Zakładki:

Książki

niedziela, 22 sierpnia 2010

Fragment z „Kształtu wody” Andrei Camillerego:

„Teraz będę się smytłać – pomyślał, kiedy tylko wrócił do domu. Lubił czasownik „smytłać się”, który oznaczał tyle, co „łazić bez celu po domu, zajmując się niepotrzebnymi rzeczami”. I tak właśnie zrobił. Ułożył książki, uporządkował rzeczy na biurku, wyprostował wiszący na ścianie rysunek, wyczyścił palniki kuchenki gazowej. Smytłał się. Nie był głodny, nie poszedł do restauracji i nawet nie zajrzał do lodówki, żeby zobaczyć, co przygotowała Adelina”.

 

To tłumacz, Jarosław Mikołajewski "zrobił" ten kawałek. Dobrze, że użył  słowa "smytłać się" zamiast zwyczajnego "obijać się" albo innego równie zużytego, bo wtedy fragment by się rozmazał.  

Przy okazji, komisarzowi Montalbano nierzadko zdarza się w domu poprawiać, przekrzywiony rysunek na ścianie. Nie z pedanterii, raczej odruchowo, trochę bezmyślnie. A mnie za każdym razem ta czynność rozbraja. Dlatego, że ja nawet nie zauważam, że u mnie obrazki wiszą krzywo, i dlatego, że sporo w niej bezcelowości, wdzięku i lekkości.  

wtorek, 10 sierpnia 2010

Amerykanin Bill Bryson pisze dobrze, lekko, bardzo  śmiesznie, ale … płytko.  Jego książka o Anglii „Zapiski z małej wyspy” pewnie dlatego wydaje mi się lepsza od książki o jego podróży po Europie („Ani tu, ani tam. Europa dla początkujących i średniozaawansowanych”), bo Bryson siłą rzeczy musiał skupić się na mniejszej powierzchni.  I pewnie tylko dzięki temu miałam złudne poczucie, że lepiej i głębiej opisuje jedno miejsce.

Ale jednocześnie ten powierzchowny, zabawny  Bryson ma czasem trafne spostrzeżenia. Gdy przejeżdżał przez (powinnam napisać - przebiegał przez) Danię i minął nudny krajobraz ze schludnymi wiatrakami, zauważył: - „Przez stulecia ludzkości bez problemu udawało się zdobić krajobraz konstrukcjami, które pasowały do otoczenia - małymi, sklepionymi mostkami, gospodarstwami rolnymi z kamienia, kościołami, wiatrakami, krętymi drogami - a teraz nie umie ona stworzyć niczego, co nie byłoby dla natury szpecącym ją dodatkiem. Dzisiejsze konstrukcje w najlepszym razie są proste i użyteczne, jak te pozbawione polotu, ale praktyczne wiatraki, które zostawały z tyłu, a w najgorszym - tandetne i prowizoryczne, jak te pełniące funkcje hipermarketów blaszane budy i hangary na obrzeżach każdego, średniej wielkości miasta. Kiedyś budowaliśmy cywilizacje, teraz budujemy centra handlowe”.   

I ja się z Brysonem zgadzam. Przypomina mi się też, jak kiedyś spierałam się ze znajomym - miłośnikiem nowinek technicznych i gadżetów. Twierdziłam wtedy, że teraz żyjemy w kulturze tektury i płyty pilśniowej - produkujemy tanio, dużo i na chwilę. Jak Bryson wzdychałam do katedr przodków, a także do solidnych stołów z prawdziwego drewna przy których mieści się cała rodzina i wielu innych rzeczy, które już nie wrócą.  

Tyle, że Bryson mógłby pomyśleć głębiej. Chciałabym, żeby napisał dlaczego jego zdaniem tak jest jak pisze, z czego to wynika, jak użyteczność lub prowizorka w architekturze ma się do współczesnych zachowań ludzi i zwyczajów, co ze współczesną architekturą - bo przecież jednak coś powstaje i nie zawsze szpetne…

No ale nie napisał. Ja może spróbuję - jak znajdę więcej czasu :-)

 

Dwa poniższe zdjęcia pokazują chyba, że Bryson ma rację, nasi przodkowie ciekawiej budowali. Na pierwszym zdjęciu XV i XVI wieczne domy w bretońskim Dinan, na drugim po prawej stronie - współczesne planetarium w Kopenhadze

Dinan 2010

Tyho Brahe Planetarium - Kopenhaga

A to poniższe zdjęcie z bretońskiego Dinan pokazuje, że Bryson niekoniecznie musi mieć rację. Można ładnie łączyć stare z nowym - bo ten śliczny most jest chyba jednak starszy od wiaduktu.

Bretania, Dinan, 2010

 

środa, 14 lipca 2010

W upalny weekend, tylko leżałam i czytałam.

Zaczęłam od „Cierpliwości pająka” kryminału Camillerego.

Jak skończyłam, to wcale nie chciało mi się opuszczać Vigaty (fikcyjne miasteczko na Sycylii) w której mieszka główny bohater, komisarz Montalbano. Ja chyba czytam książki także zmysłami i ... w Vigacie wydawało mi się chłodniej niż w Warszawie.

Montalbano przed swoim domem ma morze, a skoro jest woda, to jest i chłodny wiatr. Dlatego wolałam Vigatę od dusznej, zakurzonej Warszawy i po skończeniu "Cierpliwości..." sięgnęłam po „Wycieczkę do Tindari”,  kolejną książkę Camillerego.

W pierwszej z książek Montalbano szuka zaginionej studentki, w drugiej - zabójcy  młodego chłopaka i dwójki starych ludzi, którzy którejś niedzieli zniknęli ze swojego mieszkania. Obie książki czytało się świetnie. Intryga, bohaterowie, miejsce - wszystko jest OK.

Ale do „klubu miłośników Camillerego” zapisałam się dopiero po przeczytaniu:

1. kąśliwych uwag o telewizji

2. tego, że dla Montalbano strach ma … swoje kolory

3. a przede wszystkim tego, że Montalbano odpowiedzi na swoje pytania … znajduje w przyrodzie. Np. w splotach pajęczyny, czy też w starej poszarpanej przez wiatr, deszcz i wiek sekwoi.

Do Montalbano będę tutaj wracała jeszcze wielokrotnie, a teraz dodam, że w weekend przeczytałam jeszcze jeden kryminał - „Ostatnie tchnienie” Denis Miny.

I o ile Montalbano wprawił mnie w doskonały humor, o tyle Mina mi ten humor zwarzyła.

Nie kupuję tak wulgarnego świata, jaki ona przedstawia. Nie przekonują mnie informacje z obwoluty, że Mina jest wschodzącą gwiazdą nurtu tartan noir. Gwiżdżę na to jak się ten nurt nazywa, dla mnie może nie nazywać się wcale, to nie jest ważne.

Chodzi o to, że nawet od fikcji oczekuję świata bardziej niejednorodnego, wieloodcieniowego niż taki, jaki maluje Mina.

A jeśli autor decyduje się tę liczbę odcieni zmniejszyć - to powinien mieć powód. Nie jestem przekonana, że u Miny ta niemal jednobarwność, wulgarność opisywanego świata się broni. Ja nie rozumiem, czemu ona  służy.

U Camillerego świat i ludzie mają mnóstwo odcieni, lepsze i gorsze strony (białe, bielsze, szare, bardziej szare, prawie czarne...). Jest mafia, są szefowie idioci, prostacy, zabójcy, karierowicze i kretyni. Ale są też fajni ludzie z przywarami, czy niemal półgłówek Catarella, informatyczny geniusz, którego nie sposób nie kochać. 

Jest przyroda, proste smaczne jedzenie i ludzie (katolicy), którzy potrafią nienawidzić, ale także i kochać - z taką samą siłą.

Jest Montalbano, który wciąż ma zły humor, równo ruga swoich pracowników, ale jednocześnie oddałby za nich głowę.

U Camillerego jest nadzieja dla tego bandyckiego świata.

U Miny je się z puszki, albo z talerza breję z rozgotowanego makaronu i tankuje od rana. W domu bohaterki jest chlew, a ona ma „tłuste dupsko” - tak o sobie myśli (pogratulować) i tak mówią o niej…

Niemal każdy z bohaterów - poza mały chłopcem (wzruszające) - jest odpychający. Główna bohaterka widzi ohydę w której się porusza, ale jednocześnie dość umiejętnie w niej lawiruje … No słowo daję, w tej książce nawet nie ma kogo polubić.

Ręce opadają, nawet mi się gadać o tym nie chce. Może jak mi złość przejdzie, to czegoś dobrego się u Miny doszukam. Na razie się zaperzyłam.

Specjalnie, to zapisuję, bo jak się uspokoję, to już będę obiektywna, zacznę rozważać za i przeciw, dywagować, bronić, no i w końcu nawet zarzuty mi się wyzerują, albo …. z tego co mi się nie podoba, uczynię siłę.

 O  już mi się zaczyna...

Bo może jak u Miny przebrnie się przez ten kożuch brzydoty, kąśliwości, wad, to i u wielu bohaterów da się znaleźć ciepłe, ludzkie uczucia ... Tylko komu się chce w tym kożuchu brodzić?

I ciekawe, czy gdy Mina na codzień spotyka jakiegokolwiek człowieka, to widzi najpierw fałdy na brzuchu, drugi podbródek, obwisłe piersi, grube łydki? A ten człowiek zwykle sztucznie się uśmiecha, albo drapie po tyłku.

Nie wiem, czy chcę znać odpowiedź na to pytanie.  

poniedziałek, 12 lipca 2010

 Broszura z Ystad/Skanii - adresy Kurta Wallandera

Serdeczne gratulacje dla urzędników z szwedzkiego Ystad i ze Skanii! Za prosty pomysł -  wykorzystania popularności kryminałów Henninga Mankella i ich bohatera komisarza Wallandera dla promocji miasta i regionu. I co ważniejsze - ku uciesze fanów Wallandera.  

Gdy wysiadłam na lotnisku Sturup, kilkadziesiąt kilometrów od Malme, podeszłam od razu do stojaka z bezpłatnymi mapami Malme i Skanii. A tam oprócz map i informatorów o regionie była też ... całkiem przyzwoita broszura o Wallanderze.

A w niej - nie tylko, ale to najważniejsze - były adresy miejsc w których mieszkał, pracował i bywał Wallander, zarówno w Ystad, jak i w Skanii. Do tego - mapki Ystad i Skanii z zaznaczonymi adresami.

Pamiętam, że jak byłam w Edynburgu i biegałam śladami bohaterów książek Iana Rankina - to sama wyszukiwałam adresy na stronie Rankina w kafejce internetowej (przy okazji, jest też książka Rankina o Edyburgu i miejscach związanych z inspektorem Rebusem, po polsku jeszcze niewydana).

Tymczasem w przypadku Wallandera pomysłowi urzędnicy podali taką wiedzę na tacy. Bardzo mi się to podoba.

Nie czepiam się, że chciałoby się mieć taką broszurę po angielsku, nie tylko  po szwedzku. Bo przecież  możliwe że i taka jest, tylko najszybciej znika ze stojaka na lotnisku Sturup. Ale tego nie wiem.

poniedziałek, 05 lipca 2010

Lubię wchodzić w świat, który wymyśla Szwedka Camilla Lackberg. Trochę zazdroszczę głównej bohaterce Erice, że może siedzieć w domu, pisać książki i udaje jej się z tego utrzymać. Tak jak ona chciałabym mieć werandę na której, gdy pada, można rozsiąść się z filiżanką kawy i książką do czytania.

Ale widoku z werandy na archipelag jej nie zazdroszczę, bo u siebie w domu mam całkiem dobry - dużo drzew, sporo nieba, teraz widzę jak nisko latają jaskółki (czyli będzie burza), a w oddali samolot schodzi do lądowania na Okęciu. 

W ogóle trochę się wygłupiam, bo niczego nie zazdroszczę trzydziestopięcioletniej Erice Falck, ale lubię czytać o niej, o jej narzeczonym policjancie Patryku, a także o Fjallbace - nadmorskiej miejscowości położonej na północ od Goteborga - opustoszałej i wyludnionej zimą, beznadziejnie zatłoczonej  latem - oraz o jej mieszkańcach.

Oczywiście intryga u Lackberg jest porządnie skrojona  - to zwykle stare i zakurzone historie rodzinne, które dość okrutnie przypominają o sobie współcześnie. Ale ja wolę w jej książkach koloryt Fjallbacki oraz bohaterów. A raczej to jak traktuje ich sama autorka.

Nie mówię o parze outsiderka Erika i jej zupełnie zwyczajny narzeczony Patryk, bo tych ewidentnie faworyzuje i ich nie sposób nie lubić. Mówię o innych bohaterach jej książek - świetnie się czyta jak Lackberg z każdą stroną coraz bardziej wgryza się w motywy ich działań i jak odsłania ich głębiej schowane oblicza.

Robi to tak sugestywnie, że daję się oszukać i choć to wszystko zmyślenie, łapię się na tym, że bardzo chciałabym wiedzieć, co spowodowało, że np. stary policjant Gosta - w głębi ducha przyzwoity facet, jest tak zgorzkniały i leniwy albo co musi się stać, by Anna, siostra Eriki, uzależniona od tłukącego ją męża, wreszcie uwierzyła w siebie. 

I pomyśleć, że byłam uprzedzona do książek Lackberg - nie podobały mi się tytuły, pomysł na kilkutomową kryminalną sagę pachniał mi kiczem. A teraz proszę, muszę koniecznie przeczytać kolejne tomy.  

I nie ukrywam, chciałabym wpaść do Eriki i Patryka na kawę na werandzie. Naprawdę się nie da? 

czwartek, 01 lipca 2010

Nie mam tak, że muszę przeczytać wszystko, co napisał Murakami. Chyba nie zaliczyłabym go do pisarzy, którzy są dla mnie szczególnie ważni. A jednak czasem sięgam po jego książki i nigdy nie mam poczucia - jak w przypadku wielu innych autorów - że czytając, traciłam czas.

Bardzo mi pasuje jego prosty styl i to, że tak zwyczajnie opowiada swoje historie. I że ważniejsze dla niego jest - co mówi, niż - jak mówi.

W „O czym mówię, kiedy mówię o bieganiu” pisze o sobie, ale to nie jest, wbrew zapowiedziom wydawcy, pamiętnik.

To opowieść o bieganiu i pisaniu. Przy czym jedno z drugim jest silnie związane. Bo Murakami - jak sam pisze - biega po to, by mieć taką kondycję, która pozwoli mu pisać.  

Bardzo mi się to spodobało - nie znam innych autorów, którzy tak otwarcie wiązaliby tworzenie z wysiłkiem fizycznym**. Nie chodzi o to, że od siedzenia godzinami przy komputerze boli tyłek albo wysiada kręgosłup, chodzi o wytrwałość i konsekwencję.

Murakami przytacza ciekawy zwyczaj Raymonda Chandlera - nawet gdy nic nie pisał, ani nie wymyślał fabuły, w określonym czasie siadał przy biurku i się koncentrował. Chodziło mu o to samo, o co Murakamiemu podczas uporczywego biegania - o wytrzymałość i wzmocnienie woli.  

Ups! I teraz złapałam to, dlaczego pasuje mi Murakami. Opowiada on swoją historię pisarza-biegacza, któremu udało się złapać właściwy rytm, krok, który prowadzi go do celu - a to gwarantuje pewien spokój mimo potknięć po drodze. I właśnie ten rytm-spokój Murakamiego przenika to, co pisze. Jest czytelny w treści i tym jego trzeźwym stylu. Zamiast „trzeźwym” lepszym określeniem byłoby chłodnym jak wiatr w letni dzień.

A że ja w środku, dość rozdygotana jestem, dlatego czasem lubię ochłodzić się jego książkami, czy też pooddychać jego spokojem.

No ale nie o sobie piszę, tylko o Murakamim. Jeszcze jedno jest ważne - on przyznaje, że nie ma naturalnego talentu, a jego pisanie, to ciężka harówka i wykopywanie kilofem fabuły.

W przypadku bardzo popularnego pisarza, to może brzmieć jak fałszywa skromność. Ale ja tam mu wierzę. Może nie tyle słowa, ale maratony, które przebiegł, mnie przekonały. A może jedno i drugie.

 **  Także w pisaniu Kazimierza Brakonieckiego swoją niemałą rolę odegrał rower (już nawet jest w olsztyńskim muzeum), ale to jednak zupełnie inna historia niż z Murakamim.       

 

środa, 30 czerwca 2010

Obiecałam sobie, że nie będę czytała już więcej książek o tym jak ktoś kupił dom w Bretanii, Francji, Włoszech itd. To jednak rzadko jest dobra literatura.

Ale słowa nie dotrzymałam i przeczytałam  „Greckie pomidory czyli nowy dom na końcu drogi” - książkę Joanny Nicklasson-Młynarskiej i Mikaela Backmana o ich domu na greckiej wyspie Lesbos (po grecku Lesvos). I nie żałuję.

Ciekawe było z niej np. dowiedzieć się, że są jeszcze w Unii Europejskiej miejsca gdzie ludzie w średnim wieku idą co wieczór do swoich starych rodziców i mówią im dobranoc.  Czy też, co i jak jedzą Grecy, albo z czego żyją w takiej małej wiosce jak Sigri i jak obchodzą religijne święta - poważnie w cerkwi, hucznie za stołem (nie stroniąc od ouzo czy metaxy i głęboko gdzieś mając modę na niepalenie). Na mnie wrażenie zrobiło, że świętują gromadnie - całą wioską, nie tak jak my w swoich domach, w najlepszym wypadku rodzinnie, ale z sąsiadami już nie.

Co innego jednak spowodowało, że zapałałam do autorów gorącą sympatią - a mianowicie ich niechęć do masowej turystyki. Oto przykład: „Rabunkowa gospodarka międzynarodowych biur podróży na dziewiczej ziemi zamieniła wiele greckich wysp w turystyczne getta, gdzie lokalne zwyczaje i tradycje zostały wyparte na skutek presji krótkowzrocznej chęci zysku branży turystycznej”.

Autorzy nie odmawiają masowej turystyce prawa do istnienia, a ludziom prawa do taniego wypoczynku. Pytają np. jednak, dlaczego biura nie informują o tym jakie ich inwestycje mają wpływ na środowisko i podkreślają, że lepiej jest gdy mieszkańcy pracują w  swoich własnych biznesach niż zostają zatrudnieni jako bramkarze w kiczowatych dyskotekach dla turystów (co nie znaczy, że chcieliby zamienić różne atrakcyjne miejsca w skanseny).  

Tę ich niechęć do masowej turystyki gorliwie podzielam.

Oczywiście książka byłaby głębsza, gdyby autorzy nie ograniczyli się do przycinania masowej turystyce, ale wnikliwiej się jej przyjrzeli. Ja bym np. chciała wiedzieć dlaczego Grecy zgodzili się na taki syf w swoim kraju (patrz np. Chania na Krecie).

No ale to musiałaby być już inna książka. Oni mają swój dom w Sigri, którą Bogu dzięki - mam nadzieję, nie używam tu imienia bożego nadaremno - masowa turystyka na razie omija.  I napisali książkę do przeczytania w jeden niedzielny wieczór, która trochę chaotyczny, raczej przyjazny klimat tej wioski w lekki, niewymuszony sposób opisuje.

sobota, 05 czerwca 2010

Dobre książki o Bretanii

Kalosze, kurtka przeciwdeszczowa  i parasol - pakuję się właśnie na wyjazd do Bretanii i to najważniejsze rzeczy, które powinnam zabrać ze sobą.

Bo tam przede wszystkim pada. To, że np. niebo o 15 jest bezchmurne, nie znaczy, że pięć minut później nie lunie. Może rozpadać się na chwilę, a może na cały dzień. To właśnie jest bretońska pogoda.

Ale za to, jak przestaje padać, i zza ciężkich chmur wychodzi słońce to jest tak pięknie, że … właśnie dlatego jadę tam drugi raz. Dla tego światła, kolorów chmur, nieba i przedziwnie jasnego powietrza.

Kaloszy nie mam, parasola nie chce mi się dźwigać. Musi mi wystarczyć kurtka. Zabieram też książki:

a) Ewy Waliszewskiej, Kolory Bretanii

b) Artura Domosławskiego, Kapuściński, Non fiction

c) Andrzeja Bobkowskiego, Z dziennika podróży

d) który kryminał wezmę, pewnie zdecyduję w ostatniej chwili

 

To przez Ewę Waliszewską zmieniłam w ostatniej chwili plany wyjazdu. Miałam pojechać tylko do Saint Malo - tam trochę pooglądać (Mont Saint Michel - patrz książka Axela Munthe; Dinard…), ale głównie spacerować, oglądać wodorosty podczas odpływu i czytać.

Ale kiedy w „Kolorach Bretanii” poczytałam o Roscoff -  rybackim porcie, prawie na krańcu cypla, gdzie w XVII wieku zaczęto uprawiać czerwoną cebulę, żeby marynarze mieli witaminę C, a także o tym, że z Roscoff  w piętnaście minut można dopłynąć na wyspę Batz - zwaną wielkim ogrodem warzywnym, na której jest najpiękniejszy ogród w Bretanii…, no to w ostatniej chwili zmieniłam plany.

Jadę do Saint Malo i Roscoff, a książki będę czytała w pociągach.

Sporo będę pisała tu o Waliszewskiej - nie z powodu Bretanii, ale z powodu przewodników. Do szewskiej pasji doprowadzają mnie gówniane przewodniki sieciowych wydawnictw, których pełno na rynku (broni się tylko Lonely Planet, książki Bezdroży i wydawnictwa Rewasz - ta dwa ostatnie to chyba nie sieć).

Nie cierpię zamieszczonych w nich lakonicznych, sztampowych i drętwych opisów miejsc, tego braku ducha, zawsze mam wielkie wątpliwości, czy autor widział to o czym pisze…

Nietypowe przewodniki Waliszewskiej, która napisała lub przygotowała już kilka książek o Bretanii są inne. Ona - w odróżnieniu od wielu innych autorów przewodników pisze nie po to by zaczernić strony, tylko z szacunkiem dla miejsc i dla czytelnika - daje mu na tyle pełen i wnikliwy obraz, że ten może sobie wybrać, gdzie chce jechać.

To Ewa Waliszewska, która pracuje w poznańskim Domu Bretanii (www.dombretanii.org.pl) oraz Kazimierz Brakoniecki z olsztyńskiego Centrum Polsko-Francuskiego (redaktor świetnej antologii literackiej "Bretania w poezji i prozie") robią w Polsce najwięcej, by przybliżyć nam Bretanię. Książki, przez nich napisane lub wydane warto czytać. Inne niech się kurzą w księgarniach.

piątek, 21 maja 2010

Finka Maria Kallio, jest inna od policjantek z książek Marininy, Rankina, czy Alicii Gimenez-Bartlett. Jej najwyraźniejszą cechą jest to, że jest zupełnie zwyczajna.  

Niska, krągła, ruda, ze sterczącymi włosami i plecakiem, ciągle wygląda jak nastolatka. Trudno uwierzyć, że jest policjantką.

W „Kobiecie ze śniegu” prowadzi śledztwo w sprawie śmierci Eliny Rosberg, właścicielki ośrodka terapeutycznego dla kobiet, do którego mężczyźni nie mają wstępu. Rosberg wyszła późnym wieczorem w Boże Narodzenie ze swojego dworku w którym było też pięć innych kobiet i parę dni później narciarz natknął się na leżące w śniegu jej zamarznięte ciało.

Dlaczego rozsądna Rosberg wybiegła z domu w kilkunastostopniowy mróz w cienkiej podomce i koszuli nocnej? Co robiły wtedy podopieczne ośrodka? Komu zależało na jej śmierci?  

Śledztwo i takie pytania wiążą kryminalny wątek książki. Ale nie on jest najistotniejszy.

Ja polubiłam piegowatą posterunkową Kallio. Za to, że jest taka zwykła i ciepła. Czasem się wścieka i pyskuje, ale jakoś mało groźnie. Nie bardzo wychodzą jej cięte riposty, nie ma tupetu i zaciekłości Petry Delicado, gliny z książek Hiszpanki Alicii Gimenez-Bartlett, ani genialnych talentów językowych i analitycznych Anastazji Kamienskiej z kryminałów Marininy.

Jej hobby to bieganie, narty i policyjna strzelnica. Sposób na stres - piwo lub szkocka. Chętnie mości się przy kominku z książką. I w odróżnieniu od Delicado, Kamienskiej, czy Siobhan Clarke (Rankin) ma całkiem dużo czasu na spotkania ze znajomymi.

Co więcej ma męża, normalny dom i zachodzi w ciążę.

Przyznam, że czasem wyobrażam sobie - zwłaszcza, gdy się z kimś ścinam, czyli często - że jestem ostra i szorstka jak Delicado. Przydałby mi się też mózg Kamienskiej. Ale jeśli chciałabym się z którąś z nich zakolegować to właśnie z Marią Kallio. Fajnie przecież mieć taką kumpelkę - ciepłą, przewidywalną, rozsądną i w miarę wyrozumiałą dla ludzkich słabości.

To z nią, jej oczami, poznajemy podopieczne terapeutycznego ośrodka Eliny Rosberg: zahukaną matkę dziewięciorga dzieci - żonę pastora ortodoksyjnego wyznania z północnej Finlandii, wulgarną i zagubioną tancerkę z nocnego klubu, czy porzuconą przez matkę neurotyczną dwudziestolatkę. Każda z nich ma swoją historię, swoje doświadczenia i razem z Kalio możemy się im porządnie przyjrzeć.  

Ale jak przy takim nagromadzeniu kobiet z problemami za które w dużej mierze odpowiadają mężczyźni, Lehtolainen udało się nie napisać jednowymiarowej książki w której faceci są tylko gnojkami?

To chyba dlatego, że Kallio jest bardzo trzeźwym i niezależnym obserwatorem, a mężczyźni w tej książce są tak samo różni jak kobiety. Też mają swoje historie, swoje paskudne i lepsze strony.

Mam nadzieję, że to ochroniło tę opowieść przed spłaszczeniem, choć możliwe, że więcej pełnokrwistych, sensownych mężczyzn, by jej nie zaszkodziło.

I ostatnia rzecz, zupełnie na marginesie - od jakiegoś czasu przyglądam się jak Skandynawowie opisują w swoich książkach przyrodę i pogodę. U Lehtolainen śnieg pachnie i skrzypi jak u nas ostatniej zimy, szorstkie płatki drapią policzki, a na mrozie para oddechu szroni włosy. W parkach gile dziobią jarzębinę, a między krzakami chowają się zające. Maria Kallio po pracy zakłada narty biegowe i biega po lesie (co najmniej 30 kilometrów tygodniowo). Też bym tak chciała.

sobota, 15 maja 2010

W lutym pisałam, że w ogrodzie mojej koleżanki, w południowo-zachodnich Niemczech u stóp Szwarcwaldu kwitną już krokusy.  Tam wegetacja zaczyna się wcześnie, ale trwa długo. Rośliny wiedzą, że mają mnóstwo czasu, by pożyć.

A im dalej na północ, tym czasu mniej, przyroda musi się błyskawicznie uwinąć, żeby  ze wszystkim zdążyć.   

Pisał o tym Mariusz Wilk, który mieszka na północy Rosji, pisała Bodil Malmsten, gdy wspominała dzieciństwo w środkowej Norrlandii w Szwecji.

Fragment z Malmsten (w „Cenie wody w Finistere”):

„Tam, gdzie dorastałam, ciepły letni dzień mógł pojawić się jak grom z jasnego nieba. (…)

Taka tam jest pogoda.

Nieprzewidywalna i rozszalała.

Okres wegetacji jest krótki. Krótki i szalenie intensywny.

Światło, kiedy nadchodzi, obejmuje w posiadanie wszystko. Oszołomiona roślinność wydobywa się z zimna, z marnej ziemi. Rośnie w ogromnym pośpiechu, czasu jest mało.

Tak wiele światła w krótkiej jasnej porze i tak wiele ciemności w długiej ciemnej.”

 

 

 
1 , 2 , 3