Zakładki:
wtorek, 24 marca 2009

Jest za zimno jak na wiosnę. Dla poprawy humoru, napiszę o kawie - mocnej i gorącej.  I trochę o Mickiewiczu.

Zaczęłam go lepiej poznawać, właśnie dzięki ... kawie. Dawno temu, byłam w Muzeum Mickiewicza w Paryżu. Oprowadzała nas po nim Ewa Rutkowska, żona Krzysztofa Rutkowskiego, autora „Paryskich pasaży”**. Mówiła,  że jak ma ochotę pocelebrować popołudniową kawę, to najpierw czyta opisy picia kawy w „Panu Tadeuszu”. 

Do mnie wtedy Mickiewicz zupełnie nie przemawiał, bo szkoła zrobiła swoje - wydawał mi się nudny i posągowy.

A Ewa Rutkowska mnie zaciekawiła. Przewertowałam więc Pana Tadeusza, by znaleźć kawę  i …przyznałam jej rację.

 Proszę więc na śnieżny, wiosenny wieczór: 

 ”Różne też były dla dam i mężczyzn potrawy:

 Tu roznoszono tace z całą służbą kawy,

 Tace ogromne, w kwiaty ślicznie malowane,

 Na nich kurzące wonnie imbryki blaszane

 I z porcelany saskiej złote filiżanki,

 Przy każdej garnuszeczek mały do śmietanki.

 Takiej kawy jak w Polszcze nie ma w żadnym kraju:

 W Polszcze, w domu porządnym, z dawnego zwyczaju,

 Jest do robienia kawy osobna niewiasta,

 Nazywa się kawiarka; ta sprowadza z miasta

Lub z wicin bierze ziarna w najlepszym gatunku,

I zna tajne sposoby gotowania trunku,

Który ma czarność węgla, przejrzystość bursztynu,

zapach moki i gęstość miodowego płynu...” 

No i czy ktoś, kiedyś, gdzieś, ładniej pisał o kawie? No może..., moja nowa znajoma Betty MacDonald, która napisała - „kawa była tak mocna, że warczała wyskakując z garnka”.

A wracając do Mickiewicza. Miałam szczęście spotkać sporo ludzi, którzy dużo o Mickiewiczu wiedzieli i potrafili o nim opowiadać tak, że był w tych opowieściach utalentowanym facetem z krwi i kości, a nie pomnikiem w który wmurowała go szkoła. A jak pisze żywy człowiek, śmiertelnik tak jak ja, z dolegliwościami jak moje, to chce się go czytać.

A śnieg ciągle pada.  

środa, 11 marca 2009

Po książkę Betty MacDonald sięgnęłam, zaciekawiona tytułem - „Jajko i ja” i informacją  na obwolucie, że pierwszy raz była wydana w Polsce w 1949 roku, w tłumaczeniu córki Melchiora Wańkowicza (świetnie opisanej przez ojca w „Zielu na kraterze” i „Karafce La Fontaine’a”)

To wystarczyło, bym kupiła opowieść nieznanej autorki o jej życiu  … na fermie drobiu. Myśląc jednocześnie: co u licha można napisać ciekawego o jajkach?

Książka jest komiczna. A MacDonald wcale nie miała powodów do śmiechu,  gdy po ślubie, w wieku osiemnastu lat zamieszkała  z mężem na kurzej fermie w górach na zachodzie Ameryki. Jej najbliższym i jedynym towarzystwem stały się kury, rozbuchana przyroda (nawet „sztachety puszczały pędy”) i pijani Indianie. A głównym zajęciem od 4 rano do wieczora - wyciąganie jaj spod kur, oranie pola, pieczenie chleba, czy pomoc przy kastrowaniu świń.

Jako, że z kurą - która tylko sra, je, znosi jaja - zaprzyjaźnić się nie da, MacDonald szuka towarzystwa sąsiadów (a ci mieszkają w odległości kilku mil). Jej opisy najrozmaitszych dziwaków są i złośliwe i przepełnione staroświecką sympatią do ludzi.

Oto pani Kettle, która na swojej brudnej farmie piekła pyszne bułeczki cynamonowe: „Od tej delikatnej, ładnej głowy spadała kaskadami w dół seria biustów i żołądków, za sprawą których Kettle’owa wyglądała jak czajnik wielkości kobiety. Miała też żenujący zwyczaj sięgania pod suknię i poprawiania czegoś w okolicach pępka lub pakowania ręki w dekolt i układania olbrzymich piersi”, „Hasłem Kettle’owej było: „Swędzi mnie, to się drapię - i co komu do tego!”.

- „Co do mnie, lubiłam Kettle’ów” - komentuje MacDonald. 

I tak jest w całej książce. Kpina w parze z serdecznością.

A porównania MacDonald nie mają sobie równych. Proszę: „Kawa była tak mocna, że warczała wyskakując z garnka”, „Dom był pusty, jeśli nie liczyć wielkiego, zgryźliwego (…) pieca”,  „Wiosna przystawała tu ze zgrzytem hamulców” „Całe góry stały nagie i zawstydzone, obnażając każdą, widną z dala bieliznę”.

MacDonald nie oszczędza też ówczesnych stereotypów: dobra żona robi to, co mąż każe,  Indianin to miedzianoskóry wojownik, odziany w paciorki... Pechowo, ona spotykała tylko pijanych, dłubiących wykałaczką w żółtych zębach.

Ale najbardziej śmieje się z siebie, gdy jej próby stania się przykładną farmerską żoną, kończą się klapą.

PS. 1 Książkę – w tłumaczeniu Marty Wańkowicz-Erdmanowej wydało w tym roku wydawnictwo CiS. W Ameryce książka ukazała się po raz pierwszy w 1945 roku.

1 ... 6 , 7 , 8 , 9