecierpliwie burcząc "przepraszam" . Później się mityguję, bo przecież i ja kiedyś będę tak dreptać i to mnie będą poganiać.

 I jeszcze jedno o tej zimie, której nie mam czasu dokładnie się przyjrzeć, bo mnie praca wsysa. Do wczoraj myślałam, że mieszkam sama. Ale wyjrzałam na balkon, a tam na śniegu ... jakby tłum przeszedł. Cała masa ptasich łapek. Czyli sama nie jestem.

 

PS 1. Dobre opisy zimy są w książce "Lodowy pałac" norweskiego pisarza Tarjei Vesaasa (od dawna u nas nie wznawianego), no i u Kapuścińskiego w "Imperium"

 PS 2. Na zdjęciu zimowy balkon mojego sąsiada. Niestety, niedawno go odśnieżył i już jest porządny, nie taki ładny. A u mnie zaspy, pośniegowe błoto, zapakowane w folię skrzynki z cebulami tulipanów i ptasie ślady. Przyjemny bałagan.

poniedziałek, 31 sierpnia 2009

Znowu w piątek, sobotę i niedzielę w Blue City był  jarmark produktów regionalnych. Pojechałam tylko po miód i prawdziwy żytni chleb. A wróciłam z serem korycińskim (z ziołami wiosennymi i z pieprzem – dwa różne sery), z serem z Wiżajn z bazylią, z kiełbasami, Pirogiem Biłgorajskim, łososiem z grila.

Z nowych przysmaków wypatrzyłam: miód z mniszka (żółty jak jasne jajko), miód rzepakowy to nic nowego, ale ten który znalazłam jest śnieżno biały (nie kremowy jak inne).

Było też nowe stoisko z jedzeniem gruzińskim i bułgarskim. A na nim – lemoniada z estragonu, pasta gruzińska ze śliwek i papryki, konfitura z zielonych orzechów. I inne pyszności, ale powiedziałam pas (bo już nie miałam ręki na kolejną siatkę).

Choć gazowanych lemoniad nie tykam, ta gruzińska jest bardzo dobra, o intensywnym ziołowym smaku. Trochę jak lekarstwo. Pasta czeka na spróbowanie.

Ale to fajnie, że oprócz lokalnych producentów przyjeżdżają też ludzie z inną kuchnią. Można też było kupic francuskie sery i rillettes - coś w rodzaju pasztetu z mięsa.

 Następny jarmark w warszawskim Blue City - 16-18 października, a na RynkuNowego Miasta  25-26-27 września.

 

To tylko fragment tego co przytargałam z targu. Kolor miodu mniszkowego jest ciemniejszy niż w rzeczywistości. Ta zielona butla to gruzińska lemoniada 

zakupy z targu regionalnego jedzenia - tylko część

 

niedziela, 30 sierpnia 2009

Dziś o zwierzętach i męczącym sumienie wspomnieniu. 

Po rozgrzanym w upale parkingu w Ia na Santorynie kręciły się dwa małe psy, skundlony biały pudel i brzydal - trochę większy od ratlerka. Podbiegały do ludzi, łasiły się, odbiegały, potem znowu wracały. Wydawało się, że bardziej potrzebują ciepłego gestu, niż jedzenia - grecki kierowca usiłował dać wody pudlowi, ale ten nawet jej nie liznął.

Głaskałam łepek brzydala. Poddawał się tam cierpliwie. Gdy przestałam, podniósł głowę i spojrzał na mnie. Nikt w to nie uwierzy, ale wydało mi się, że płacze. A jego załzawione oko mówiło „Mówię Ci, co ja mam z tym życiem”. Potem odbiegł.

No i co? Nie zabrałam go ze sobą, mimo że był tak mały, że zmieściłby się do dużej kieszeni. Nie wzięłam go, bo przeszkody - przemycenie go na powrotny prom na Kretę, zrobienie badań i kupienie mu biletu na samolot, kupienie specjalnej klatki - wydały mi się nie do pokonania. Ale przecież nawet ich nie podjęłam, więc to spojrzenie „Jest ciężko, wiesz”, ze mną zostanie.

Tak jak wciąż pamiętam wielkie, przerażone oko osła, którego zobaczyłam w drewnianej szopce na placu Narutowicza w Warszawie. Była połowa grudnia. To chyba miała być taka rozrywka dla ludzi -  zwierzęta w zagrodach koło kościoła przed Bożym Narodzeniem. Weszłam tam z ciekawości, śmierdziało gnojem, zwierzęta miały mało miejsca, chciałam je pogłaskać, ale gdy zobaczyłam niemal oszalałe ze strachu spojrzenie osła - wielkie czarne, rozszerzone oko, natychmiast się wycofałam. Tyle mogłam zrobić, nie straszyć tego zwierzaka jeszcze bardziej.

Trudno tez nie pamiętać bezdomnych psów i kotów z Aten albo ze Stambułu i innych miast w Turcji. Bardzo wiele ich tam biega. Na Place, pięknej starej dzielnicy, małych domów i wąskich uliczek pod Akropolem kocurów i kociaków nikt nie zliczy, wielkie psy biegają w bandach. Kiedyś szłam wąską dróżką wśród małych białych  domków, swoją architekturą przypominających te z Cyklad i drogę zagrodziła mi gromadka z dziesięciu wielkich psów. Nie były agresywne, ale wolałam się powoli wycofać. Podobne watahy krążą po zadbanym parku w centrum miasta.

No i co? A nic. Robię zdjęcia, bo zwierzęta ładnie się fotografują w starych, wąskich uliczkach Aten, czy Chani. Ale też czuję się jakoś głupio. I nic z tym nie robię. Bo co mogłabym?      

 

Zdjęcie poniżej - kot z Aten przynajmniej nie był sam, razem z nim było parę innych kocurów

W Atenach

Zdjęcia poniżej - te koty kręciły się koło domu, więc może nie są bezdomne albo przymnajmniej ktoś o nie dba. Zdjęcie zrobione na uliczkach ponad dzielnicą Plaka tuż pod Akropolem. To takie dziwne miejsce - domy zupełnie inne od tych na Place, jakby kilka ulic przeniesiono żywcem z Cyklad - pobielone ściany, kolorowe dach, to tamtejsze, nie ateńskie klimaty.

Ateny, Plaka 2009

Ta sama gromada

Koty na Place, 2009

Zdjęcie poniżej - ten pies spał w ponad 30 stopniowym upale, tuż obok wejścia na Akropol

W Atenach, 2009

Poniżej, nadal Plaka, ten dom wyglądała jak opuszczony, ale może się mylę

Plaka, Ateny 2009

Poniżej - kot na jednej z uliczek Chani na Krecie. Cierpliwie pozwolił się fotografować. Stanął do zdjęcia, prezentując pysk w plamy, ale minę miał jakby mówił "Proszę fotografuj. Zrobisz zdjęcie i sobie pójdziesz"

Chania, 2009

poniedziałek, 24 sierpnia 2009

 

Hortensje w Finistere rosną na klombach, rondach, w przydomowych ogrodach, w lesie, pod murem kościoła i przy płocie... Musi im sprzyjać tamtejsza pogoda - jest ciepło i ciągle pada. Finistere to koncert hortensji na wiele barw. Błękitny, granatowy, różowy, bladoniebieski, czerwony...

  

Niżej - pod lasem za Locronan (dalej w lesie była cała polana tych kwiatów)  

Locronan

 

Niżej - nadal Locronan, przy kościele

 

 

Zdjęcie poniżej zrobiłam zza szyby autobusu, już nie pamiętam gdzie, w każdym razie na jednym z niezliczonych tamtejszych mini rond. One wszystkie są obsadzone kwiatami. Monika Handke, która mieszka w Bretanii, w swojej książce "Dom nad Aven" narzeka, że to niebezpieczne, bo zasłania widoczność kierowcom. A mnie się od razu przypominają urzędnicy z Mazur, którzy rżną hurtowo drzewa rosnące na poboczach tamtejszych dróg - właśnie w imię bezpieczeństwa kierowców.  Może jednak wystarczyłoby wolniej jeździć?

Benodet

 

 Poniżej hortensje w Quimper nad rzeką Odet na której wszystkie mosty obsadzone są kwiatami. Uszanowania dla ogrodników miejskich z Quimper

Quimper

czwartek, 20 sierpnia 2009

W niedzielę próbowałam robić różne zdjęcia w domu i na balkonie, a przy okazji poczytywałam różne książki o fotografii. No i cóż, najprzystępniejszy okazał się poradnik National Geographic dla … dzieci**.

Spodobał mi się fragment o świetle:

„W dzień pogodny bezpośrednie światło słoneczne bywa bardzo ostre (…). Tworzy głębokie cienie, w których mogą zginąć ważne szczegóły, lecz zarazem daje zdecydowane kolory. Jeśli w atmosferze jest dużo wilgoci, słońce nadal rzuca cienie, ale delikatniejsze, ponieważ światło, odbijając się od rozpylonej w powietrzu wody, rozprasza się (…)W dni pochmurne światło jest miękkie, rozproszone. Pada ze wszystkich stron naraz, toteż cieni może w ogóle nie być”. 

W Bretanii światło jest miękkie. Do opisania światła w Grecji używam słów własnego zachwytu. Przez blisko trzy lata, gdy mieszkałam w Olsztynie zastanawiałam się jakich słów użyć, by nazwać tamtejsze kolory i światło. Do dziś ich nie znalazłam. Szukam.  

 

** Neil Johnson, Szkoła Fotografowania National Geographic dla dzieci

Okolice Chani na Krecie 

Kreta, okolice Chanii, czerwiec 2009

 

Bretania - dom w Camaret

Od powrotu z Bretanii, ciągle się siebie pytam - co mi się tam tak spodobało, czy nie ulegam modzie albo opiniom autorów, których polubiłam?

Na razie wiem tyle:

Polubiłam przyrodę. Łagodny, zielony krajobraz, pola ze śmiesznymi walcami - snopkami zbóż, stadami sennych krów…, przypominający mi wieś na Kielecczyźnie, gdzie spędzałam wakacje  w dzieciństwie.

A druga odpowiedź przyszła dziś sama. Poszłam w Warszawie do Złotych Tarasów. Nic do nich nie mam, sklep blisko domu. Ale kawy tam się nie da napić. Wszystkie knajpy stoją przy estradzie z której wali ogłuszający łomot.

Latem, taki cholerny jazgot jest w Polsce wszędzie. Obojętnie czy to Warszawa, Łódź, Ciechocinek, czy Olsztyn … - długo tam mieszkałam na pięknej starówce i każde lato było horrorem, zewsząd dochodziła muzyczna rąbanka.

No więc w Bretanii tego nie ma. Jest nie tylko pusto (mimo ośmiu milionów turystów, którzy co roku ściągają na półwysep bretoński), ale i cicho. Nie ma chamówy łomotu. I to wystarczy, by czuć się tam dobrze.   

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 9