Zakładki:

Podróże

wtorek, 01 czerwca 2010

Miałam napisać o tym, że udało mi się kupić świetny, w miarę tani bilet na podróż z Warszawy do Wiednia - kuszetka za 39 euro w jedną stronę i tyle samo za powrót.

Cieszyłam się z tego. Brakuje mi i czasu i pieniędzy, a taki bilet na nocny pociąg to dobry patent na niedrogie zwiedzanie Europy w weekendy (wyjazd w piątek wieczorem, powrót w poniedziałek rano, całe dwa dni na oglądanie)

Tak się tym nakręciłam, że już planowałam, iż następnym razem pojadę tak na weekend do Salzburga (z Wiednia to tylko dwie godziny, a z Warszawy do Wiednia raptem - 9), a w kolejne weekendy do Słowenii, Hamburga...

I o tym wszystkim właśnie chciałam napisać, ale nie zdążyłam, bo wyjechałam do Wiednia.

Ledwo w Warszawie wsiadłam do przedziału, zajrzał konduktor i powiedział do mnie i drugiej pasażerki, że kiedy pociąg będzie przejeżdżać przez Czechy, musimy koniecznie zamknąć drzwi od wewnątrz i pochować wszystkie cenne rzeczy.

W drodze powrotnej to samo. Jeszcze w Wiedniu konduktor przestrzegł nas przed podróżą przez Czechy. Kiedy pytałam go, co może się zdarzyć, powiedział „różnie bywa”. A na pytanie czy te zamki w drzwiach chronią, oględnie odparł „zawsze to jakieś zabezpieczenie”.

No i tak.

Gdyby to było zabawne, napisałabym teraz o Rumcajsie - pyzatym rozbójniku z powieści Vaclava Ctvrtka. Rumcajs grasował w okolicach Jicina, a to nieopodal trasy przejazdu pociągu… I później dodałabym, że wszystko wiąże się z literaturą.

Ale nie jest mi do śmiechu.

Od dziecka wiem, że w pociągach nie powinno się spać i trzeba trzymać bagaże przy sobie. Tak się u nas podróżuje odkąd pamiętam.

Jednak gdy konduktor każe mi się dobrze zamknąć w przedziale na czas przejazdu przez Czechy - podczas gdy pociąg jedzie przez trzy kraje, w tym także przez Polskę i Austrie - to już zupełnie inna sprawa.

Dlatego chciałabym wiedzieć o co chodzi.

Czy konduktorzy ostrzegali mnie przed drobnymi złodziejami, którzy w Czechach podprowadzają nieostrożnym pasażerom portfele? Wtedy zamknęłabym przedział, schowała dobrze komórkę i portfel i pewnie bym zasnęła.

Czy może ostrzegali przed bandziorami ze zorganizowanej szajki, którzy potrafią cicho otworzyć zamek w drzwiach do przedziału, uśpić gazem pasażerów i okraść ich do majek?

Czy konduktorzy ostrzegali pasażerów sami z siebie, bo są porządnymi ludźmi?

Czy też dlatego, że taka jest polityka przewoźnika? Jeśli tak, to nie chcę wnikać w jej meandry, ale spytam:

1. Dlaczego przewoźnik utrzymuje połączenie, na którym pasażerowie nie czują się bezpiecznie? Dlaczego je promuje, chwali się nim?

2. Czemu już kasjerzy podczas sprzedaży biletów nie informują, że podczas przejazdu przez Czechy trzeba będzie szczególnie uważać?

To naiwne pytania? Być może to, że chcę podróżować bezpiecznie jest naiwne. Ale to, że przewoźnik jasno nie informuje mnie co mnie czeka w podróży, choć bierze za to pieniądze, nie jest w porządku. Nie jest przyzwoite.     

niedziela, 21 czerwca 2009

Jestem pod wrażeniem! Kupowałam w Internecie bilet na TGV z Paryża do Quimper w Bretanii. Nieufnie, bo Francuzi potrafią być nieprzewidywalni.

Nie szło mi gładko. Na długo utknęłam na stronie TGV, która najpierw sama proponowała mi połączenia w wybranym terminie, a gdy je akceptowałam, wypluwała komunikat: nie ma takich pociągów.

W końcu się dogadałyśmy. Mimo to wypełniałam kolejne okienka, pewna, że jeszcze jakiś królik wyskoczy z kapelusza.

No i gdy doszło do płacenia, pojawił się komunikat: płacisz teraz, a bilet możesz odebrać we Francji w maszynie biletowej, używając karty kredytowej, którą właśnie płacisz. Karta musi być z chipem.

No to dupa. Nie miałam karty z chipem, poza tym maszyny biletowej we Francji nikt przy zdrowych zmysłach, kto nie jest Francuzem NIE OBSŁUŻY. Wiem, bo próbowałam.

Ale była też druga opcja. TGV proponowało: przyślemy Ci bilet pocztą - jak jesteś z Francji, Hiszpanii, Niemiec, Niderlandów  w ciągu czterech dni, jak z innego kraju w ciągu siedmiu dni.

Nie miałam wyjścia – kupiłam. I spodziewając się tysiąca komplikacji i barier, powtarzałam sobie, spokojnie, tylko spokojnie.

Kilka dni później zajrzałam do skrzynki na listy, po wcześniejszym przygotowaniu pt „zaglądasz dla jaj, za dwa dni zajrzysz na poważnie. Teraz tylko tak otwierasz tę skrzynkę, ot z nudów…”.

A tam proszę – były bilety! Normalne kolejowe. Przyszły w pięć dni. Niech żyje Francja!!!

środa, 17 czerwca 2009

Po latach podróży polskimi kolejami (zwłaszcza między Warszawą a Olsztynem, gdzie pociągi towarowe udają pasażerskie), nigdy nie sądziłam, że napiszę choć jedno dobre słowo o PKP.

Ale w poniedziałek jechałam pociągiem z Łodzi do Warszawy i …zobaczyłam, że przez dziesiątki kilometrów, wzdłuż torów rosną maki. Pięknie się czerwieniły w porannym słońcu i zdawały się ciągnąć bez końca… Miło było na nie patrzeć.

Maki to wolne, polne kwiaty i rosną, gdzie im się chce. Dlatego nie myślę, że same tak karnie wzdłuż torów się ustawiły. Czyli to… aż trudno mi wymówić… zasługa PKP. I to było to dobre słowo o kolejach.