Zakładki:

Kreta

poniedziałek, 29 czerwca 2009

Jeszcze raz o przyrodzie Krety.

Po pierwsze wiatr. Wieje cały czas i czyni upał lżejszym.

W mieszkaniu przeciagi, trzaskanie drzwi, wycie wiatru.

Po drugie rosliny. Na Krecie, to czego slonce nie wypali do suchej lodygi, to kwitnie. Ale nie spokojna, lagodna uroda, po cichu... tylko z wrzaskiem. Na czerwono, amarantowo, bujnie (kwiaty wsciekaja sie wlasnym pieknem).  

Przy drogach, w jarach i wawozach na stokach gor szaleja oleandry. Nie lubia samotnosci, w bandach, falami przelewaja sie na zboczach. Znajoma, która kiedyś była żoną Greka, mówi, że oleandry to chwasty, wysiewają się same i mnożą jak u nas mlecze.

Po trzecie swiatlo. Ciagle zastanawiam sie jakimi slowami je opisac. Niezwykle przejrzyste. Bardzo go duzo. Nie tak jak u nas: gdzie jest jasno po prostu. Tu swiatla jest tyle, ze szuka dla siebie przestrzeni, rozpycha sie, jakby mowilo: Jestem. Tak jak morze, jak deszcz, ziemia. Osobne, nieograniczenie obfite.

Rano i po poludniu ze swiatlem dzieje sie cos dziwnego. Jedyne okreslenie, jakie przychodzi mi do glowy, to jakby ktos wszedzie pozapalal lampy. Ich dodatkowe, az troche sztuczne swiatlo skupia sie glownie na roslinach. Bawi sie kolorami , wydobywa je, czyniac jeszcze intensywniejszymi - choc trudno uwierzyc, ze to mozliwe.

Okolice Chani

W Rethymnonie Rethymon

 

Gdy sluchalam jak mowi pewien polski pilot, przechodzily mnie ciarki. Jakby ktos obok mnie szorowal nozem po talerzu. Oto kilka przykladow:

** historia polskich zerwan jest podobna do greckich (chodzilo o powstania)

** mlodzi mezczyzni planuja swoje przyszlosci (planuja swoja przyszlosc)

** posmiertelna maska poety (mialo byc posmiertna maska)

** cialo zostalo ekskomunikowane po trzech latach (chodzilo o to, ze zostalo ekshumowane)

** materialnosc Grekow (chodzilo o materializm Grekow).

Sluchalam go i usilnie doszukiwalm sie sladow obcego akcentu. Moze jest cudzoziemcem, ktory nauczyl sie polskiego i zdarzaja mu sie bledy, ale i tak jak na cudzoziemca mowi swietnie?  Ale nie, zero obcego akcentu, Polak.

Elafonisi jest na poludniu Krety, nad Morzem Libijskim. Turkusowo-blekitna plytka, przejrzysta woda. Wysepki, zatoczki, bialy piasek, dziko, pusto. Obrazki jak z pocztowki, taki ziemski raj. 

Ale najciekawszy jest rozowy piasek na brzegu, gdzie rozbijaja sie fale. Gdy odplywaja pozostaje czerwona poswiata i mocno rozowy szlaczek z piasku. Wyglada to troche jak z horroru. Mnie ten szlaczek kojarzyl sie z krwia. 

To przez legende. Podobno gdy Kreta byla pod panowaniem tureckim, kilkuset greckich uciekinierow chcialo odplynac z wyspy przez morze libijskie. Turcy mieli ich zlapac, wszystkich wymordowac i utopic. Dlatego teraz morze zostawia na piasku slady krwi.

Brr. Trochę kicz. Zabawne jest, ze tej czerwonej poswiaty i rozowego szlaku nijak nie dawalo sie sfotografowac. Aparat "lapal" rozowe ziarenka piasku, ale na zdjeciach zadnej czerwonej poswiaty nie widac, najwyzej drobinki kolorowego piasku.   

 

13:14, kminek1 , Kreta
Link Komentarze (1) »

Tutaj w kazdym autobusie, oprocz kierowcy, jedzi konduktor. To on sprzedaje bilety, on wykrzykuje nazwy przystankow i patrzy wzrokiem bazyliszka na pasazerow - turystow, gdy w 30 stopniowym upale jedza batony Mars, a potem zastanawiaja sie w co by wytrzec umazane czekolada rece...

Jest krolem autobusu - pokrzykuje na zdezorientowanych poludniowym balaganem ludzi Polnocy (szczesliwych, ze autobus przyjechal, ze juz w nim stoja, jada dalej), komenderuje jak maja stac, gdzie usiasc.

Jest grozny, ale i laskawy - opiernicza turystow, ktorzy wybrali zly autobus ("You should take local bus" - wrzeszczy. A Ci patrza na niego pokornie, zbyt zakreceni, by zadac jedyne pytanie, ktore dzwoni im w glowie "Gdzie na Boga sa lokalne autobusy?"), po czym kaze kierowcy wysadzic ich w dogodnym dla nich miejscu. Taki dobry Pan.

I mnie zawsze wysadza tam gdzie chce (nie na przystanku) i oczywiscie mieszanym grecko-angielskim cos do mnie mowi. Przypuszczam, ze pokazuje mi, gdzie jest legalny przystanek.   

piątek, 26 czerwca 2009

Chce pojechac z Chani w glab wyspy. Autobusem, bo prawa jazdy nie mam. Ale moje pierwsze podejscie do dworca autobusowego to byla porazka. Upal, halas, goraczkowa bieganina, ludzie brzydcy. Nie wiadomo gdzie rozklad jazdy, gdzie stanowiska z ktorych maja odjezdzac autobusy. Ucieklam. 

Drugie podejscie bylo juz lepsze. Powiedzialam sobie: zapomnij o swoich nawykach z Polnocy, sprobuj myslec jak oni, wpasuj sie w ich rytm, nie myśl, ze autobusy maja odjezdzac z konkretnego stanowiska. I poszlo lepiej, wszystko stalo sie łatwiejsze.  

Hala dworca jest warta opisania. Za klimatyzacje sluza otwarte okna, jak wieje wiatr jest OK, jak nie, wpada zar slonca. Na scianach wisza stare zdjecia Chani, w rogu bar z ouzo, szkocka. W kacie siedza czterej starzy Grecy i rzna w kosci, obok dzieci bawia sie na symulatorach jazdy samochodem. Pasazerowie siedza na skorzanych fotelach (wiele z nich podartych) przy czteroosobowych stolikach. I co najwazniejsze - mozna w srodku palic, na kazdym stoliku stoi popielniczka . 

Czekalam na autobus, jaralam i kochalam Grekow, ktorzy zachodnia mode na niepalenie maja gleboko gdzies. 

A teraz wieje tak, ze przyszedl sasiad, ktory mieszka nade mna i powiedzial, ze jego suszarke zwialo na drzewo (mowil, ze to sosna, ale to nie jest sosna!) na wyskosci mojego balkonu. Wpuscilam go do pokoju i okazalo sie ze suszarka na ktorej jest poprzyczepiana bielizna faktycznie wisi na galezi. Sasiad sciagnal ja i najsmieszniejsze, ze bielizna caly czas sie jej twardo trzymala, jak przyklejona.  

Powiedzialam, ze mial szczescie, ze zwialo ja na dol, a nie powialo gdzies wyżej. Ale go nie rozsmieszylam.

W Chani warto uciec od tlumow turystow i zapuscic sie w waskie uliczki - weneckiego portu albo tureckiej dzielnicy. Przyjemnie sie po nich krąży - tak o gdzie nogi poniosą.

A wenecki port jest piekny. Morze podchodzi tuz pod stare, różnobarwne domy, które wygladaja jak falbany wielowarstwowej spodnicy - pierwszy rzad, kolejny i nastepne. Nie wiadomo gdzie konczy sie dach, gdzie zaczyna balkon i do ktorego domu nalezy.

Na cyplu wbijajacym sie w zatoke stoi odrestaurowana, wenecka latarnia - delikatna jak baletnica.

Po prostu tylko chodzic uliczkami, albo siedziec w porcie i patrzec. Na  domy, na wode, ktora pogodzila kolory - zielony, granatowy i szary. Na pobliskie plowe gory. A wiatr wieje jak wsciekly. Jest zdradliwy, bo nie czuje się  slońca, ktore mimo to pali.

Jest takie miasteczko, ktore codziennie mijam, gdy autobusem jade do Chani. Nazywa sie Platanias, ja mowie na nie Hotelowo i przyrzeklam sobie, ze nigdy sie w nim nie zatrzymam - nawte na ulamek sekundy. Sa tu same hotele Apolla, Venus, knajpy i sklepy z calym tym turystycznym syfem - tanie ciuchy, brzydkie ozdoby, szmaty udajace ludowe obrusy, plastikowe torby. Wszystkie najbrzydsze rzeczy jakie mozna sobie wyobrazic - sprzedaja wlasnie tutaj. Absolutna kwintesencja turystycznej brzydoty w skali jakiej dotad nie widzialam nigdzie.

Ale gdy wzrok przyzwyczai sie juz do tego apogeum kiczu, przez te warstwy brzydoty zaczynaja sie przebijajac ladne, proste domy z pelargoniami i kaktusami w oknach, ogrodkami gestymi od roslin, zbocza wzgorz zachwycajace czerwienia kwitnacych kwiatow. 

I co to znaczy? Moze to, ze Grecy sami dla siebie maja smak, umiar prostoty. A caly ten syf-kicz-ohyda jest dla nas, turystow. Bo my to kupujemy. Klapki w maskujace zolnierskie plamy, recznik imitujacy tygrysia skore, magnes - latarnie morska...

Kupujemy, a potem w Polsce sie krzywimy "Ale tandeta w tej Grecji".

Ciekawe, ze takiego nagromadzenia pamiatkowej ohydy nie widzialam ani w Prowansji, ani w Szwajcarii, ani w Andaluzji. Ale to chyba wynika ze skali masowej turystyki - w Grecji jest najwieksza.     

Na Krete warto przyleciec wieczorem, gdy zachodzi slonce. Piekny byl widok, gdy samolot lecial juz na tyle nisko, ze bylo widac pomarszczona gorami wyspe, a nad nia smieszne biale wianki chmur.  Pozniej obnizyl sie na tyle, ze zdawalo sie, ze podwoziem dotknie wody. Kreta byla tuz przed nami - jak grzbiet plowego zwierzecia we snie. To robilo wrazenie.

Ja wlasnie dla przyrody tu jestem. Dla tego przejrzystego swiatla, bujnosci roslin, sensacyjnych filmow na niebie - ze sloncem i chmurami w roli glownej.

W swietnej grecko-angielskiej ksiegarni w porcie w Chani kupilam juz sobie ksiazke o roslinach na Krecie. Dzis w nocy czytam. A na razie prowadze badania nad pewna roslina, ktora w sporych kepkach rosnie na plazy (a oprocz niej trzciny wielkosci domkow jednorodzinnych, azalie, osty, rododendrony). Nie moge ustalic czy to niesmiertelnik - hit swietnych kosmetykow firmy Occitane (z Prowansji), czy tez roslina o ktorej istnieniu dowiedzialam sie dzis w sklepie z ziolami w Chanii.  Na razie wiem, ze mowi sie na nia gorska herbata i jest podobno pyszna z miodem. Oczywiscie kupilam paczuszke:-), ale nic wiecej o niej nie wiem. Nadrobie to.

No niestety bedzie bez polskich liter, bo komputer greckiego wlasciciela hotelu, nie ma takiej opcji.

Jestem w Chani. W 2004 roku - po wyjezdzie z Rainbow Tours do Chorwacji - przyrzeklam sobie, ze nigdy wiecej nie pojade na zorganizowana wycieczke (nie cierpie tych klimatow - basenik, parasolki, pani Basia, pani Zosia, a jedzenie dobre? dlaczego nie ma materacy na lezakach? Prosze panstwa teraz zatrzymamy sie w pieknym punkcie widokowym warto zrobic zdejcie do albumu...Ratunku!). I przez piec lat slowa udawalo mi sie dotrzymac, a podrozowalam sporo.

Ale w tym roku sie zlamalam - chcialam koniecznie pojechac na Krete, a za pozno sie zajelam. Samoloty byly juz drogie jak cholera, najtansze byly zorganizowane wycieczki... Zamknelam wiec oczy i trudno. Kupilam wycieczke do Chani i powtarzalam sobie - po to ma sie zasady, by je lamac. Elastycznosc obecnie w cenie:-)

Jestem wiec w Chani i jezdze sobie sama. Z wycieczka spotkamy sie samolocie w drodze powrotnej.