Zakładki:
piątek, 26 czerwca 2009

W Chani warto uciec od tlumow turystow i zapuscic sie w waskie uliczki - weneckiego portu albo tureckiej dzielnicy. Przyjemnie sie po nich krąży - tak o gdzie nogi poniosą.

A wenecki port jest piekny. Morze podchodzi tuz pod stare, różnobarwne domy, które wygladaja jak falbany wielowarstwowej spodnicy - pierwszy rzad, kolejny i nastepne. Nie wiadomo gdzie konczy sie dach, gdzie zaczyna balkon i do ktorego domu nalezy.

Na cyplu wbijajacym sie w zatoke stoi odrestaurowana, wenecka latarnia - delikatna jak baletnica.

Po prostu tylko chodzic uliczkami, albo siedziec w porcie i patrzec. Na  domy, na wode, ktora pogodzila kolory - zielony, granatowy i szary. Na pobliskie plowe gory. A wiatr wieje jak wsciekly. Jest zdradliwy, bo nie czuje się  slońca, ktore mimo to pali.

Jest takie miasteczko, ktore codziennie mijam, gdy autobusem jade do Chani. Nazywa sie Platanias, ja mowie na nie Hotelowo i przyrzeklam sobie, ze nigdy sie w nim nie zatrzymam - nawte na ulamek sekundy. Sa tu same hotele Apolla, Venus, knajpy i sklepy z calym tym turystycznym syfem - tanie ciuchy, brzydkie ozdoby, szmaty udajace ludowe obrusy, plastikowe torby. Wszystkie najbrzydsze rzeczy jakie mozna sobie wyobrazic - sprzedaja wlasnie tutaj. Absolutna kwintesencja turystycznej brzydoty w skali jakiej dotad nie widzialam nigdzie.

Ale gdy wzrok przyzwyczai sie juz do tego apogeum kiczu, przez te warstwy brzydoty zaczynaja sie przebijajac ladne, proste domy z pelargoniami i kaktusami w oknach, ogrodkami gestymi od roslin, zbocza wzgorz zachwycajace czerwienia kwitnacych kwiatow. 

I co to znaczy? Moze to, ze Grecy sami dla siebie maja smak, umiar prostoty. A caly ten syf-kicz-ohyda jest dla nas, turystow. Bo my to kupujemy. Klapki w maskujace zolnierskie plamy, recznik imitujacy tygrysia skore, magnes - latarnie morska...

Kupujemy, a potem w Polsce sie krzywimy "Ale tandeta w tej Grecji".

Ciekawe, ze takiego nagromadzenia pamiatkowej ohydy nie widzialam ani w Prowansji, ani w Szwajcarii, ani w Andaluzji. Ale to chyba wynika ze skali masowej turystyki - w Grecji jest najwieksza.     

Na Krete warto przyleciec wieczorem, gdy zachodzi slonce. Piekny byl widok, gdy samolot lecial juz na tyle nisko, ze bylo widac pomarszczona gorami wyspe, a nad nia smieszne biale wianki chmur.  Pozniej obnizyl sie na tyle, ze zdawalo sie, ze podwoziem dotknie wody. Kreta byla tuz przed nami - jak grzbiet plowego zwierzecia we snie. To robilo wrazenie.

Ja wlasnie dla przyrody tu jestem. Dla tego przejrzystego swiatla, bujnosci roslin, sensacyjnych filmow na niebie - ze sloncem i chmurami w roli glownej.

W swietnej grecko-angielskiej ksiegarni w porcie w Chani kupilam juz sobie ksiazke o roslinach na Krecie. Dzis w nocy czytam. A na razie prowadze badania nad pewna roslina, ktora w sporych kepkach rosnie na plazy (a oprocz niej trzciny wielkosci domkow jednorodzinnych, azalie, osty, rododendrony). Nie moge ustalic czy to niesmiertelnik - hit swietnych kosmetykow firmy Occitane (z Prowansji), czy tez roslina o ktorej istnieniu dowiedzialam sie dzis w sklepie z ziolami w Chanii.  Na razie wiem, ze mowi sie na nia gorska herbata i jest podobno pyszna z miodem. Oczywiscie kupilam paczuszke:-), ale nic wiecej o niej nie wiem. Nadrobie to.

No niestety bedzie bez polskich liter, bo komputer greckiego wlasciciela hotelu, nie ma takiej opcji.

Jestem w Chani. W 2004 roku - po wyjezdzie z Rainbow Tours do Chorwacji - przyrzeklam sobie, ze nigdy wiecej nie pojade na zorganizowana wycieczke (nie cierpie tych klimatow - basenik, parasolki, pani Basia, pani Zosia, a jedzenie dobre? dlaczego nie ma materacy na lezakach? Prosze panstwa teraz zatrzymamy sie w pieknym punkcie widokowym warto zrobic zdejcie do albumu...Ratunku!). I przez piec lat slowa udawalo mi sie dotrzymac, a podrozowalam sporo.

Ale w tym roku sie zlamalam - chcialam koniecznie pojechac na Krete, a za pozno sie zajelam. Samoloty byly juz drogie jak cholera, najtansze byly zorganizowane wycieczki... Zamknelam wiec oczy i trudno. Kupilam wycieczke do Chani i powtarzalam sobie - po to ma sie zasady, by je lamac. Elastycznosc obecnie w cenie:-)

Jestem wiec w Chani i jezdze sobie sama. Z wycieczka spotkamy sie samolocie w drodze powrotnej.  

niedziela, 21 czerwca 2009

Cały czas nie mogę o tej książce Barana napisać, bo boję się, że zamorduję ją własnym nieudolnym słowem. Ale jeden cytat przytoczę już teraz.

Trochę z przekory, bo zeźliła mnie przeczytana w nocy książka Sylwii Chutnik „Kieszonkowy atlas kobiet”. Niby wojownicza i brawurowo napisana, ale w istocie swojej poprawna politycznie -  jest w niej polski cham, bazar, lukrowany katolicyzm, Paniopan…, resztę można sobie dośpiewać, bo wszystko raczej przewidywalne.

Chutnik wchodzi w ten polski, a dokładnie warszawski, bazar po uszy, mówi jego językiem. Ale już bohaterów wybiera sobie jak politycznie poprawna intelektualistka.

W rezultacie - mimo świetnych obserwacji, jednej doskonale pokazanej bohaterki (pani Maria, ukrywająca się Żydówka, która walczyła w Powstaniu Warszawskim) - po przeczytaniu całości wyłania mi się obraz, który już znam z gazet.

Szkoda, bo talent opowiadacza i złość od której Chutnik zdaje się gotować, mogłyby ją zaprowadzić dalej i głębiej.  

Dlatego ja wracam do Józefa Barana. Jesienią 2007, Baran pisał w dzienniku: „ Demagogia poprawnościowego myślenia wydawała mi się nie mniej groźną zarazą dla wolności intelektualnej od wszelkich realnych dyktatur, bo przeciw dyktatom i dyktatorom potrafiliśmy się buntować, a demagogia political correctness wbija wyznawców w niezasłużoną dumę, usypiając czujność myślenia”.

 

Nie podoba mi się ta książka. Sięgnęłam po nią dla Stambułu, bo chciałam ponownie połazić jego ulicami, zajrzeć ludziom do mieszkań, iść tam gdzie oni..

Akcja toczy się właśnie w Stambule - w zamieszkałej przez kilka rodzin kamienicy, która kiedyś była pałacem o idiotycznej nazwie Cukiereczek.

Ale jakoś tego Stambułu, mimo przeczytania ponad dwustu stron, nie widzę.

To ciekawe, dobra książka potrafi od pierwszego zdania wprowadzić w świat opisywany przez autora. Już pierwsze słowa przerzucają mnie w cudzy pokój, obce miasto, na czyjąś ulicę, mieszają z tłumem na lotnisku… A tutaj nic.

Słowa Safjak choć Stambułu i jego mieszkańców dotyczą, mnie do nich nie prowadzą, jakby były przepustką w próżnię.

I tych słów jest dodatku za dużo, a i bohaterowie jacyś wydumani – Błękitna Kochanka, Metlem Twardziel, Zelis Ognista. Nie będę kończyła tej książki.

Jestem pod wrażeniem! Kupowałam w Internecie bilet na TGV z Paryża do Quimper w Bretanii. Nieufnie, bo Francuzi potrafią być nieprzewidywalni.

Nie szło mi gładko. Na długo utknęłam na stronie TGV, która najpierw sama proponowała mi połączenia w wybranym terminie, a gdy je akceptowałam, wypluwała komunikat: nie ma takich pociągów.

W końcu się dogadałyśmy. Mimo to wypełniałam kolejne okienka, pewna, że jeszcze jakiś królik wyskoczy z kapelusza.

No i gdy doszło do płacenia, pojawił się komunikat: płacisz teraz, a bilet możesz odebrać we Francji w maszynie biletowej, używając karty kredytowej, którą właśnie płacisz. Karta musi być z chipem.

No to dupa. Nie miałam karty z chipem, poza tym maszyny biletowej we Francji nikt przy zdrowych zmysłach, kto nie jest Francuzem NIE OBSŁUŻY. Wiem, bo próbowałam.

Ale była też druga opcja. TGV proponowało: przyślemy Ci bilet pocztą - jak jesteś z Francji, Hiszpanii, Niemiec, Niderlandów  w ciągu czterech dni, jak z innego kraju w ciągu siedmiu dni.

Nie miałam wyjścia – kupiłam. I spodziewając się tysiąca komplikacji i barier, powtarzałam sobie, spokojnie, tylko spokojnie.

Kilka dni później zajrzałam do skrzynki na listy, po wcześniejszym przygotowaniu pt „zaglądasz dla jaj, za dwa dni zajrzysz na poważnie. Teraz tylko tak otwierasz tę skrzynkę, ot z nudów…”.

A tam proszę – były bilety! Normalne kolejowe. Przyszły w pięć dni. Niech żyje Francja!!!

W sobotę nie mogłam się zdecydować co czytać, a raczej w czym chce mi się rozczytać, tak po uszy wejść w cudzy świat. I bujałam się między „Listami” i opowiadaniami Karen Blixen, a „Listami z Gwatemali” Bobkowskiego.

Nie podobało mi się jednak to niezdecydowanie-rozmemłanie. Zwłaszcza, że oboje autorzy zasługują na zdecydowanie pilniejszą uwagę.    

Wreszcie wytłumaczyłam sobie, że zaraz jadę na Kretę, a potem do Szwajcarii, Niemiec, Francji (na wschód i później do Bretanii), dlatego powinnam czytać przewodniki, a literaturę odłożyć na później.

Ale chwilę później już czytałam „Dom nad Aven” Moniki Handke, mimo że to nie jest przewodnik.

Choć Handke jest kolejną autorką - wcześniej Greenside, Malmsten - która zamieszkała w Bretanii i pisze o niej książkę, nie sądzę, że będzie musiała opędzać się od turystów, którzy chcą sfotografować dom poczytnego autora. Skarżyła się na to Bodil Malmsten, po napisaniu "Ceny wody w Finistere".

Za książką Handke chyba jednak nie pójdą tłumy. Jest jakaś taka niepozorna, trochę starej daty. To książka o szronie, glonach, sikorkach, pogodzie i sąsiadach, której brakuje gładkości i połysku bestselleru.   

Handke jest malarką, nie wiem jak maluje, ale pisze jakby malowała – obojętnie czy gołoledź, czy sztorm, czy starych Bretończyków. I naprawdę dużo o tej Bretanii wie – nie wiedzą książkową, ale zdobytą przez patrzenie, spacerowanie, gadanie, słuchanie i obserwowanie starych ludzi.

 Ja lubię takie książki, trochę szorstkie, niewprawne, ale w których autor gada po swojemu. I wie o czym gada. Bez blichtru.

środa, 17 czerwca 2009

A ja w pewnym pomieszaniu. Poszłam we wtorek do księgarni Traffik przy ul. Brackiej i prawie byłam z siebie dumna, że udało mi się nie kupić kilku książek. To świadczyłoby o mojej dojrzałości finansowej:-)

Po pierwsze nie kupiłam Wańkowicza – „Szczenięce lata, Ziele na kraterze, listy do córek” („Ziele” i „Szczenięce lata” mam, ale w tym wydaniu były zdjęcia! ).

Po drugie - sagi rodzinnej z Aleksandrii

Po trzecie nie kupiłam  Andy Rottenberg „Proszę bardzo”, kolejnej książki Wirginii Woolf...

Już prawie pomyślałam, że proszę, oto wreszcie nauczyłam się odmawiać sobie kupienia książki (ja już mieszkam w bibliotece!). Ale nie byłam pewna czy mogę tak myśleć. Bo po pierwsze ja wcale za bardzo się w te półki z literaturą nie zapuściłam, a po drugie … kupiłam trzy przewodniki.

Dwa wydane przez Lonely Planet: Francja i Kreta, jeden angielskiego wydawnictwa DK – Szkocja. A już mam osiem (dziesięć?) innych przewodników po Francji, tych po Grecji tyle samo – m.in. „Greece” wydane przez Lonely Planet ze sporym rozdziałam o Krecie.   

Czyli ta dojrzałość finansowa, której chciałam już sobie pogratulować, to dopiero cel do osiągnięcia. W dalekiej przyszłości oczywiście.

 

PS. A przewodniki Lonely Planet polecam. Są bezapelacyjnie najlepsze, robione z głową. Nie na odczep się, sztampowy opis: muzeum, kaplica, muzeum, dom zdrojowy..., tylko pisane tak, jakby ich autorzy sami chcieli z nich korzystać i mieć z nich użytek. 

W Polsce kibicuję tylko wydawnictwu Bezdroża (po tym jak zobaczyłam jaki świetny zrobili przewodnik po Petersburgu) i wczoraj w księgarni bardzo mnie ucieszyło, że coraz więcej regionów opisali - i to te najciekawsze: Bałkany na różne sposoby, Turcję...

 

Po latach podróży polskimi kolejami (zwłaszcza między Warszawą a Olsztynem, gdzie pociągi towarowe udają pasażerskie), nigdy nie sądziłam, że napiszę choć jedno dobre słowo o PKP.

Ale w poniedziałek jechałam pociągiem z Łodzi do Warszawy i …zobaczyłam, że przez dziesiątki kilometrów, wzdłuż torów rosną maki. Pięknie się czerwieniły w porannym słońcu i zdawały się ciągnąć bez końca… Miło było na nie patrzeć.

Maki to wolne, polne kwiaty i rosną, gdzie im się chce. Dlatego nie myślę, że same tak karnie wzdłuż torów się ustawiły. Czyli to… aż trudno mi wymówić… zasługa PKP. I to było to dobre słowo o kolejach.