Zakładki:

Bretania

wtorek, 27 lipca 2010

Dlaczego tak lubię przewodnik Ewy Waliszewskiej „Kolory Bretanii”?

Po pierwsze Waliszewska jest dla mnie wiarygodna - zajmuje się Bretanią od lat (pracuje w poznańskim „Domu Bretanii”), to jej kolejna książka o tym regionie. Przełożyła i przygotowała do druku m.in. bretońskie baśnie i opowiadania bożonarodzeniowe, była współautorką innego przewodnika.

Po drugie - nie mam poczucia, że jak niektórzy autorzy przewodników, albo książek związanych z podróżami, ślizga się po powierzchni. Nie wstawia banałów typu: na przepastnych plażach znajdzie się miejsce dla miłośników plażowania, którzy wieczorem mogą z nich  podziwiać zachody słońca.

Pisze konkretnie - zaczyna od podstawowych informacji o Bretanii, ale jestem pewna, że musiała przez wiele źródeł się przekopać, by takie „podstawowe” informacje napisać. To nie jest szybka, depeszowa wiedza z byle encyklopedii, tylko rzetelne ale lekko napisane teksty o historii, języku, kuchni, muzyce czy religii Bretończyków.

Weźmy język - Waliszewska sięga do jego celtyckich korzeni, a kończy na czasach współczesnych, znajdując miejsce nawet na mapkę, która pokazuje zasięgi bretońskiego dziś i przed wiekami. Przy czym nie pisze akademickiego podręcznika, wciąż  konsekwentnie trzyma się formuły przewodnika.       

Później opowiada o miejscach wartych obejrzenia (a jest ich wiele na półwyspie bretońskim!) - zaczyna od północnego wschodu, dochodzi na zachód do Atlantyku i „wraca” dołem, opisując południową część Bretanii.

W tej niedużej książce są wykorzystane nawet marginesy - nie tylko na mapki, czy zdjęcia, ale na drobne z głębokiej szafy wydłubane informacje - np. o legendach, odpustach, świętych czczonych przez Bretończyków, korsarzach, czy pisarzach z Bretanii.

Nawet po zdjęciach widać, że autorka koniecznie chce pokazać czytelnikowi Bretanię z każdej strony - są na nich zabytki, granitowe domy (fasady i detale), wiadukty, mostki, bretońskie czepce i omszałe krzyże, a także lasy, skały na wybrzeżu i tak charakterystyczne dla Bretanii hortensje. I nie tylko!

Taka to książka. Jak dla mnie kanon przewodnika (z Lonely Planet wezmę chyba rozwód - ale o tym kiedy indziej).

Gdybym miała się czepiać, to napisałabym, że przydałoby się trochę osobistych opinii, ale nie będę się czepiała, bo nie ma po co. Tak jak jest, też jest dobrze, po prostu taka konwencja.

To książka, która całą stronę poświęca bretońskiej pogodzie! I nie tylko rozprawia się na niej ze stereotypem iż w Bretanii ciągle pada, nie tylko pisze o tym co w Bretanii bardzo ważne - czyli o kolorach nieba, ziemi, chmur. Ta książka tak docenia wagę bretońskiej pogody i kolorów, że o niej nie mówi już autorka z Poznania, tylko rodowity Bretończyk, pisarz Louis Guilloux, który jednocześnie bardzo przyjaźnie do Bretanii zaprasza.

A tak marginesie - mnie się wydaje, że w Bretanii naprawdę ciągle pada. Zdaje się, że ja wciąż jestem na etapie stereotypów turystki :-)    

Kończę już, bo dochodzi północ. A tę notkę młodym i starym autorom szybkich, płytkich  książek skrojonych w dwa miesiące życzliwie dedykuję. 

piątek, 16 lipca 2010

Obierałam wczoraj czerwone porzeczki do galaretki na zimę. Lubię robić konfitury, powidła, czy galaretki, bo … w głębi ducha jestem ze wsi.

Na tej mojej wsi był drewniany dom z ażurowym gankiem, była spiżarnia, a w dużej kuchni pod nogami plątały się koty.

Latem kisiło się kapustę w beczce, kroiło jabłka na dżem, zasypywało maliny cukrem i w słojach stawiało na nasłonecznionym oknie, by puściły sok.

Spędzałam tam każde lato w dzieciństwie.

Dziś ten dom już nie należy do mojej rodziny, nowy właściciel porąbał ganek i obmurował drewniane ściany. Ale ja rok w rok, w środku lata, zaczynam szykować się do zimy. Obojętnie gdzie mieszkam - przy Piotrkowskiej w Łodzi, czy w centrum, spoconej, zdyszanej Warszawy.

Tak mi zostało i niech tak będzie.   

A wracając do kuchni, obieranie porzeczek, to nudna robota. Dla rozrywki, starałam sobie przypomnieć książki czy historie, których bohaterki/bohaterowie smażyli dżemy czy gotowali kompoty na zimę.

Efekty były marne. Na pewno w „Smażonych zielonych pomidorach” Fannie Flagg, w którymś z opowiadań Anne Proulx, i prawdopodobnie u Jane Austen - tego nie pamiętam, ale w książce „Księga potraw Jane Austen” jest przepis na „marmeladę z moreli”. No i jeszcze przypomniała mi się prywatna wytwórnia konfitur, którą Mrożek z żoną Susaną mieli w Meksyku.

Mało. Na pewno było tego dużo więcej - plątały mi się po głowie, cienie innych kuchni, smaków, zapachów, ale nie chciały lepiej wypłynąć z pamięci.

Gdy wrzuciłam porzeczki do garnka, sięgnęłam po ściągę. Kiedyś „Wyborcza” wydała zeszyt „Dla moli książkowych” - zbiór kilkunastu przepisów na potrawy, które pojawiały się w książkach i do tego stosowne cytaty. Wygrzebałam go spod sterty papierów i zaczęłam szukać.

Niestety, tam z przetworów przywołali tylko „Smażone zielone pomidory”.

Ale ja przeglądając, zapomniałam o dżemach. Ku swojemu zdumieniu znalazłam tam ślad Bretanii - zdziwiło mnie to, bo w polskiej literaturze i prasie Bretania jest bardzo słabo opisana.  

A tu proszę - w zeszycie kulinarnym był przepis na bretońskie naleśniki czyli crepes. Crepes jedli bohaterowie książki Haliny Auderskiej „Miecz syreny”. W życiu bym nie pomyślała, że Auderska pisała kiedyś o Bretanii... Skąd jej to wzięło? Dlaczego wstawiła Bretanię do swojej książki? Sprawdzę to później...

Bo najbardziej podoba mi się, że moja wieś z dzieciństwa spotkała się z Bretanią. Z Bretanią do której od jakiegoś czasu nie wiedzieć czemu mnie ciągnie. A gdy tam jestem natrętnie przypomina mi się Kornica.

Nie prosiłam o to, nie szukałam specjalnie, sprawdzałam tylko kto pisał o  galaretkach  i powidłach. 

niedziela, 27 czerwca 2010

Gdy pierwszy raz weszłam na plażę w bretońskim Saint Malo zdziwiłam się, że nikt oprócz mnie nie zbiera muszli. Był akurat odpływ i na mokrym piasku mieniły się ich tysiące.

Leżały co pięć, dziesięć centymetrów. Muszle w kształcie dziesięciocentymetrowych patyków...  Muszle jak stożki albo spiralne ze ślimakiem w środku. Jednobarwne, nakrapiane czy w małe kreski, tworzące indiańskie wzory.

Jedne gładkie, inne o tak pomarszczonej powierzchni, że przypominała spódnicę w falbany z grubo tkanego materiału… 

A potem weszłam do morza. Tam dno było tak zasłane muszlami, że chodziłam nie po piachu, tylko po białym dywanie z muszli. Zrozumiałam dlaczego, mało kto się po nie schyla.

Gdy muszle już nie mieściły mi się w dużych kieszeniach spodni, zaczęłam wracać do wyjścia z plaży. Było cholernie daleko, bo morze właśnie się cofało. Nie umiem oceniać odległości na oko, dlatego zaczęłam mierzyć plażę stawiając duże kroki i licząc je. Kiedy doszłam do dwustu, miałam dość, a byłam może w połowie drogi.

Taka jest plaża w Saint-Malo w Bretanii, mieście w którym stoją pomniki dawnych korsarzy, żeglarzy i podróżników. Są na niej jedne z największych przypływów i odpływów na świecie. Podczas odpływu morze cofa się o kilkaset metrów, podczas przypływu zalewa potężne murowane wały ochronne.

Muszle są dosłownie wszędzie. W pobliżu wejścia na stare miasto plażę przegradzały w poprzek olbrzymie głazy - zdziwił mnie ich dziwny, jednolity, popielaty kolor. Gdy podeszłam bliżej, zobaczyłam, że całe pokryte są, niczym cienką skórą - warstwą maleńkich, dwu-trzy milimetrowych muszelek.

Kilkaset metrów dalej leżały wielkie kamienie całe obklejone setkami tysięcy małż. Jakby tego było mało - na ich muszlach były jeszcze mikroskopijne muszelki! Z kolei na grobli prowadzącej z plaży do starego fortu na wyspie, jedne muszle przykleiły się do płyt chodnikowych, a inne zaklinowały w szczelinach między nimi.

Ale morze wyczynia jeszcze inne cuda na tej niezwykłej plaży. Któregoś dnia, po odpływie, zobaczyłam, że na piachu jest mnóstwo małych kupek - gdy przyjrzałam się im bliżej zobaczyłam, że to piasek poskręcany w regularne supły, z całkiem sporą liczbą splotów.

To pewnie cofająca się woda skręca piasek w takie filigranowe figury. Ale jak? Dlaczego? Jakim cudem siła wody może wyrzeźbić tak misterne cacka? Chciałabym porozmawiać o tym z  jakimś oceanografem.

Może by też wytłumaczył, dlaczego jednego dnia, po odpływie, na piasku zostały odciśnięte rysunki drzew - na każdym był pień i gałęzie od których odchodziły coraz mniejsze gałązki.  Rysunki nie miały więcej niż trzydzieści centymetrów, ale były ich tysiące, regularnie rozmieszczone, jeden obok drugiego.

Jakby tego nie wystarczyło, po przypływie na plaży zostają też dziesiątki rodzajów glonów - od małych jak dłoń, po długie na dwa metry. Są glony różowe, seledynowe, żółte, brunatne, czarne. Gładkie jak papier i pomarszczone jak wstążki, te zielone przypominają sałatę…

Naprawdę, godzinami bez znudzenia, mogłam wpatrywać się w to co wyrzuca morze w Saint Malo.  Tam od świtu do świtu, bez przerwy, na piasku toczy się akcja doskonałego filmu przyrodniczego z zaskakującą akcją.

A potem pojechałam na zachód, w głąb Bretanii, do Roscoff. To małe miasto w otoczonym przez Atlantyk i wody Kanału La Manche departamencie Finistere. Jego nazwa pochodzi od łacińskiego finis terrae - koniec ziemi.

Tego dnia chmury na niebie miały kolor pomyj, od rana siąpiło i na szesnastowiecznej starówce Roscoff wśród popielatych domów z granitu było wyjątkowo ponuro.

Między dwoma budynkami wypatrzyłam wąskie przejście w kierunku morza. Przeszłam tamtędy i wyszłam na coś co w pierwszej chwili wydało mi się ogromnym, źle zaoranym polem. Jak okiem sięgnąć grudy błota, kamienie, kałuże… Czułam się jakby był, zimny, wyjątkowo nieprzyjazny marzec (a była połowa czerwca), albo  jakby znalazła się na planie filmowym „Chłopów” Reymonta, w czasie, gdy odgrywane są sceny na przednówku.

Przyjrzałam się bliżej tej breji w której stałam po kostki. A tam … były tysiące muszli - większych od mojej dłoni, ciężkich i masywnych. Płaskich, w kształcie wachlarza albo  wgłębionych jak półmiski. Niektóre były przyrośnięte do kamieni, po dwie, po trzy, po pięć i żadną siłą nie dawało się ich oderwać. Inne po po prostu leżały w wodzie, między grudami kamieni i błota. Tak wyglądał odpływ w Roscoff.  

Właściwie mogłam się tego pola muszli spodziewać, bo gdy godzinę wcześniej wysiadłam na dworcu i po raz pierwszy przechodziłam przez Roscoff, widziałam, że wielkimi muszlami wyłożone są podjazdy przy bramach, a na niektórych domach muszle były wtopione w granitowe mury. - O, to tutaj takie muszle mają - pomyślałam sobie wtedy.

W wielu bretońskich knajpach za popielniczki służą ...muszle.

Ja wróciłam do domu z dwoma kilogrami muszli. I wciąż nie mogę się nadziwić różnorodności ich kształtów, powierzchni i barw. Wiem, że na tych muszlach morze opisuje  jakieś swoją historie, ale ja, jak kto głuchy, nie umiem ich usłyszeć.    

 

Poniżej plaża w Saint Malo podczas odpływu

Plaża w Saint Malo - odpływ

 

Plaża w Saint Malo - odpływ

Na zdjęciu powyżej - te kupki to piasek skręcony w miesterne supełki

Poniżej - rysunki na piasku po odpływie

Rysunki na piasku pod odpływie, plaża w Saint Malo

Poniżej - Saint Malo, stare miasto

Saint-Malo, widok na stare miasto

Poniżej: w Bretanii na wielu parkingach przy plaży, są znaki ostrzegające kierowców przed przypływem, bo woda często zalewa parkingi, zdjęcie z Saint Malo

Saint Malo, ostrzeżenie przed przypływem

Poniżej, mury obronne w Saint Malo, i tutaj w czasie wysokiego przypływu wdziera się woda 

Saint Malo, mury obronne, ostrzeżenie przed przypływem

Poniżej: widok na dawne więzienie, Fort National

Saint Malo, widok na dawne więzienie Fort National

Poniżej, muszle w Roscoff, podczas odpływu

Roscoff, odpływ, pole muszli

Poniżej: Roscoff, odpływ, widok na pomost z którego płyną łódki na wyspę Batz

Roscoff, odpływ, widok na pomost z którego płyną łódki na Wyspe Batz

poniedziałek, 24 sierpnia 2009

 

Hortensje w Finistere rosną na klombach, rondach, w przydomowych ogrodach, w lesie, pod murem kościoła i przy płocie... Musi im sprzyjać tamtejsza pogoda - jest ciepło i ciągle pada. Finistere to koncert hortensji na wiele barw. Błękitny, granatowy, różowy, bladoniebieski, czerwony...

  

Niżej - pod lasem za Locronan (dalej w lesie była cała polana tych kwiatów)  

Locronan

 

Niżej - nadal Locronan, przy kościele

 

 

Zdjęcie poniżej zrobiłam zza szyby autobusu, już nie pamiętam gdzie, w każdym razie na jednym z niezliczonych tamtejszych mini rond. One wszystkie są obsadzone kwiatami. Monika Handke, która mieszka w Bretanii, w swojej książce "Dom nad Aven" narzeka, że to niebezpieczne, bo zasłania widoczność kierowcom. A mnie się od razu przypominają urzędnicy z Mazur, którzy rżną hurtowo drzewa rosnące na poboczach tamtejszych dróg - właśnie w imię bezpieczeństwa kierowców.  Może jednak wystarczyłoby wolniej jeździć?

Benodet

 

 Poniżej hortensje w Quimper nad rzeką Odet na której wszystkie mosty obsadzone są kwiatami. Uszanowania dla ogrodników miejskich z Quimper

Quimper

czwartek, 20 sierpnia 2009

Bretania - dom w Camaret

Od powrotu z Bretanii, ciągle się siebie pytam - co mi się tam tak spodobało, czy nie ulegam modzie albo opiniom autorów, których polubiłam?

Na razie wiem tyle:

Polubiłam przyrodę. Łagodny, zielony krajobraz, pola ze śmiesznymi walcami - snopkami zbóż, stadami sennych krów…, przypominający mi wieś na Kielecczyźnie, gdzie spędzałam wakacje  w dzieciństwie.

A druga odpowiedź przyszła dziś sama. Poszłam w Warszawie do Złotych Tarasów. Nic do nich nie mam, sklep blisko domu. Ale kawy tam się nie da napić. Wszystkie knajpy stoją przy estradzie z której wali ogłuszający łomot.

Latem, taki cholerny jazgot jest w Polsce wszędzie. Obojętnie czy to Warszawa, Łódź, Ciechocinek, czy Olsztyn … - długo tam mieszkałam na pięknej starówce i każde lato było horrorem, zewsząd dochodziła muzyczna rąbanka.

No więc w Bretanii tego nie ma. Jest nie tylko pusto (mimo ośmiu milionów turystów, którzy co roku ściągają na półwysep bretoński), ale i cicho. Nie ma chamówy łomotu. I to wystarczy, by czuć się tam dobrze.   

czwartek, 30 lipca 2009

Ciekawe, czy w Finistere** dziś pada. Kiedy ja tam byłam (wróciłam kilka dni temu), lało ciągle. Ale to nie miało znaczenia, bo po deszczu przychodziło słońce, a roślin dzięki wilgoci, były takie świeże, jak u nas w deszczowym maju. Ja odkąd przyjechałam, cały czas grzebię w swojej bibliotece i przewalam Internet w poszukiwaniu informacji o Bretanii.

Już na dworcu w Rennes, gdy przesiadałyśmy się na pociąg do Quimper, poczułam, że zaczyna się coś fajnego. Czy to przez zapach mokrego powietrza, ciepły wiatr, który poczułam, gdy paliłam przed dworcem? Czy przez sam dworzec, gdzie knajpy wewnątrz były ustawione tak, że tworzyły uliczkę - jakby z ładnej starówki... Nie mam pojęcia. Tak jak nie wiem, czy naprawdę stał tam drogowskaz z napisem „Boulangerie”.  Ale w mojej głowie on tam stoi.

A później wszystko było jeszcze lepsze. W Quimper trwał festiwal muzyki celtyckiej i na każdym niemal rogu grali kobziarze, a na głównym placu ludzie w wieku od lat 4 do 80, tańczyli lokalne tańce - tak o, kto podszedł, ten tańczył. W Benodet – ocean wypluł algi, różowe, brunatne, zielone, bure, brunatne i żółte, a piasek był gęsty od muszli; w Camaret lało jak z cebra i nie udało nam się podejść z bliska do omszałych wraków statków, ale za to w portowej knajpie mieli świetne małże w sosie cury i creme brule z chrupiącym, przypieczonym kożuchem na wierzchu.

W Pont-Aven są najlepsze ciastka maślane na świecie (wiem, bo jestem ekspertem), na Pointe du Raz - rozległe wrzosowiska, a o skały obija się ocean.

Na niebie non-stop był wyświetlany sensacyjny film. Chmury wielkie jak pierzyny były tak nisko, że wydawało się, że można dotknąć je ręką. Raz białe i skłębione jak bita śmietana, innym razem sine i tak tłuste, jakby miały pęknąć. I często pękały deszczem. Cały czas chodziłam w przeciwdeszczowej kurtce i …klapkach na bosych nogach, bo nie było zimno. Ciągle wiał letni wiatr, który suszył przemoczone ciuchy.

I jeszcze mewy, który drą się ciągle (niektóre wielkie jak kaczki), przejrzyste powietrze i hortensje z kwiatami jak główki kapusty. Niebieskie, granatowe, błękitne, białe, fioletowe, czerwone, amarantowe…

Teraz będę jeździła tylko tam.

Z Paryża do np. Saint Malo pociag jedzie raptem trzy godziny (a samolot Air France z Warszawy do Paryża przylatuje już g. 9 rano) . Jakby się uprzeć, to i na weekend można wyskoczyć. A w ferie świąteczne to i do Finistere można dojechać.

 

** Finistere – jeden z pięciu departamentów Bretanii, położony najbardziej na zachód, z trzech stron otoczony oceanem.

 

W Quimper, wszędzie ktoś grał

 W Quimper zewsząd dchodziła muzyka; grali wszędzie na ulicach, przystankach, mostach

Quimper, rzeka Odet, przypływ 

Quimper          

 Hortensje na osiedlu w Quimper

Quimper

Benodet, odpływ

 

algi w Benodet, odpływ

Benodet, odpływ, wodorosty na plaży i charakterystyczne dla Bretani głazy

plaża w Benodet, odpływ

Audierne, odpływ, widok z okna autobusu

Audierne

Okolice Pointe du Raz, przylądka wbijającego się w ocean

Pointe du Raz, zza szyby autobusu

Wrzosowiska na Pointe du Raz

wrzosowiska i ocean na Pointe du Raz

Pointe du Raz, widok na ocean

Pointe du Raz

Locronan, bretońska pogoda

Locronan

Locronan

niedziela, 31 maja 2009

Amerykanin Mark Greenside, autor książki o kupowaniu domu w Bretanii mówi, że urok Francji to także tysiące absurdalnych drobiazgów, które wciąż zaskakują cudzoziemca.

Np. po jakie licho na francuskich dworcach kolejowych trzeba kasować bilety kupione wcześniej w kasie, skoro jest już na nich wydrukowana data i godzina odjazdu konkretnego pociągu? Nie da się na nie pojechać innym!

Też bym chciała to wiedzieć.

A oto moje „zaskoczenia” z Prowansji:

1.

W hotelu w Awignonie spytałam recepcjonistkę, czy mogę palić papierosy w pokoju.

- Nasz hotel ma taką zasadę, że w swoich pokojach nasi goście robią to, co im się podoba - odparła takim tonem, że od razu w głowie wyświetliły mi się hasła „Wolność! Równość! Braterstwo!”.

No to paliłam sobie w pokoju. Ale ten hotel miał też swoją knajpę ze stolikami na dworze. Na każdym była popielniczka. Pewnego słonecznego ranka piłam kawę, paliłam, było miło… Nagle podeszła kelnerka i wskazała na policyjny samochód w pobliżu. - Proszę palić dyskretnie, tam są żandarmi - rzuciła i już jej nie było.

To można palić, czy nie można? I po co były popielniczki na stolikach?

 

2. Gdy z siostrą dotarłyśmy do hotelu na obrzeżach Marsylii, recepcjonistka dała nam elektroniczny klucz-kartę i wyraźnie powiedziała - pokój numer 45, pierwsze piętro. Obie to usłyszałyśmy. Taki numer był też na kluczu-karcie.

Tyle, że na naszym pierwszym piętrze numery kończyły się na numerze 44. A na drugim zaczynały już od nr 46! Nie było naszego pokoju z nr 45!

Nie mogli go też znaleźć inni turyści z tego piętra, których poprosiłam o pomoc. Dopiero gdy dwieście razy obejrzałam pokrowiec na klucz, zobaczyłam, że jest tam też maleńki numer 26. Tak, to też był numer naszego pokoju.

W jakim jeszcze kraju jest podwójna numeracja pokoi w hotelu?

3. Do innego hotelu w którym miałyśmy nocować przy marsylskim lotnisku, nie było żadnej drogi, którą mógł by dojść pieszy. A budynek był tak blisko, że widziałyśmy ile ma pięter i jaki kolor ścian.

Niestety każdy chodnik się w pewnym momencie urywał i dalej mogłyśmy z naszymi walizkami na kółkach najwyżej wmieszać się w sznur pędzących samochodów, które zapewne jechały drogą prowadzącą obok naszego hotelu.

Spróbowałyśmy  inaczej. Wbiłyśmy się w wielki, zapakowany samochodami parking. Przeszłyśmy setki metrów, aż do drucianego ogrodzenia za którym stał nasz hotel. I co dalej?

Tak była tam furtka - ale zamknięta. Już przygotowane na nocleg na lotnisku, chciałyśmy wrócić, ale nagle dostrzegłyśmy mikroskoijną tabliczkę z napisem „Aby otworzyć, dzwoń” i przycisk. Napis oczywiście był tylko po francusku.

 

niedziela, 24 maja 2009

 

Amerykanin kupuje dom w Bretanii… I co z tego?

Peter Mayle kupił dom w Prowansji, Frances  Mayes w Toskanii, Bodil Malmsten też w Bretanii, a Wiliam Wharton - barkę na Sekwanie w Paryżu i w niej zamieszkał... Każdy z nich napisał o tym książkę.

Prawie wszystkie mam i czytałam, więc po co mi kolejna, Marka Greenside’a „Nie będę Francuzem”? - Przyda się, jak będę jechała do Bretanii - dla mnie każdy pretekst jest dobry w ksiegarni. 

Dobrze, że ją kupiłam. Nawet nie z powodu Bretanii (autor czyni z niej taką Arkadię, że jego relację przyjmuję z przymrużeniem oka), ale dlatego, że fajnie było poznać Marka Greenside’a - komicznego neurotyka, który ze swoimi lękami, obawami, wyrzutami sumienia świetnie pasowałby do filmów Woody Allena, ale dziwnym trafem odnalazł się w wyrafinowanej Francji. Pojechał tam z dużą rezerwą (bo narzeczona chciała), ale urzekło go światło, ludzie... i wiadomo jak się skończyło.

Męki Greensidea z francuskim są bardzo śmieszne (zwłaszcza gdy on próbuje mówić po francusku, a Francuzi po angielsku), a jego zachwyty szczere jak u dziecka. Przy opisie kupiowania domu prawie płakałam ze śmiechu. Naprawdę trudno go nie polubić. 

Niestety nie rozwiał mojej pewnej mojej obawy związanej z Bretanią. Tam są przypływy i odpływy, podczas odpływu morze cofa się setki metrów, podczas przypływu zalewa parkingi. Skąd wiadomo kiedy, jest co? Jak oni wszyscy nie potoną? 

No więc Greenside o mało nie utonął z narzeczoną podczas przypływu, i zatopiliby pożyczone renault, gdyby nie pomoc francuskiego farmera, który wyciągnął ich z zalewanej plaży.

A ze mnie podobna sierota...    

Przy czytaniu tej książki, przypominała mi się moja zeszłoroczna podróż do Prowansji. Mimo że jak Greenside pojechałam do Francji z dużą rezerwą (tyle ludzi się nią zachwyca, pachniało mi to modą), to już po dwóch dniach, wszelkie uprzedzenia poszły w kąt.

Za pięknie tam, za smacznie i za różnorodnie, by zachować  dystans - dostojne Aix-an-Province, niefrasobliwe Arles, butelkowozielony od Rodanu Awignon, niespokojna, dumna Marsylia, którą obchodzi tylko ona sama…