Zakładki:

Dania

piątek, 30 lipca 2010

Dom Karen Blixen, Rungsted, Dania

Od dawna chciałam pojechać do duńskiego domu Karen Blixen, autorki Pożegnania z Afryką.

Udało się kilka tygodni temu. Dom stoi w małym miasteczku Rungsted, przy pięknej nadmorskiej drodze, łączącej Helsingor z Kopenhagą. Jego wnętrze jest zachowane mniej więcej tak, jak w czasach, gdy mieszkała w nim Blixen.

Ciekawie było zobaczyć jej pokój pracy, czy jadalnię... Wrażenie robiła troska z jaką dbają o te wnętrza pracownicy muzeum - np. codziennie układają bukiety świeżych kwiatów, dlatego, że przed laty tak robiła Karen Blixen.

Ale jednak  zdziwiło mnie, że oglądam to wszystko na chłodno. Z ciekawością, ale bez emocji.  

Autentycznie poruszyła mnie dopiero biblioteka Karen Blixen. Bardzo się ucieszyłam. gdy zobaczyłam w niej sporo książek autorów, których sama lubię - Andersen, James M. Barry, Steinbeck, czy Carson McCullers...

Nie to było jednak najważniejsze. Gdy tak stałam w tej sporej bibliotece i przepatrywałam książki Blixen, nagle poczułam bliskość, której nie mogłam odczuć gdy patrzyłam na jej meble i wiernie zachowane wnętrza.

Miałam przed oczami książki, które ona wybierała, kupowała, czytała, kładła na poduszce, trzymała, wielokrotnie przewracała w nich kartki... I to mnie poruszyło. Nie miałam poczucia, że wchodzę jak intruz w jej prywatny świat, ale miałam wrażenie, że ona jest gdzieś bardzo blisko mnie.  Nic się nie wydarzyło, żadne tam duchy, po prostu bardzo silne, trudne do opisania, poczucie bliskości.

Ot i tyle.     

Na zdjęciu powyżej dom Blixen, poniżej zdjęcia z biblioteki

Fragment biblioteki Karen Blixen, Rungsted, Dania

Fragment biblioteki Karen Blixen, Rungsted, Dania

 

środa, 21 lipca 2010

Przyznam się, że Kopenhaga mi się nie spodobała. Albo inaczej - poruszyły mnie tam tylko kaczki i łabędzie w parkach. Raz, że było ich mnóstwo, dwa - nie bały się ludzi, trzy - wiele ptaków miało akurat małe w wieku "chodzę krok w krok za mamą". Obserwowanie tych niezdarnych gap, uczepionych matczynej spódnicy, było naprawdę bardzo interesujące. 

Swoją drogą ciekawe, czy da się sprawdzić, gdzie mieszkał Andersen, gdy  pisał "Brzydkie kaczątko" i czy duńskie łabędzie go inspirowały (mam taką fajną, grubą, rzetelną biografię autorstwa angielskiej dziennikarki, która specjalnie dla tej ksiązki nauczyła się duńskiego. Ale nie mam czasu uczciwie jej przeczytać...)   

A poza kaczkami i łabędziami co w Kopenhadze? Obejrzałam stary port, pochodziłam zatłoczonymi uliczkami starego miasta, zobaczyłam jak wygląda wesołe miasteczko Tivoli, szukałam pomnika syrenki (wstyd się przyznać: nie znalazłam!), odwiedzałam adresy Andersena, pozachwycałam się dworcem kolejowym i starymi kościołami... I po jednym dniu miałam dość.

Wszystko ciekawe, a nawet bardzo ciekawe - ale nie łączyło mi się w żadną fascynującą całość, która nie pozwalałaby mi usiedzieć na miejscu i zmuszała do biegania po mieście od świtu do nocy.  

Ducha Andersena nie poczułam, co tam ducha - nawet dalekiego wspomnienia po duchu nie było. Tylko zimny pomnik Andersena i nie budzący żadnych emocji dom z tabliczką "Tu mieszkał Andersen".

A przecież z tymi duchami pisarzy lub ich bohaterów nie miałam kłoptów w Ogrodach Kensigton w Londynie (J.M.Barry "Piotrus Pan) czy w Edynburgu (Ian Rankin, kryminały z Johnem Rebusem). Proszę się śmiać, bardzo proszę, ale ja naprawdę z nimi zwiedzałam te miasta.

A w Kopenhadze - zero emocji, zero wzruszeń.

- Nie z tego nie będzie - pomyślałam po pierwszym dniu. 

Między mną a Kopenhagą nie zaiskrzyło. Tak to bywa.

Dlatego najszybciej jak mogłam, zwinęłam sie stamtąd do Rungsted, oglądać dom Karen Blixen i do Helsingoru gdzie jest "zamek Hamleta".    

niedziela, 11 lipca 2010

 

Malme, dworzec kolejowy

Dworzec w Malme

 

Wnętrza dworców z czerwonej - i zielonej! - cegły, które widziałam w Malme, Kopenhadze i Helsingorze robią wrażenie. Bardzo mnie ciekawi nie tylko kiedy je zbudowano, ale kim byli ich architekci, co to za ludzie, skąd ta dbałość o szczegóły…

Co za rzemieślnicy robili takie żyrandole, no i wreszcie - jak powstały te nietypowe bladozielone cegły w na dworcu w Malme. Nie widziałam dotąd cegieł w takim kolorze i dlatego chciałabym wiedzieć o nich cokolwiek. A także czy słusznie podejrzewam Folke Zettervalla, projektanta wnętrza dworca w Malme o fantazję.

Niestety, przewodniki - zarówno te, które miałam ze sobą na wakacjach, jak i te, które specjalnie przepatrzyłam w piątek w gigantycznej księgarni Traffica na żadne z tych pytań nie odpowiadają. Widocznie dla autorów przewodników (tych, które sprawdziłam), te ładne wnętrza, możliwe że XIX-wieczne lub z początków XX wieku nie są ciekawe.   

I tego nie mogę zrozumieć. Mnie się zawsze wydawało, że napędem do pisania, opowiadania o czymś ludziom jest ciekawość czy też emocje wobec tego o czym się pisze (obojętnie jakie - może być fascynacja może być złość) i bez nich nie ma powodu brać pióra do ręki albo siadać przy komputerze.

Ale autorzy i redaktorzy wielu przewodników patrzą na to jakoś inaczej. I efekt często jest taki, że choć opowiadają o świetnych miejscach, to jakby książkę telefoniczną pisali.

PS. Znajdę informacje o tych dworcach - jeśli nic nie wydłubię z sieci (stąd jest nazwisko szwedzkiego projektanta), napiszę do informacji turystycznych w Malme, czy Kopenhadze. To najprostsze, a przecież nie jedyne sposoby.  

Malme, dworzec kolejowy

U góry - dworzec w Malme; Poniżej kolejno - dworzec w Kopenhadze i Helsingor (ostatnie zdjęcie)

Kopenhaga, dworzec kolejowy

Kopenhaga, dworzec kolejowy

Kopenhaga, dworzec kolejowy

Helsingor, dworzec kolejowy