Zakładki:
środa, 12 sierpnia 2009

Krótko na pożegnanie sezonu czereśniowego. Kirsche to po niemiecku wiśnia, ale Niemcy (z Badenii w południowo-zachodnich Niemczech) i Szwajcarzy (z okolic Bazylei) tak mówią na odmianę bardzo czarnej, bardzo słodkiej czereśni. I z tych czereśni w sezonie „wyciskają” co się da.

Kiedy tylko tam jestem, prowadzę „czereśniowe” badania terenowe. Próbowałam Kirschwasser - czereśniowej wódki, czereśniowych konfitur z Kirschwasser lub z rumem, ciastek czereśniowych, Eier Kirsch (likier jajeczny plus wódka czereśniowa), Schwarzwalder torte…

Konfitury są czarne, gęste od czereśni i tak dobre jak najlepsze domowe. Wódka i likier dla mnie bez  rewelacji. Ale najsmaczniejsza jest zapiekanka czereśniowa, którą piekła moja koleżanka Renata.  

Ta zapiekanka, to stary specjał badeński, podawany często z dodatkiem Kirschwasser. Ma wiele odmian i różne nazwy  - np. Kirschenplotzer,  Kirschenmichel. Robi się ją z bułek namoczonych w mleku i kilograma! czereśni. Niemieckie gospodynie wrzucają czereśnie z pestkami, to nadaje zapiekance specyficzny smak.

Piekłam ją już w Polsce, z naszych czereśni i bez pestek, też była bardzo dobra. Można także użyć jabłek, czy śliwek. Ja mam ochotę spróbować z czarnymi porzeczkami.

Renata korzysta z przepisu z książki Elisabeth Schuler "Das Grundkochbuch der deutschen Küche". Sprawdziłam, że po wpisaniu w Google – Kirschenplotzer lub  Kirschenmichel, wyskakuje mnóstwo innych porządnych przepisów na zapiekankę po angielsku lub niemiecku.

Czyli badeńska zapiekanka już podróżuje po światowych stołach. I bardzo dobrze, bo smaczna  

czwartek, 30 lipca 2009

Bretania to obżarstwo w czystej postaci. Są tu najlepsze w świecie ciastka maślane - delikatne, przesycone masłem. Najlepiej kupować te z Pont - Aven. Można je znaleźć wszędzie w Bretanii, nawet w barach pociągów TGV. A najlepiej w Pont-Aven - tam wzdłuż głównej ulicy, nad rzeką, rozparły się po prostu sklepy ciasteczkowe. Ich witryny wychodzą na rzekę Aven, która raz jest, a raz jest jej nie ma - w zależności od odpływów i przypływów.

Oprócz ciasteczek pyszne są lokalne ciasta - far, gateau breton i kouign amann.

Far to sernik ze śliwkami,  gateau breton - maślane ciasto, a kouign aman rodzaj bardzo słodkiego dość cienkiego placka (bywa też w formie ciasteczek), naprawdę nie wiem z czego, często z dodatkami, pistacjami, rodzynkami, malinami.

Kolejny regionalny przysmak to krem karmelowy na bazie solonego masła (caramel au beurre sale).  No i oczywiście wszechobecny cydr.

Gdy wracałam, jak zwykle miałam nadbagaż na lotnisku, bo walizkę wyładowałam przysmakami. Ale kiedyś się przecież skończą, dlatego już przeorałam Internet, żeby sprawdzić co można kupić w Polsce.

Cydr produkuje Anita Chachulska ze Sławna (www.slavena.pl). Nie jest tak nasycony smakiem jak ten w Bretanii, ale i tak bardzo dobry. Właśnie skończyłam butelkę.

Karmel z solonym masłem można kupić na www.bienmanger.com

Cukiernia w Concarneau

cukiernia w Concarneau

 

 

Ciekawe, czy w Finistere** dziś pada. Kiedy ja tam byłam (wróciłam kilka dni temu), lało ciągle. Ale to nie miało znaczenia, bo po deszczu przychodziło słońce, a roślin dzięki wilgoci, były takie świeże, jak u nas w deszczowym maju. Ja odkąd przyjechałam, cały czas grzebię w swojej bibliotece i przewalam Internet w poszukiwaniu informacji o Bretanii.

Już na dworcu w Rennes, gdy przesiadałyśmy się na pociąg do Quimper, poczułam, że zaczyna się coś fajnego. Czy to przez zapach mokrego powietrza, ciepły wiatr, który poczułam, gdy paliłam przed dworcem? Czy przez sam dworzec, gdzie knajpy wewnątrz były ustawione tak, że tworzyły uliczkę - jakby z ładnej starówki... Nie mam pojęcia. Tak jak nie wiem, czy naprawdę stał tam drogowskaz z napisem „Boulangerie”.  Ale w mojej głowie on tam stoi.

A później wszystko było jeszcze lepsze. W Quimper trwał festiwal muzyki celtyckiej i na każdym niemal rogu grali kobziarze, a na głównym placu ludzie w wieku od lat 4 do 80, tańczyli lokalne tańce - tak o, kto podszedł, ten tańczył. W Benodet – ocean wypluł algi, różowe, brunatne, zielone, bure, brunatne i żółte, a piasek był gęsty od muszli; w Camaret lało jak z cebra i nie udało nam się podejść z bliska do omszałych wraków statków, ale za to w portowej knajpie mieli świetne małże w sosie cury i creme brule z chrupiącym, przypieczonym kożuchem na wierzchu.

W Pont-Aven są najlepsze ciastka maślane na świecie (wiem, bo jestem ekspertem), na Pointe du Raz - rozległe wrzosowiska, a o skały obija się ocean.

Na niebie non-stop był wyświetlany sensacyjny film. Chmury wielkie jak pierzyny były tak nisko, że wydawało się, że można dotknąć je ręką. Raz białe i skłębione jak bita śmietana, innym razem sine i tak tłuste, jakby miały pęknąć. I często pękały deszczem. Cały czas chodziłam w przeciwdeszczowej kurtce i …klapkach na bosych nogach, bo nie było zimno. Ciągle wiał letni wiatr, który suszył przemoczone ciuchy.

I jeszcze mewy, który drą się ciągle (niektóre wielkie jak kaczki), przejrzyste powietrze i hortensje z kwiatami jak główki kapusty. Niebieskie, granatowe, błękitne, białe, fioletowe, czerwone, amarantowe…

Teraz będę jeździła tylko tam.

Z Paryża do np. Saint Malo pociag jedzie raptem trzy godziny (a samolot Air France z Warszawy do Paryża przylatuje już g. 9 rano) . Jakby się uprzeć, to i na weekend można wyskoczyć. A w ferie świąteczne to i do Finistere można dojechać.

 

** Finistere – jeden z pięciu departamentów Bretanii, położony najbardziej na zachód, z trzech stron otoczony oceanem.

 

W Quimper, wszędzie ktoś grał

 W Quimper zewsząd dchodziła muzyka; grali wszędzie na ulicach, przystankach, mostach

Quimper, rzeka Odet, przypływ 

Quimper          

 Hortensje na osiedlu w Quimper

Quimper

Benodet, odpływ

 

algi w Benodet, odpływ

Benodet, odpływ, wodorosty na plaży i charakterystyczne dla Bretani głazy

plaża w Benodet, odpływ

Audierne, odpływ, widok z okna autobusu

Audierne

Okolice Pointe du Raz, przylądka wbijającego się w ocean

Pointe du Raz, zza szyby autobusu

Wrzosowiska na Pointe du Raz

wrzosowiska i ocean na Pointe du Raz

Pointe du Raz, widok na ocean

Pointe du Raz

Locronan, bretońska pogoda

Locronan

Locronan

czwartek, 16 lipca 2009

Długo nie pisałam o Santorynie, bo coś mi z tą wyspą nie grało, ale sama nie wiedziałam co.

Dopiero dziś udało mi się to nazwać. Dla mnie tam jest za ładnie. Wulkaniczne skały w kolorze błota wystające ze szmaragdowo-granatowego morza, na zboczach kaskady białych domków z niebieskimi dachami.

Bardzo to piękne, ale ja wolę cichszą, mniej bezpośrednią urodę. Nie taką, że patrzysz i widzisz pocztówkę.

I nie chodzi o to, że piękno Santorynu mocno się zużyło przez niezliczone zdjęcia w albumach i folderach z Grecji. Chodzi o mnie - wolę krajobrazy mniej oczywiste, mniej walące po oczach. Taka uroda bez skazy, kontrasty grubym mazakiem rysowane, jakoś za blisko kręcą mi się w okoliach kiczu.  

Pamiętam jak wieki temu, pierwszy raz pojechałam w Tatry.  Zachwyciłam się i ...potem przez lata jeździłam w Beskidy i Bieszczady.

Tatry tym swoim pięknem aż zniewalały, Beskidy i Bieszczady wystarczało po prostu lubić i dobrze się w nich czuć.

Jeszcze na chwilę wrócę do Santorynu. Ciekawa jestem jak ta wyspa wygląda późną jesienią i zimą. Co wtedy z jej urodą? Czy nadal jest taka bezwstydnie piekna? Czy trochę się chowa? Jak ją widać, gdy słońce już tak nie szaleje i nie podkreśla kolorów? Wychodzi na to, że znowu muszę tam popłynąć.

 

 

 

18:17, kminek1 , Podróże
poniedziałek, 29 czerwca 2009

Z Krety na Santoryn plynelismy szybka, nie tak duza lodzia (Easy Yet, gdzies z 300 pasazerow). Bujalo jak cholera. Najpierw na zamknietym pokladzie zaczely plakac dzieci, pozniej zaloga rozdala pasazerom bardzo duzo papierowych torebek - wiadomo, na pawie. Pewniej sie czulam, majac przed soba taka torbe, ale zaraz porwal mi ja rozgoraczkowany pan, rzucajac tylko: - To dla corki. 

Dwa metry dalej, blada nastolatka oparta o sciane chwycila torebke i przylozyla do twarzy. Po pokladzie usilowali przechodzic na szeroko rozstawionych nogach pasazerowie. Szli na otwarte balkony - liczyli, ze na powietrzu bedzie lepiej.

Ja nie moglam sie ruszyc. Koncentrowalam sie na stoliku przede mna. Wolalam sie nie rozgladac, by nie widziec slaniajacych sie postaci z torebkami zamiast twarzy. Szarpalo, w barze lataly butelki. Nie było słychać żadnych rozmów,  tylko z roznych katow dobiegaly latwe do zidentyfikowania odglosy... Coraz bardziej obezwladniala mnie niemila slabosc. W cos sie osuwalam, tracilam sily... - Wyobraz sobie, ze to turbulencje w samolocie podczas lotu przy zlej pogodzie - przekonywalam się, bo turbulencje znoszę zupełnie dobrze. Zasnelam. 

Po przebudzeniu, najpierw poczulam przyplyw sil. Znowu moglam ruszyc reka, noga, czegos mi sie chcialo. Rozejrzalam sie. 

Pasazerowie, jakby wybudzeni z jakiegos rozmemlanego snu, zaczynali rozmawiac. Nie bujalo. 

Poczulam wsciekly glod. Zjadlam olbrzymie ciastko, wypilam wielki kubek kawy, zaczelam gadac z sasiadkami przy stoliku. Nagle sil mialam za dużo.

Wyszlam na otwarty poklad. - Gdybym wiedziala, ze tak bedzie, nigdy bym tu nie wsiadla - westchnela pani na laweczce. - Ja tam wymiotna nie jestem, ale ledwo zylam.

 Z kolei podroz powrotna Kreta - Santoryn obalila mit, ze piekne sa zachody slonca na Santorynie. 

Mielismy wyplywac okolo 18. W porcie zaloga wrzeszczala, zapedzajac wszystkich na poklad. Nagle zaczeli krzyczec jeszcze glosniej - odganiali ludzi wchodzacych na trap, bo ten nagle zaczal sie podnosic. Chwile pozniej lodz odplynela.

W porcie zostaly setki ludzi, ktorzy mieli na nia wsiasc. Pol godziny pozniej lodz wrocila. Weszlismy, zajelismy miejsca. Ale lodz dlugo nie odplywala. - Przepraszamy, wladze portu nie pozwalaja nam na wyplyniecie - oznajmily megafony po angielsku, francusku, rosyjsku, grecku i polsku.   

Kilkadziesiat minut pozniej kolejny komunikat: - Lodz musi przejsc kontrole, prosze na pol godziny opuscic poklad - wykrzyczal megafon. 

Tlum kilkuset pasazerow znowu wrocil do portu. Statek odplynal. Z nadbrzeza ogladalam zachod slonca. Bez emocji - troche zlota na niebie, okoliczne gory poczernialy i staly sie jeszcze grozniejsze. Powietrze było pełne brunatnego, smierdzacego dymu, ktory wyplula z siebie nasza lodz. - Musi byc zepsuta - szemrali pasazerowie.

- Spokojnie, jak cos z nia jest nie tak, to nikt jej z portu nie wypusci - uspokajalam. 

- Jak dobrze zaplaca, to wypuszcza - stwierdzila pewna pani. 

Odplynelismy o 22, cztery godziny po planowanym terminie. Znowu bujalo. Ale znalazlam przyjemnosc w siedzeniu na otwartym pokladzie. Wiatr, dookola ciemno, dookoła woda, ktorej nie widac, ale  pluje na poklad. Mimo strachu, mimo pawia w brzuchu, warto tu byc.

I jeszcze jeden moment. Kiedy na zamknietym pokladzie rozchorowala sie mala dziewczynka, glosniki oglosily: - Jesli na pokladzie jest lekarz, prosimy podejsc do punktu informacyjnego.

Z tlumu natychmiast wyszlo okolo pietnastu osob. Gdy podchodzily do stolika przewodnikow, najpierw rozlegly sie smiechy, potem brawa. Tlum pasazerow, ktory wczesniej byl zmeczona, rozmyta masa, z powrotem stal sie grupa konkretnych, skorych do smiechu i wzruszenia się ludzi.

Jeszcze raz o przyrodzie Krety.

Po pierwsze wiatr. Wieje cały czas i czyni upał lżejszym.

W mieszkaniu przeciagi, trzaskanie drzwi, wycie wiatru.

Po drugie rosliny. Na Krecie, to czego slonce nie wypali do suchej lodygi, to kwitnie. Ale nie spokojna, lagodna uroda, po cichu... tylko z wrzaskiem. Na czerwono, amarantowo, bujnie (kwiaty wsciekaja sie wlasnym pieknem).  

Przy drogach, w jarach i wawozach na stokach gor szaleja oleandry. Nie lubia samotnosci, w bandach, falami przelewaja sie na zboczach. Znajoma, która kiedyś była żoną Greka, mówi, że oleandry to chwasty, wysiewają się same i mnożą jak u nas mlecze.

Po trzecie swiatlo. Ciagle zastanawiam sie jakimi slowami je opisac. Niezwykle przejrzyste. Bardzo go duzo. Nie tak jak u nas: gdzie jest jasno po prostu. Tu swiatla jest tyle, ze szuka dla siebie przestrzeni, rozpycha sie, jakby mowilo: Jestem. Tak jak morze, jak deszcz, ziemia. Osobne, nieograniczenie obfite.

Rano i po poludniu ze swiatlem dzieje sie cos dziwnego. Jedyne okreslenie, jakie przychodzi mi do glowy, to jakby ktos wszedzie pozapalal lampy. Ich dodatkowe, az troche sztuczne swiatlo skupia sie glownie na roslinach. Bawi sie kolorami , wydobywa je, czyniac jeszcze intensywniejszymi - choc trudno uwierzyc, ze to mozliwe.

Okolice Chani

W Rethymnonie Rethymon

 

Gdy sluchalam jak mowi pewien polski pilot, przechodzily mnie ciarki. Jakby ktos obok mnie szorowal nozem po talerzu. Oto kilka przykladow:

** historia polskich zerwan jest podobna do greckich (chodzilo o powstania)

** mlodzi mezczyzni planuja swoje przyszlosci (planuja swoja przyszlosc)

** posmiertelna maska poety (mialo byc posmiertna maska)

** cialo zostalo ekskomunikowane po trzech latach (chodzilo o to, ze zostalo ekshumowane)

** materialnosc Grekow (chodzilo o materializm Grekow).

Sluchalam go i usilnie doszukiwalm sie sladow obcego akcentu. Moze jest cudzoziemcem, ktory nauczyl sie polskiego i zdarzaja mu sie bledy, ale i tak jak na cudzoziemca mowi swietnie?  Ale nie, zero obcego akcentu, Polak.

Elafonisi jest na poludniu Krety, nad Morzem Libijskim. Turkusowo-blekitna plytka, przejrzysta woda. Wysepki, zatoczki, bialy piasek, dziko, pusto. Obrazki jak z pocztowki, taki ziemski raj. 

Ale najciekawszy jest rozowy piasek na brzegu, gdzie rozbijaja sie fale. Gdy odplywaja pozostaje czerwona poswiata i mocno rozowy szlaczek z piasku. Wyglada to troche jak z horroru. Mnie ten szlaczek kojarzyl sie z krwia. 

To przez legende. Podobno gdy Kreta byla pod panowaniem tureckim, kilkuset greckich uciekinierow chcialo odplynac z wyspy przez morze libijskie. Turcy mieli ich zlapac, wszystkich wymordowac i utopic. Dlatego teraz morze zostawia na piasku slady krwi.

Brr. Trochę kicz. Zabawne jest, ze tej czerwonej poswiaty i rozowego szlaku nijak nie dawalo sie sfotografowac. Aparat "lapal" rozowe ziarenka piasku, ale na zdjeciach zadnej czerwonej poswiaty nie widac, najwyzej drobinki kolorowego piasku.   

 

13:14, kminek1 , Kreta
Link Komentarze (1) »

Tutaj w kazdym autobusie, oprocz kierowcy, jedzi konduktor. To on sprzedaje bilety, on wykrzykuje nazwy przystankow i patrzy wzrokiem bazyliszka na pasazerow - turystow, gdy w 30 stopniowym upale jedza batony Mars, a potem zastanawiaja sie w co by wytrzec umazane czekolada rece...

Jest krolem autobusu - pokrzykuje na zdezorientowanych poludniowym balaganem ludzi Polnocy (szczesliwych, ze autobus przyjechal, ze juz w nim stoja, jada dalej), komenderuje jak maja stac, gdzie usiasc.

Jest grozny, ale i laskawy - opiernicza turystow, ktorzy wybrali zly autobus ("You should take local bus" - wrzeszczy. A Ci patrza na niego pokornie, zbyt zakreceni, by zadac jedyne pytanie, ktore dzwoni im w glowie "Gdzie na Boga sa lokalne autobusy?"), po czym kaze kierowcy wysadzic ich w dogodnym dla nich miejscu. Taki dobry Pan.

I mnie zawsze wysadza tam gdzie chce (nie na przystanku) i oczywiscie mieszanym grecko-angielskim cos do mnie mowi. Przypuszczam, ze pokazuje mi, gdzie jest legalny przystanek.   

piątek, 26 czerwca 2009

Chce pojechac z Chani w glab wyspy. Autobusem, bo prawa jazdy nie mam. Ale moje pierwsze podejscie do dworca autobusowego to byla porazka. Upal, halas, goraczkowa bieganina, ludzie brzydcy. Nie wiadomo gdzie rozklad jazdy, gdzie stanowiska z ktorych maja odjezdzac autobusy. Ucieklam. 

Drugie podejscie bylo juz lepsze. Powiedzialam sobie: zapomnij o swoich nawykach z Polnocy, sprobuj myslec jak oni, wpasuj sie w ich rytm, nie myśl, ze autobusy maja odjezdzac z konkretnego stanowiska. I poszlo lepiej, wszystko stalo sie łatwiejsze.  

Hala dworca jest warta opisania. Za klimatyzacje sluza otwarte okna, jak wieje wiatr jest OK, jak nie, wpada zar slonca. Na scianach wisza stare zdjecia Chani, w rogu bar z ouzo, szkocka. W kacie siedza czterej starzy Grecy i rzna w kosci, obok dzieci bawia sie na symulatorach jazdy samochodem. Pasazerowie siedza na skorzanych fotelach (wiele z nich podartych) przy czteroosobowych stolikach. I co najwazniejsze - mozna w srodku palic, na kazdym stoliku stoi popielniczka . 

Czekalam na autobus, jaralam i kochalam Grekow, ktorzy zachodnia mode na niepalenie maja gleboko gdzies. 

A teraz wieje tak, ze przyszedl sasiad, ktory mieszka nade mna i powiedzial, ze jego suszarke zwialo na drzewo (mowil, ze to sosna, ale to nie jest sosna!) na wyskosci mojego balkonu. Wpuscilam go do pokoju i okazalo sie ze suszarka na ktorej jest poprzyczepiana bielizna faktycznie wisi na galezi. Sasiad sciagnal ja i najsmieszniejsze, ze bielizna caly czas sie jej twardo trzymala, jak przyklejona.  

Powiedzialam, ze mial szczescie, ze zwialo ja na dol, a nie powialo gdzies wyżej. Ale go nie rozsmieszylam.

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 9