Zakładki:

Przyroda

środa, 10 lutego 2010

Nie mogę się nacieszyć tą zimą. Kiedy mam chwilę czasu - a to rzadkie, bo ostatnio haruję - lecę na łyżwy. Jeżdżę na ślizgawce przy Pałacu Kultury i "wyjeżdżam z siebie"  znużenie wielogodzinnym dziobaniem w komputer.

Im zimniej, tym lepiej - ten chłód porządnie odświeża i stawia do pionu. Bywa śmiesznie - gdy mróz był kilkunastostopniowy, zamarzł mi katar na szaliku i miałam sople ze smarków. 

I jeszcze te ścieżki cierpliwości. Na chodnikach w Warszawie są ponadmetrowe zaspy, a między nimi cienkie ścieżki - drepczą nimi starzy ludzie (młodzi w samochodach). Powoli, bezpiecznie. Ja biegam, bo wciąż się spieszę, a na takiej ścieżce trzeba czekać. Więc albo wymijam zaspą, albo wpycham się "na drugiego" w wąską dróżkę, niecierpliwie burcząc "przepraszam" . Później się mityguję, bo przecież i ja kiedyś będę tak dreptać i to mnie będą poganiać.

 I jeszcze jedno o tej zimie, której nie mam czasu dokładnie się przyjrzeć, bo mnie praca wsysa. Do wczoraj myślałam, że mieszkam sama. Ale wyjrzałam na balkon, a tam na śniegu ... jakby tłum przeszedł. Cała masa ptasich łapek. Czyli sama nie jestem.

 

PS 1. Dobre opisy zimy są w książce "Lodowy pałac" norweskiego pisarza Tarjei Vesaasa (od dawna u nas nie wznawianego), no i u Kapuścińskiego w "Imperium"

 PS 2. Na zdjęciu zimowy balkon mojego sąsiada. Niestety, niedawno go odśnieżył i już jest porządny, nie taki ładny. A u mnie zaspy, pośniegowe błoto, zapakowane w folię skrzynki z cebulami tulipanów i ptasie ślady. Przyjemny bałagan.