Zakładki:

Wiedeń

wtorek, 03 sierpnia 2010

Moja koleżanka M., która niedługo jedzie do Wiednia, spytała mnie dziś rano w pracy, czy nie mam jakiejś książki o Wiedniu.

Przypomniałam sobie, że z 15 lat temu czytałam którąś z książek Joanthana Carrolla i chyba jej bohater mieszkał w Wiedniu. Niewyraźnie po głowie kołatały mi się sceny jak wchodzi do kawiarni, zamawia kawę i sachertorte… Tytułu nie pamiętałam.

Obiecałam sprawdzić w domu (o Austro-Węgrzech pisał też chyba Andrzej Kuśniewicz, ale jego książek nie mam).

Później M. powiedziała, że coś jej nie gra z nazwami ulic wiedeńskich ulic - długie, z niczym się nie kojarzą, nie wiadomo jak je wymawiać.

A potem gadałyśmy o czymś innym.

Ledwo wróciłam do domu, sięgnęłam do biblioteki po książki Carolla. Miałam szczęście, pierwszą z brzegu było „Śpiąc w płomieniu” - właśnie o tej książce myślałam rano. Ponieważ sama kilka tygodni temu byłam w Wiedniu, zaczęłam z ciekawości przypominać sobie co Carroll o nim pisał.

I już pierwsze „wiedeńskie” zdanie mnie rozbawiło. Cytuję: „Jedną z pierwszych rzeczy, które mnie w Wiedniu zaskoczyły, było śmieszne brzmienie nazw ulic: Schulz-Strassnitzkigasse, Ottakringer Strasse (…). Trzeba było brać głęboki wdech, zanim zaczęło się coś takiego wymawiać; w przeciwnym wypadku mogło nie starczyć powietrza w połowie wypowiadania nazwy”.   

Taka heca! Przecież dokładnie to samo parę godzin wcześniej mówiła M.!

A kolejne zdanie z Carrolla ucieszyło mnie osobiście. Cytuję: „W tym mieście nie trzeba się niczego bać. Spacerowanie tutaj jest nadal wielką przyjemnością dla oka, w kawiarniach podaje się prawdziwą śmietanę”.

Toż ja, gdy wróciłam z Wiednia i dumałam przy pisaniu bloga, co jest najważniejszym wyznacznikiem Wiednia, pomyślałam - spacerowanie.

I o czym świadczy ta podwójna zbieżność obserwacji?

O niczym szczególnym.

Że np. właśnie w Wiedniu tak dokładnie jest - skoro to samo zauważają trzy różne osoby. Albo, że Caroll, M. i ja podobnie odbieramy miejsca. Albo też, że żadne z nas nie jest szczególnie wnikliwym obserwatorem - po prostu zauważamy rzeczy oczywiste.

I nie ma to większego znaczenia.

A może jedyne znaczenie ma, to delikatne, migotliwe spotkanie dwóch redaktorek i pisarza z Ameryki - przecież ten Wiedeń niespodziewanie nas w obserwacjach połączył. Nie znamy się, a patrzymy podobnie.

Ale żeby nikt nie pomyślał, że to duża i głęboka sprawa, to dodam, że my z M. Wiednia nie znamy, ja wszystkiego byłam tam trzy - cztery dni, a M. przejeżdżała, jak jechała na narty.   

 

sobota, 05 czerwca 2010

szezlong w willi rodziny Wertheimstein, Wiedeń

 

Moim ulubionym miejscem do czytania jest własne łóżko. A ciekawe jak by się czytało na szezlongu?

Na zdjęciu (u góry) szezlong z wiedeńskiej willi rodziny Wertheimsteinów, która w XIX wieku była salonem literackim w dzielnicy Dobling. Willę otacza wielki park, który kiedyś był prywatnym ogrodem (zdjęcia poniżej). Dziś w wilii mieści się też muzeum dzielnicy Dobling.

Park obok willi rodziny Wertheimstein, Wiedeń

Park obok willi rodziny Wertheimstein, Wiedeń

Wiedeń to miasto do spacerowania. To samo się narzucało, kiedy rano patrzyłam na Wiedeń z okien kolejki naziemnej jadąc z dworca Zachodniego do XIX dzielnicy. Mijałam regularne rzędy równych, nie wyższych niż trzypiętrowe, kamienic… Między nimi dość wąskie ulice, wszędzie bardzo dużo drzew. W słońcu błyszczał Dunaj. Było spokojnie, jak w wielkim parku w sobotni poranek, gdy wszyscy jeszcze śpią.

O Warszawie, w której mieszkam, nigdy, przenigdy!, tak nie pomyślałam. Jest tu dużo parków i zieleni, to prawda, ale przytłaczają je wszechobecny chaos i zgiełk. W Warszawie się biega, spieszy, dyszy, zerka na zegarek - nie ja już nawet nie patrzę, bo przecież od tego czasu mi nie przybędzie.

Niewątpliwie Wiedeńczycy też się spieszą - ja przecież oglądałam ich miasto tylko w sobotę i niedzielę, kiedy wszystko spowalnia, więc niewiele wiem.

Ale ta pierwsza myśl - miasto do spacerowania, już ze mną została. I choć wiele dużych europejskich miast, ciekawi mnie i podoba mi się bardziej, to żadne z nich nie ujęło mnie tak swoim spokojem i architektonicznym ładem jak właśnie Wiedeń.

Oczywiście bardzo daleka jestem od uniesień autora któregoś z głupich przewodników, który napisał, że  wiedeńskie ulice wyglądają tak, jakby miały zaraz wyjść na nie damy w długich sukniach i cienkich rękawiczkach na dłoniach.

No bez przesady, ja jakoś nie spodziewałam się żadnej damy, gdy oglądałam wybudowany w latach 30. XX wieku dom dla robotników, w którym jest około tysiąca mieszkań. Niewysoki budynek, trochę jak nowoczesna kamienica, a może blok, ciągnął się przez kilka ulic i świetnie współgrał z współczesnym, luksusowym osiedlem po drugiej stronie ulicy. To robiło wrażenie.  

Nie miałam też żadnych skojarzeń z Mozartem, gdy zobaczyłam, że Wiedeńczycy (jak Berlińczycy) mają świetny zwyczaj - zabudowywania wolnej przestrzeni między przęsłami mostów i wiaduktów - np. są tam knajpy.

No więc żaden Mozart, żadne damy w długich rękawiczkach. To minęło i nie ma co się sentymentalnie karmić duchami przeszłości. Po prostu, Wiedeń to ładnie zaprojektowane miasto. Do spacerowania.

 Wiedeń Karl - Marx - Hof

Powyżej, budynek Karl-Marx-Hof w Heiligenstadt w Wiedniu. Wybudowany w latach. 30. XX wieku, gdy w mieście brakowało mieszkań. Ma ponad kilkometr długości, mieści się w nim ponad 1300 mieszkań, a także pralnie, przedszkole, biblioteka, gabinety lekarskie, itd. Mieszka ok. 5 tys. ludzi. Możliwe, że to najdłuższy budynek na świecie 

 

Wiedeń - dzielnica Dobling

Podoba mi się pomysł na zabudowywanie przestrzeni między przęsłami mostów, czy wiaduktów. Tutaj pewnie jest jakieś mieszkanie albo magazyn, gdzie indziej widziałam knajpki.

Wiedeń - widok z katedry św. Stefana

Powyżej - widok z dzwonnicy katedry św. Stefana

Wiedeń - widok z katedry św. Stefana

Powyżej - widok z katedry św. Stefana. I ... wywoływanie duchów przeszłości czyli dorożki dla naiwnych turystów. Tymczasem ciekawa przeszłość jest obok - w katedrze, czy parę ulic dalej w świetnym pałacu Hofburg albo w muzeach. 

Dorożki to turystyczny kicz, tak samo jak faceci w strojach z epoki w Mozarta, którzy przy wejściu do katedry wciskają ludziom ulotki o koncertach Straussa, Mozarta, czy Bethovena. Jeden z nich, ciemnoskóry, był wyjątkowo natrętny, gdy nie chciałam wziąć ulotki.  W końcu zdesprowany krzyknął za mną "Where are you from?" Takie same okrzyki słyszałam co rusz, gdy spacerowałam wśród małych straganów w Stambule, w Alanyi, czy Side na południu Turcji.

Wiedeń - cukiernia nieopodal Hofburga

Powyżej i poniżej cukiernia nieopodal Hofburga. Całymi dniami mogłabym siedzieć w wiedeńskich cukierniach i próbować Sachery, Anna torte, cistka pistacjowe, migdałowe, wiśniowe...

Wiedeń - cukiernia nieopodal Hofburga