Zakładki:

Ludzie

wtorek, 09 czerwca 2009

W niedzielę wieczorem po skończeniu "Dziewczynki z zapałkami" Anny Janko, sięgnęłam po "Grę na cudzym boisku" Aleksandry Marininy. Chciałam jak najszybciej oderwać się od depresyjnego klimatu Janko i czułam, że Marinina ze swoją chłodną, matematyczną precyzją w rozwiązywaniu zagadek kryminalnych, to najlepszy sposób.

No, ale miało być tylko kilkanaście stron, a o g. 2 w nocy, skończyłam książkę.   

Anastazja Kamienska pojechała odpoczywać i leczyć chory kręgosłup do sanatorium w głębi Rosji. Ale skończyło się jak zawsze - szukała bandytów. Nie, nie szukała, tylko jak zwykle analizowała niczym genialny komputer setki drobnych spostrzeżeń i zasłyszanych zdań, by w końcu znaleźć odpowiedź - co złego dzieje się w tym sanatorium, niemal za jej ścianą.

To właśnie jest w książkach Marininy najlepsze - podążanie za mózgowcem Kamieńską, która mieli w swojej głowie setki faktów, przygląda się im z boku, z dołu, od góry, tasuje i znów od nowa..., aż w końcu same układają się w logiczną całość.

I tak sobie pomyślałam, że skoro te książki o niepozornej rosyjskiej milicjantce - która rano by rozbudzić mózg powtarza zasady gramatyki języków ugrofińskich - sprzedały się w 30 mln egzemplarzy* i przetłumaczono je na kilkanaście języków, to znaczy, że bzdurą jest przekonanie, że masy są głupie.

Tymi 30 milionami czytelników nie mogli być sami wyrafinowani intelektualiści (nie ma ich tylu!), tylko ot, pani Zosia, pan Wiesio i Rysio... To oni sięgali po książki, w których jest jedynie sprawna akcja oraz perła w postaci logiki  Kamieńskiej. Nie ma fajerwerków, tańców na lodzie i brokatu.

Coś więc ich w tej logice - nieopakowanej w żadne pozłotki - musi przyciągać.

Czyli książka/film/cokolwiek dla masowego odbiorcy, nie musi być płytka, wrzaskliwa i tandetna. Masowy odbiorca nie jest kretynem i sięgnie też po coś gęstszego.

Ale trzeba to umieć dla niego wymyślić. Marinina potrafiła, ale Ci, którzy zapakowali telewizje - i nie tylko - nic nie wartą błyszczącą papką, ponoć w imię lepszej oglądalności - nie.

A może im się nie chciało, bo i po co? Kiczowate, krzykliwe nic - gdy tak niewiele jest w zamian - i tak się sprzeda.

 

* dane za www.wab.com.pl

poniedziałek, 08 czerwca 2009

Nigeryjczyk, Ilfy Nwamana*, autor książki „Stadion. Diabelskie Igrzyska” na pytanie Ewy Winnickiej z „Polityki”: „Nie odczuwa Pan w Polsce dojmującego rasizmu?” odpowiada:  - „Znów to pytanie. Ciągle spotykam Polaków, którzy narzekają na swój kraj i kiedy widzą czarnego człowieka, od razu mu współczują. To naprawdę bywa męczące. Afrykanie potrafią żyć w Polsce, podobnie jak żyją w innych europejskich krajach”.

Dziękuję Panie Nwamana za te słowa. Też mi się tak wydawało.

PS. Ilfy Nwamana, Nigeryjczyk, absolwent anglistyki, lat 39, od 2005 roku w Polsce, pracował na Stadionie Dziesięciolecia w Warszawie. Informacje i cytaty za Polityką z 30 V’09

niedziela, 07 czerwca 2009

Lidia Pańkow w Wysokich Obcasach pisze o zielonych partyzantach. To ludzie, którzy bez pytania nikogo o zgodę sadzą rośliny w miastach – na przystankach, zaniedbanych klombach, dziurach w jezdni, w murze…

Bardzo mi się ta inicjatywa podoba - przez swoją wdzięczną anarchię i przez przyrodę. Niestety wielu ludzi już przyczepia do niej ideologię, a chyba niepotrzebnie. Tego, staram się nie słyszeć, poza tym na szczęście, często obywa się jednak bez zbędnego gadania, ludzie po prostu sadzą rośliny - np.  Jacek Powałek z Warszawy z pomocą sąsiadów i wbrew urzędników zrobił park na Kabatach.

Przy okazji, moja mama niedawno posadziła malwy koło obskurnej klatki schodowej swojego bloku. Nikogo nie pytała, czy może. I pewnie wiele jest takich pań, emerytek, które posieją, posadzą tu i tam, ot tak, żeby było ładnie. Nie dbają o to, czy to zielona partyzantka, czy czerwona, czy fioletowa. I dobrze, byle rosło. 

PS. Dla swojej pamięci, może kiedyś sprawdzę, spisuję za Pańkow  nazwiska, słowa-klucze i linki do zielonej partyzantki: Richard Reynolds „On Guerilla Gardening: a handbook for gardening without boundaries”, www.guerillagardening.org, www.mpo.blox.pl, www.lizchristygarden.org, Anna Garforth z Londynu (pisze na murach mchem).     

niedziela, 31 maja 2009

Na przystanku autobusowym zobaczyłam mężczyznę, który trochę mnie przestraszył, a bardziej obrzydził. Napakowany w barach, łysy, małe oczka, raczej niewysoki, szedł ciężkim krokiem…

Koszulę miał rozpiętą i drapał się zawzięcie po brzuchu. Z nieobecnym wzrokiem, jakby to drapanie wprawiało go w trans.

A z paska dżinsów wystawały mu majtki w zielony wzorek. Całkiem sporo tych gaci było widać.

Już prawie pomyślałam "ale bydlak", ale przyszło mi do głowy, że on kiedyś był niemowlakiem... Miał gładką skórę, na głowie meszek, tak pachniał, że chciało się go przytulić. Tyle, że to musiało być krótko.  Bo później już chyba wszystko u niego szło nie tak….

Na moim przystanku codziennie siedzi stara, drobna kobieta. Ma wielkie czarne oczy w zapadłej twarzy i powyginane dłonie, jak szpony ptaka. Ubrana jest w stare, znoszone ciuchy. Nigdzie się nie spieszy, tylko patrzy z kąta.

Czasem spyta kogoś z czekających na autobus „Czy ma Pani dla mnie złotówkę?”, „Da mi Pan jedną truskawkę?”

Gdy ktoś wyciera nos, ona zawsze prosi o jedną chusteczkę higieniczną.

Kiedyś na przystanek przyszła inna kobieta, jakoś podobna do niej. - Chodź Pani tu - ożywiła się „moja” i przegoniła innych ludzi ze swojego kąta.

Myślałam, że się znają. Ale nie. „Moja” spytała ją o imię, i od razu przeszła do rzeczy:

Ile ma lat?

Na którym piętrze?

Czy jest winda?

Czy mieszka sama?

Później zamilkły. Wszystko co najważniejsze już sobie powiedziały.

niedziela, 24 maja 2009

W piątek jechałam taksówką z Dworca Centralnego do pracy i zorientowałam się, że miłym, bystrym kierowcą jest chłopak z którym pokłóciłam się kilka tygodni, a może miesięcy temu (wtedy też był taksówkarzem). 

Trudno ustalić kiedy to było, bo co trzecia, co druga moja podróż taksówką w Warszawie kończy się awanturą - o drogę, o ustawienie licznika, o ton…

No, ale ten chłopak był w porządku. Jakim cudem więc, jakiś czas temu tak wyprowadziłam go z równowagi (a nie wygląda na wybuchowego), że nie chciał pieniędzy? Chodziło mi o wybór drogi, a że był setnym z rzędu warszawskim taksówkarzem, który wybiera dłuższą, więc nie wytrzymałam.

Potem jednak miałam wyrzuty sumienia. Dlatego w ostatni piątek  skorzystałam z okazji i go za tamtą awanturę przeprosiłam.

Dobrze się z tym później czułam. Niestety parę godzin później znów męczyło mnie sumienie – po tym jak pokłóciłam się z pewnym współpracownikiem, który zawalił pracę.

A wieczorem usłyszałam od mojej mamy, która zastanawiała się nad swoją prywatną sprawą i której ani o taksówkarzu, ani o współpracowniku nie opowiadałam: - Wiesz, nie można lekceważyć żadnego człowieka, nawet jak się go nie lubi.

Uups!  To prawda. Tak się powinno odnosić do ludzi (nawet w kłótniach - bo tych się nie uniknie), by potem nie gryzło sumienie.

Jak to robić? Jak o tym pamiętać? 

Śniadanie z R., która przyjechała z córką Anią na dwa tygodnie do Polski i nocowała u mnie.

Na stole amarantowe peonie, jemy truskawki, świeci słońce, ja zamierzam spóźnić się do pracy… Zapachniało wakacjami.

R. mówi: - Akurat jak jestem na urlopie, w moim ogrodzie zakwitną rododendrony. I nie zobaczę też, jak kwitną moje ukochane maki.

Ania, która znudzona naszą rozmową, zajmowała się właśnie wykrawaniem małych kółek z serka mozarella, ożywiła się: - A ja? Czy ja jestem Twoim ukochanym makiem?

- Najukochańszym! - roześmiała się R.

- A tata? - chciała wiedzieć Ania.

I zaczęły się pytania. Jakim makiem jest babcia, w którym rzędzie maków są wujkowie, ciocie.... I to o którym obie wiedziałyśmy, że padnie - jakim makiem jestem ja.

Było sporo śmiechu i trochę zakłopotania, bo my z R. nie przyzwyczajone do takich deklaracji. 

wtorek, 19 maja 2009

Szkoda, że czasem pracownik - pracownikowi bywa wilkiem, mimo że łatwiej byłoby pozostać po prostu człowiekiem.

Poprosiłam w mailu kobietę z zagranicznej drukarni w której moja firma zleciła druk książki, by pomogła mi poruszać się po ich ftp-ie (po ludzku: katalog tej drukarni w Internecie). To było konieczne, bo tam wstawili naszą książkę, którą właśnie miałam sprawdzić. Czasu było mało, ich ftp był skomplikowany...

Liczyłam, że da mi kilka prostych rad, ale ona odpisała: - Wszystko o obsłudze ftp-a znajdziesz w instrukcji, którą Ci wysyłam.

Gdy otworzyłam instrukcję, zgłupiałam. 28 stron po angielsku, na każdej tabelki, strzałki, wykresy! Do tego techniczny język!

 - Do cholery! - wkurzyłam się.

Napisałam maila do kobiety z zagranicznej drukarni: - OK, skoro nie możesz mi inaczej pomóc, to właśnie rozpoczynam studia na kierunku „Jak poruszać się po Waszym ftp-ie i o co chodzi w instrukcji”. Zajmą dużo czasu, dlatego nie zdążę sprawdzić książki w umówionym terminie”.

Odpisała natychmiast:  Kliknij klawisz taki a taki, potem następny i wpisz to i to.

To wystarczyło mi, by sprawdzić książkę. Instrukcję wyrzuciłam do kosza. A Anna okazała się później całkiem przyjazną kobietą. I po co nam były te głupoty po drodze?