Zakładki:

Santoryn

czwartek, 16 lipca 2009

Długo nie pisałam o Santorynie, bo coś mi z tą wyspą nie grało, ale sama nie wiedziałam co.

Dopiero dziś udało mi się to nazwać. Dla mnie tam jest za ładnie. Wulkaniczne skały w kolorze błota wystające ze szmaragdowo-granatowego morza, na zboczach kaskady białych domków z niebieskimi dachami.

Bardzo to piękne, ale ja wolę cichszą, mniej bezpośrednią urodę. Nie taką, że patrzysz i widzisz pocztówkę.

I nie chodzi o to, że piękno Santorynu mocno się zużyło przez niezliczone zdjęcia w albumach i folderach z Grecji. Chodzi o mnie - wolę krajobrazy mniej oczywiste, mniej walące po oczach. Taka uroda bez skazy, kontrasty grubym mazakiem rysowane, jakoś za blisko kręcą mi się w okoliach kiczu.  

Pamiętam jak wieki temu, pierwszy raz pojechałam w Tatry.  Zachwyciłam się i ...potem przez lata jeździłam w Beskidy i Bieszczady.

Tatry tym swoim pięknem aż zniewalały, Beskidy i Bieszczady wystarczało po prostu lubić i dobrze się w nich czuć.

Jeszcze na chwilę wrócę do Santorynu. Ciekawa jestem jak ta wyspa wygląda późną jesienią i zimą. Co wtedy z jej urodą? Czy nadal jest taka bezwstydnie piekna? Czy trochę się chowa? Jak ją widać, gdy słońce już tak nie szaleje i nie podkreśla kolorów? Wychodzi na to, że znowu muszę tam popłynąć.

 

 

 

18:17, kminek1 , Podróże
poniedziałek, 29 czerwca 2009

Z Krety na Santoryn plynelismy szybka, nie tak duza lodzia (Easy Yet, gdzies z 300 pasazerow). Bujalo jak cholera. Najpierw na zamknietym pokladzie zaczely plakac dzieci, pozniej zaloga rozdala pasazerom bardzo duzo papierowych torebek - wiadomo, na pawie. Pewniej sie czulam, majac przed soba taka torbe, ale zaraz porwal mi ja rozgoraczkowany pan, rzucajac tylko: - To dla corki. 

Dwa metry dalej, blada nastolatka oparta o sciane chwycila torebke i przylozyla do twarzy. Po pokladzie usilowali przechodzic na szeroko rozstawionych nogach pasazerowie. Szli na otwarte balkony - liczyli, ze na powietrzu bedzie lepiej.

Ja nie moglam sie ruszyc. Koncentrowalam sie na stoliku przede mna. Wolalam sie nie rozgladac, by nie widziec slaniajacych sie postaci z torebkami zamiast twarzy. Szarpalo, w barze lataly butelki. Nie było słychać żadnych rozmów,  tylko z roznych katow dobiegaly latwe do zidentyfikowania odglosy... Coraz bardziej obezwladniala mnie niemila slabosc. W cos sie osuwalam, tracilam sily... - Wyobraz sobie, ze to turbulencje w samolocie podczas lotu przy zlej pogodzie - przekonywalam się, bo turbulencje znoszę zupełnie dobrze. Zasnelam. 

Po przebudzeniu, najpierw poczulam przyplyw sil. Znowu moglam ruszyc reka, noga, czegos mi sie chcialo. Rozejrzalam sie. 

Pasazerowie, jakby wybudzeni z jakiegos rozmemlanego snu, zaczynali rozmawiac. Nie bujalo. 

Poczulam wsciekly glod. Zjadlam olbrzymie ciastko, wypilam wielki kubek kawy, zaczelam gadac z sasiadkami przy stoliku. Nagle sil mialam za dużo.

Wyszlam na otwarty poklad. - Gdybym wiedziala, ze tak bedzie, nigdy bym tu nie wsiadla - westchnela pani na laweczce. - Ja tam wymiotna nie jestem, ale ledwo zylam.

 Z kolei podroz powrotna Kreta - Santoryn obalila mit, ze piekne sa zachody slonca na Santorynie. 

Mielismy wyplywac okolo 18. W porcie zaloga wrzeszczala, zapedzajac wszystkich na poklad. Nagle zaczeli krzyczec jeszcze glosniej - odganiali ludzi wchodzacych na trap, bo ten nagle zaczal sie podnosic. Chwile pozniej lodz odplynela.

W porcie zostaly setki ludzi, ktorzy mieli na nia wsiasc. Pol godziny pozniej lodz wrocila. Weszlismy, zajelismy miejsca. Ale lodz dlugo nie odplywala. - Przepraszamy, wladze portu nie pozwalaja nam na wyplyniecie - oznajmily megafony po angielsku, francusku, rosyjsku, grecku i polsku.   

Kilkadziesiat minut pozniej kolejny komunikat: - Lodz musi przejsc kontrole, prosze na pol godziny opuscic poklad - wykrzyczal megafon. 

Tlum kilkuset pasazerow znowu wrocil do portu. Statek odplynal. Z nadbrzeza ogladalam zachod slonca. Bez emocji - troche zlota na niebie, okoliczne gory poczernialy i staly sie jeszcze grozniejsze. Powietrze było pełne brunatnego, smierdzacego dymu, ktory wyplula z siebie nasza lodz. - Musi byc zepsuta - szemrali pasazerowie.

- Spokojnie, jak cos z nia jest nie tak, to nikt jej z portu nie wypusci - uspokajalam. 

- Jak dobrze zaplaca, to wypuszcza - stwierdzila pewna pani. 

Odplynelismy o 22, cztery godziny po planowanym terminie. Znowu bujalo. Ale znalazlam przyjemnosc w siedzeniu na otwartym pokladzie. Wiatr, dookola ciemno, dookoła woda, ktorej nie widac, ale  pluje na poklad. Mimo strachu, mimo pawia w brzuchu, warto tu byc.

I jeszcze jeden moment. Kiedy na zamknietym pokladzie rozchorowala sie mala dziewczynka, glosniki oglosily: - Jesli na pokladzie jest lekarz, prosimy podejsc do punktu informacyjnego.

Z tlumu natychmiast wyszlo okolo pietnastu osob. Gdy podchodzily do stolika przewodnikow, najpierw rozlegly sie smiechy, potem brawa. Tlum pasazerow, ktory wczesniej byl zmeczona, rozmyta masa, z powrotem stal sie grupa konkretnych, skorych do smiechu i wzruszenia się ludzi.