Zakładki:

To głupie

niedziela, 15 sierpnia 2010

 Zepsuła mi się walizka na kółkach. Celowo piszę „zepsuła się”, choć oderwała się od niej tylko rączka, a reszta walizki jest w dobrym stanie.

Zepsuła się – bo co mi po walizce, której nie uda się podnieść? Nikt mi tej rączki przecież nie naprawi, bo niby kto i gdzie?

Potrzebny byłby lutowacz albo ślusarz, a w mojej okolicy nie ma takich punktów (tylko jeden szewc został, drugi chyba umarł, bo jego mały zakład ostatnio ciągle jest zamknięty). A ja nie mam czasu na szukanie lutowacza albo ślusarza.

Dlatego muszę wyrzucić dobrą walizkę, po kilkunastu wyjazdach i jednorazowych obciążeniach sięgających maksymalnie ok. 22 kilogramów.

Tak jak ja wyrzucam walizkę, wywalamy dobre komórki, gdy siądzie bateria, wywalamy dziurawe skarpetki, rajstopy, walkmeny, programy komputerowe, telewizory, tanie meble z Ikei, komputery… Tak będziemy wyrzucać buty, kiedy umrze ostatni szewc w naszym mieście (niewielu szewców ma uczniów).

Wszystko jest w miarę tanie, dlatego łatwiej kupić nowe, niż naprawiać.

I to jest właśnie kultura tektury w której żyjemy. Kultura tymczasowości.

Produkujemy szybko, tanio, dużo. Mnóstwo rzeczy, zwykle słabej jakości (walizka), na trochę, na chwilę … bo zaraz wejdzie nowe, modniejsze, lepsze.

A jak to się wiąże z obserwacjami Billa Brysona, autora książki „Ani tu, ani tam. Europa dla początkujących i średniozaawansowanych”? Cytowałam je w poprzedniej notce, teraz przypomnę - Bryson uważa, że poprzednie pokolenia pozostawiały po sobie piękne katedry, domy, kamienne mostki, my zostawiamy tylko hipermarkety, a w najlepszym razie budowle użyteczne.

Jaki to ma związek z moją walizką? No ma. Los walizki wyprodukowanej na trochę, na kilkanaście podróży to w mikroskali to samo co dzieje się w szerszym wymiarze, np. architekturze (choć nie tylko).

Kiedyś katedry i ważne budowle stawiano przez dziesiątki, albo i setki lat. Teraz -  w rok, albo dwa.

Budujemy szybko i bez zbędnych ceregieli.

I chyba także na trochę. No bo czy ktoś wierzy, że Złote Tarasy w Warszawie przetrwają sto lat? Po co? Potrzebne będzie co innego, to Złote Tarasy się zburzy i już.

To jest właśnie nasza cywilizacja tymczasowości. Czy "na chwilę", "na szybko" nie charakteryzuje też trochę obecnych relacji społecznych, związków między ludźmi? Albo choćby naszych codziennych aktywności?

Weźmy mnie samą, zachłannie wyjeżdżam gdzie mogę, ale potem nie znajduję czasu, by ten wyjazd przetrawić, by się obczytać po uszy, aby to co widziałam, było bardziej zrozumiałe i zostawiło we mnie mocniejszy ślad. Jeżdżę dużo, na krótko, na płytko. Jeden wyjazd nie przetrawiony, a już go przykrywa kolejny...

I czy to wszystko razem wzięte do kupy, nie jest odpowiedzią, dlaczego nikt już nie robi ceregieli z budowaniem pięknych katedr, kościołów?

W tym zdyszanym świecie, zajęci zarabianiem na te wszystkie rzeczy i aktywności (wyjazdy!), które są w zasięgu ręki, często nie mamy czasu na katedry. Ani na ich piękne budowanie, ani na chodzenie do nich. Zapominamy, że są ważne.  

Wszystko szybko i bez jakości. 

A tę notkę, składającą się z słusznych intuicji, ale powierzchowną i nie uporządkowaną -  pisałam 45 minut. Bo teraz pisze się szybko.

 

 

Czarny diament - biblioteka w Kopenhadze

Powyżej - przykład architektury współczesnej, budynek biblioteki w Kopenhadze, zwany Czarnym Diamentem. Ja nawet nie mogę powiedzieć, czy mi się podoba, czy nie. We mnie ten sterylny budynek nie wzbudza żadnych emocji. A Akropol w Atenach mnie poruszył, podobnie jak stare kościoły w Prowansji, czy katedra w Kolonii. Może więc w tym Czarnym Diamencie jest tylko doskonała forma, ale duch gdzieś się zagubił? Tak się tylko zastanawiam.   

 

niedziela, 05 kwietnia 2009

 

Jest niedziela, blisko 20 stopni, ludzie wymęczeni zimą pchają się na słońce. A żadna z knajp w mojej okolicy - centrum Warszawy - nie wystawiła jeszcze stolików na dwór.

Czy tak trudno pomyśleć, że przy takiej pogodzie ludzie będą chcieli wyjść z domów, posiedzieć w słońcu, napić się kawy? 

Dlaczego w Berlinie mogłam się napić kawy na dworze w grudniu, choć padał w śnieg. Dlaczego w Mediolanie w lutym jadłam obiady w ogródkach przy knajpach i to samo robiły dziesiątki innych ludzi. Byliśmy w kurtkach, było jeszcze chłodno, ale i tak lepiej niż w pomieszczeniu.

A w Polsce knajpiarzom nie chce się wystawić stolików w kwietniu, gdy na dworze słońce pręży się jak kot. 

Ale OK, bez łaski. Piję kawą zdrowie leni na balkonie!