Zakładki:

Ateny

niedziela, 30 sierpnia 2009

Dziś o zwierzętach i męczącym sumienie wspomnieniu. 

Po rozgrzanym w upale parkingu w Ia na Santorynie kręciły się dwa małe psy, skundlony biały pudel i brzydal - trochę większy od ratlerka. Podbiegały do ludzi, łasiły się, odbiegały, potem znowu wracały. Wydawało się, że bardziej potrzebują ciepłego gestu, niż jedzenia - grecki kierowca usiłował dać wody pudlowi, ale ten nawet jej nie liznął.

Głaskałam łepek brzydala. Poddawał się tam cierpliwie. Gdy przestałam, podniósł głowę i spojrzał na mnie. Nikt w to nie uwierzy, ale wydało mi się, że płacze. A jego załzawione oko mówiło „Mówię Ci, co ja mam z tym życiem”. Potem odbiegł.

No i co? Nie zabrałam go ze sobą, mimo że był tak mały, że zmieściłby się do dużej kieszeni. Nie wzięłam go, bo przeszkody - przemycenie go na powrotny prom na Kretę, zrobienie badań i kupienie mu biletu na samolot, kupienie specjalnej klatki - wydały mi się nie do pokonania. Ale przecież nawet ich nie podjęłam, więc to spojrzenie „Jest ciężko, wiesz”, ze mną zostanie.

Tak jak wciąż pamiętam wielkie, przerażone oko osła, którego zobaczyłam w drewnianej szopce na placu Narutowicza w Warszawie. Była połowa grudnia. To chyba miała być taka rozrywka dla ludzi -  zwierzęta w zagrodach koło kościoła przed Bożym Narodzeniem. Weszłam tam z ciekawości, śmierdziało gnojem, zwierzęta miały mało miejsca, chciałam je pogłaskać, ale gdy zobaczyłam niemal oszalałe ze strachu spojrzenie osła - wielkie czarne, rozszerzone oko, natychmiast się wycofałam. Tyle mogłam zrobić, nie straszyć tego zwierzaka jeszcze bardziej.

Trudno tez nie pamiętać bezdomnych psów i kotów z Aten albo ze Stambułu i innych miast w Turcji. Bardzo wiele ich tam biega. Na Place, pięknej starej dzielnicy, małych domów i wąskich uliczek pod Akropolem kocurów i kociaków nikt nie zliczy, wielkie psy biegają w bandach. Kiedyś szłam wąską dróżką wśród małych białych  domków, swoją architekturą przypominających te z Cyklad i drogę zagrodziła mi gromadka z dziesięciu wielkich psów. Nie były agresywne, ale wolałam się powoli wycofać. Podobne watahy krążą po zadbanym parku w centrum miasta.

No i co? A nic. Robię zdjęcia, bo zwierzęta ładnie się fotografują w starych, wąskich uliczkach Aten, czy Chani. Ale też czuję się jakoś głupio. I nic z tym nie robię. Bo co mogłabym?      

 

Zdjęcie poniżej - kot z Aten przynajmniej nie był sam, razem z nim było parę innych kocurów

W Atenach

Zdjęcia poniżej - te koty kręciły się koło domu, więc może nie są bezdomne albo przymnajmniej ktoś o nie dba. Zdjęcie zrobione na uliczkach ponad dzielnicą Plaka tuż pod Akropolem. To takie dziwne miejsce - domy zupełnie inne od tych na Place, jakby kilka ulic przeniesiono żywcem z Cyklad - pobielone ściany, kolorowe dach, to tamtejsze, nie ateńskie klimaty.

Ateny, Plaka 2009

Ta sama gromada

Koty na Place, 2009

Zdjęcie poniżej - ten pies spał w ponad 30 stopniowym upale, tuż obok wejścia na Akropol

W Atenach, 2009

Poniżej, nadal Plaka, ten dom wyglądała jak opuszczony, ale może się mylę

Plaka, Ateny 2009

Poniżej - kot na jednej z uliczek Chani na Krecie. Cierpliwie pozwolił się fotografować. Stanął do zdjęcia, prezentując pysk w plamy, ale minę miał jakby mówił "Proszę fotografuj. Zrobisz zdjęcie i sobie pójdziesz"

Chania, 2009